piątek, 19 grudnia 2014

Rozdział dwudziesty czwarty

Obudził mnie dopiero telefon zdenerwowanego Rene, któremu przecież obiecałem, że dzisiaj rano przyjadę wcześniej. Na śmierć zapomniałem o tej obietnicy i o dzisiejszej gali.
Złapałem się za pulsującą głowę. Spojrzałem na puste miejsce obok i wtedy tak naprawdę zdałem sobie sprawę, co ja wczoraj zrobiłem. Było mi okropnie wstyd, bo nie pamiętałem prawie nic i stanowczo przegiąłem z alkoholem. No ale, co się stało już się nie odstanie, prawda?
Miałem świadomość, że to zmienia wszystko. Czeka nas bardzo długa i poważna rozmowa, bo musimy sobie to wszystko wyjaśnić. I musimy zdecydować, co teraz z nami będzie: czy dajemy sobie drugą szansę, czy po prostu zapominamy o tej nocy.
-Bardzo przepraszam Rene, to się już naprawdę nigdy nie powtórzy- powiedziałem wbiegając do biura szybko poprawiając swoje włosy.
-Ehhh, Tom, co ja z tobą mam?
Rene był tak bardzo zajęty i zapracowany, że nawet nie zauważył moje zdenerwowania. Starałem się zachowywać jak najbardziej profesjonalnie i chociaż przez te kilka godzin gali nie myśleć o wczorajszej nocy. Ale chyba za bardzo bałem się naszej rozmowy i tego, co z niej wyniknie. . .

Wyszedłem z garderoby jeszcze raz spoglądając w lustro i poprawiając sukienkę. Nie miałem nawet siły zastanawiać się nad wyborem ubioru, więc wziąłem pierwszą lepszą. Ostatecznie, długa elegancka krwisto czerwień nie była złym wyborem.
Wyszedłem na scenę siląc się na szeroki uśmiech. Na sali zebranych było wiele niepełnosprawnych dzieci więc starałem się dla nich jak mogłem, aby chociaż na chwilę i na ich twarzy pojawił się uśmiech. Zawsze byłem pełen podziwu dla tych dzieci, poniekąd rozumiejąc jak ciężko musi im być czasami. Wiem, jak to jest, gdy ludzie oglądają się za tobą szepcąc między sobą coś na ucho. Wiem, jakie to uczucie gdy idąc szkolnym korytarzem i słysząc śmiech masz wrażenie, że wszyscy śmieją się z ciebie. Te małe dzieci, chociaż są jeszcze tak młode wiele już w życiu doświadczyły. Niejeden dorosły mógłby brać z nich przykład. Narzekamy stale na to, że za mało nam płacą, że nasze mieszkanie nie jest tak wielkie jakbyśmy sobie tego życzyli, że wszystkiego mamy za mało. . . A te dzieci? One cieszą się każdym dniem i doceniają każdą, nawet najmniejszą drobnostkę. Cieszą się, że mogą po prostu żyć i dorośli naprawdę powinni się od nich tego nauczyć. . . Widząc jak mała dziewczynka na wózku energicznie do mnie macha niemalże płacząc sam poczułem się tak wzruszony, że ze łzami w oczach zszedłem ze sceny podchodząc do niej i całując ją w oba policzki. Cieszyłem się widząc szczęście i radość na ich twarzy, gdy podawałem im rękę i przytulałem się do nich. Był to zwykły gest i naprawdę nie robiłem tego, na pokaz czy dla lepszej sławy, chociaż jutrzejsze tabloidy zapewne tak właśnie stwierdzą. Ale nie obchodziło mnie to, co powiedzą o mnie inni.
Z wielkim uśmiechem na ustach pomachałem im jeszcze raz tłumacząc, że muszę wrócić na scenę i za chwilę zaśpiewam piosenkę specjalnie dla nich.
Stanąłem na samym środku wielkiej sceny biorąc mikrofon do ręki. Spoglądałem na dzieci cały czas uśmiechając się do nich i może właśnie dlatego nie zauważyłem tego, co działo się w drugim końcu sali. . . Nagle usłyszałem strzał i poczułem jak ktoś rzuca się na mnie powalając na podłogę po chwili zwijając się w pół. Ludzie zaczęli krzyczeć i piszczeć, a niektórzy nawet uciekali w popłochu taranując siebie nawzajem. Kompletnie ignorując wszystko, co działo się dookoła mnie rzuciłem się na podłogę obok niego delikatnie dotykając dłonią jego rozgrzany policzek. Z wyraźnym grymasem bólu na twarzy powoli podniósł się wyciągając rękę w moją stronę i widząc jak nagle stracił siły szybko objąłem go ramieniem nie pozwalając mu upaść. Delikatnie przybliżyłem go do swojej sukni, która niemalże idealnie wtapiała się czerwienią w powiększającą się kałużę krwi. Spojrzał na mnie przez chwilę wyglądając jakby chciał coś powiedzieć. Syknął głośno łapiąc się za brzuch i próbując jakoś złapać oddech. Rozpłakałem się jeszcze mocniej widząc jak bardzo cierpi. Z początku nie docierało do mnie, co tak naprawdę się stało. Złapałem go za zakrwawioną rękę czując jakby za chwilę serce mi miało pęknąć. Nie mogłem pojąć jak przez tyle miesięcy mogłem się oszukiwać wmawiając sobie, że nic do niego nie czuję, że nic dla mnie nie znaczy i że doskonale poradzę sobie bez niego. A nic z tego nie było prawdą. Bo ani na chwilę nie przestałem go kochać i tęskniłem każdego dnia coraz mocniej.
-Kocham cię, Tom... i nigdy... nie przestałem.... kocham cię...-wymawiał pojedyncze słowa z ogromnym trudem, a jego twarz z każdą minutą stawała się bledsza, a w oczach nie było już tego samego blasku.
Doskonale wiedziałem, że mnie kocha i przeklinałem samego siebie w duchu, że mogłem kiedyś w to zwątpić. Przecież leżał tutaj w moich objęciach w powiększającej się kałuży krwi. Uratował mi życie poświęcając swoje własne dając mi największy dowód miłości, chociaż nigdy go o to nie prosiłem. Klęczałem tam patrząc jak miłość mojego życia powoli się wykrwawia i nie mogłem nic zrobić, żeby go uratować. . .
-Błagam, nie zostawiaj mnie Matt... kocham cię...tak bardzo cię kocham....- powtarzałem w kółko jak w amoku ani na chwilę nie odrywając od niego wzroku.
Miałem świadomość, że to mogą być nasze ostatnie minuty i wiedziałem, że jest coś, co po prostu muszę zrobić. Delikatnie odgarnąłem kosmyk jego włosów z twarz po czym pochyliłem się po raz kolejny szepcząc jak bardzo go kocham i pocałowałem go jak najdelikatniej nie chcąc w żaden sposób sprawić mu bólu, jednak Matthias natychmiast przyciągnął mnie z powrotem całując namiętnie. Zdałem sobie sprawę, że ani przez chwilę nie przestałem go kochać, a z każdym kolejnym dniem, kiedy wmawiałem sobie, że jest inaczej coraz bardziej się ośmieszałem. Jak można by było tak z dnia na dzień przestać kogoś kochać? Chociaż zranił mnie moja miłość do niego wciąż była silniejsza niż ból, który mi zadał. I wiedziałem, że jeśli coś mu się teraz stanie, jeśli nie daj Boże umrze to do końca życia nie wybaczę sobie, że zmarnowaliśmy tak wiele tygodni. Szkoda tylko, że zrozumiałem to tak późno...
Poczułem jak ktoś odciąga mnie na bok sprawdzając czy aby na pewno nic mi nie jest. Jeden z lekarzy zaczął krzyczeć przywołując do siebie kolejnych i natychmiast przystąpił do reanimacji. -Nie, Matthias nie!- krzyczałem jak opętany widząc jak lekarze bezskutecznie próbują przywrócić bicie jego serca.
Rene przyciągnął mnie do siebie starając się jakoś uspokoić ale ja rozpłakałem się jeszcze mocniej w końcu zaczynając zdawać sobie sprawę, że tracę ukochanego. Szarpałem się rozpaczliwie krzycząc i płacząc w końcu zaplątując się we własną suknię i upadając na kolana. Wybuchnąłem jeszcze większym płaczem widząc tych wszystkich lekarzy i ratowników całych we krwi biegając i schylających się nad nieprzytomnym już Mattem. Rene natychmiast przytulił mnie do siebie nie pozwalając się ruszyć ani na milimetr. Próbowałem się mu jakoś wyrwać waląc w niego pięściami, ale on znosił to wszystko jeszcze mocniej przyciągając do siebie. Zachowywałem się kompletnie irracjonalnie, ale w tamtej chwili myślałem tylko o nim. Tak bardzo nie chciałem go tracić. Był dla mnie wszystkim- był każdym oddechem, każdym uśmiechem, każdą łzą, był całym moim światem, bez którego nic już nie cieszy i nic nie ma sensu. Kochałem go ponad życie i myśl, że miałbym spędzić resztę życia bez niego po prostu mnie zabijała. Tak bardzo chciałem leżeć tam i umierać razem z nim. I chociaż nie byłem na jego miejscu cierpiałem z każdą sekundą coraz bardziej. Matt jest tak młody... Przecież on nie może umrzeć. Nie może mnie zostawić samego, po prostu nie może. To wszystko nie tak miało wyglądać. Przecież mieliśmy tak wiele wspólnych planów na przyszłość. Ale.... czymże są teraz nasze plany skoro on praktycznie umiera?

Wybiegłem z taksówki kompletnie ignorując krzyk Jacquesa za sobą. Wbiegłem do budynku szpitalnego i natychmiast wszyscy zebrani w pomieszczeniu odwrócili się w moją stronę szepcąc coś między sobą i wskazując na coś za mną. Odwróciłem głowę dostrzegając wielki telewizor zawieszony nad recepcją. Telewizja przerwała swój planowy program podając doniesienia na żywo z tego, co dzisiaj wieczorem się wydarzyło. Ujrzałem na ekranie siebie całującego Matthiasa i ponownie rozpłakałem się. Jacques wbiegł do środka natychmiast przytulając mnie do siebie i pozwalając abym wypłakiwał się w jego białą koszulę, która i tak była już cała ubrudzona przeze mnie cieniami, pudrem i rozmazanym tuszem. Nie traciłem nadziei na to, że on z tego wyjdzie chociaż z każdą kolejną godziną szanse na to malały.
-Dlaczego to tak długo trwa?- spytałem cichym głosem podnosząc wzrok i delikatnie przetarłem mokre od łez policzki.
Jacques przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej, a ja wciąż płakałem wtulony w jego ramiona. Spojrzał na mnie pochylając się i delikatnie całując mnie w czoło zupełnie jakby to mogło w jakikolwiek sposób odpowiedzieć na moje pytanie. Jednak nie mogłem mieć o to pretensji, bo sam nie wiem, co powiedziałbym mu, gdyby był w mojej sytuacji. Byłem mu bardzo wdzięczny za to, że po prostu przy mnie był. Nie chciałem zostawać teraz sam. Potrzebowałem teraz kogoś, kto po prostu wspierałby mnie. Czułem, że mimo tych okropnych wydarzeń nie jestem z tym wszystkim sam i jest ktoś, kto podziela mój ból. Chociaż wątpię, że ktokolwiek z nich cierpiał tak bardzo jak ja.
-Ty pewnie musisz być Thomas. . . prawda?- spojrzałem do góry poznając tego samego chłopaka, który prawie rok temu zaprowadził mnie do domu Matthiasa.
-Tak, to ja. . .
-Teraz nie mogę sobie wybaczyć, że posłuchałem się Matta i nie zadzwoniłem do ciebie. . . On tak bardzo rozpaczał, że musiał od ciebie odejść. . . Płakał dniami i nocami cały czas powtarzając, że to dla twojego dobra. Ale ja wiedziałem, że źle robi ukrywając to przed tobą.
-O czym ty mówisz?- spytałem słabym głosem, ale zanim on zdążył cokolwiek odpowiedzieć podeszła do mnie niska pielęgniarka z kopertą w ręku.
-Przepraszam, to chyba dla pana...
Podała mi ją tłumacząc szybko, że znaleziono ją w kurtce Matta i zniknęła równie szybko jak się pojawiła. Spojrzałem zdziwiony na napisane na niej moje imię nazwisko. Otworzyłem ją i zacząłem czytać list, który wszystko mi wyjaśnił i wreszcie zrozumiałem słowa przyjaciela Matthiasa. . .

Kochany Thomasie!

Chcę, abyś wiedział, że kocham Cię najmocniej na świecie. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu, dlatego nie mogę już znieść myśli, że tak podle Cię oszukałem. Chociaż ani przez chwilę nie chciałem Cię zranić. . .

Tak naprawdę nigdy Cię nie zdradziłem. Cała ta historia została po prostu przeze mnie zmyślona, a list który przeczytałeś był tylko częścią tego planu. Uwierz mi, zrobiłem to po to, aby Cię chronić.

Jestem chory, Tom. Poważnie chory. I nie wiem nawet czy gdy będziesz czytał ten list będę jeszcze na tym świecie. Dlatego piszę do Ciebie, bo zasługujesz, żeby w końcu dowiedzieć się prawdy. Dowiedziałem się o chorobie wkrótce po Eurowizji. Wiedziałem, że to złamałoby Ci serce i nie chciałem abyś przeze mnie rezygnował z czegokolwiek. Widziałem jak bardzo zabolała Cię moja ,,zdrada", ale robiłem to żebym mógł zniknąć z Twojego życia pozwalając Ci na szczęście. Jesteś jeszcze tak młody, nie chcę żeby moja śmierć zniszczyła Ci karierę.

Wybacz mi, że tak postąpiłem, ale przynajmniej wtedy wydawało się, że to najlepsze wyjście. I nie zrozum mnie źle, odejście od Ciebie nie było ani łatwe, ani bezbolesne. Ale uznałem, że jeśli odejdę w taki sposób szybko o mnie zapomnisz, a może nawet i znienawidzisz, i ułożysz sobie życie na nowo. Bo jeśli zapomniałbyś o mnie, nie rozpaczałbyś po mojej śmierci, prawda?

Wiem, że te słowa mogą sprawiać Ci ogromny ból, za co jeszcze raz przepraszam. Proszę Cię tylko, abyś zrozumiał mnie i nie gniewał się na mnie za to, co zrobiłem nawet jeśli Cię tym zraniłem. Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Ze wszystkich ludzi na świecie pokochałeś akurat mnie i nawet nie wiesz jak wiele znaczy dla mnie Twoja miłość. Dzięki Tobie nie wstydzę ani nie boję się tego, kim jestem. Będąc przy Tobie spędziłem najpiękniejsze miesiące swojego życia.

Gdy usłyszałem swój ,,wyrok" z początku miałem żal do Boga, że teraz gdy jestem naprawdę szczęśliwy z Tobą spotkało mnie coś takiego. Teraz zrozumiałem, że tak naprawdę powinienem mu dziękować, za to, że w ogóle Cię spotkałem. Dlatego dziękuję Ci za każdą minutę. Nie mam już żadnych wątpliwości, że jesteś miłością mojego życia. I jedyne czego pragnę, to Twojego szczęścia. Bo zasługujesz na cudowne i piękne życie, którego ja Ci nie mogę dać. . .

Przepraszam, że nie mogę już być przy Tobie. . .

Na zawsze Twój,

Matthias

Płakałem cały czas siedząc i wpatrując się w ten list, nie mogąc uwierzyć, że Matthias mógł tak postąpić i poświęcić się dla mnie. Wstałem wprost wybiegając z korytarza mimo krzyków innych. Rozpłakałem się jeszcze mocniej siadając na zimnym betonie przed budynkiem nie mogąc uwierzyć w to, co przeczytałem. Miałem do siebie ogromny żal, że nic nie zauważyłem. Ile razy bolała go głowa, brzuch, a ja to wszystko ignorowałem. Po części on sam przekonywał mnie, że absolutnie nic mu nie jest, ale to w żaden sposób mnie nie usprawiedliwia.
Bardzo chciałem zrozumieć dlaczego tak postąpił, ale po prostu nie potrafiłem. Skoro byliśmy razem, to powinniśmy mówić sobie o wszystkim i wspierać się wzajemnie, prawda? Przecież mógł mi powiedzieć o wszystkim, pomógłbym mu jakoś, wspierał go, był przy nim dzień i noc. . . Dlaczego odszedł sądząc, że byłby dla mnie tylko ciężarem i bez niego byłbym szczęśliwszy? Bez niego jestem nikim. . .
Byłem potwornie zły i rozczarowany. Dlaczego takie coś musiało spotkać akurat Matthiasa? Czymże sobie zasłużył na taką okrutną karę? Dlaczego spośród tych milionów przydarzyło się to akurat jemu?
-Tom!- usłyszałem krzyk Andreasa stojącego po drugiej stronie ulicy, a po chwili przebiegł przez środek jezdni kompletni ignorując jeżdżące auta i przytulił mnie z całych sił- Przyjechałem najszybciej jak się dało, nie chcieli nas wypuścić. . . Coś się stało?- spytał widząc, że cały czas płaczę
-On mnie nigdy nie zdradził, rozumiesz? Cały ten czas mnie kochał- wyszeptałem podając mu lekko pognieciony już list i rozpłakałem się jeszcze bardziej.
-Tom, tak mi przykro. . .- wtulił się we mnie głaszcząc po głowie, a ja nie mogłem złapać tchu cały się trzęsąc z płaczu. W końcu uspokoiłem się i wycierając policzki spojrzałem Andreasowi w oczy.
- Ja przepraszam za wczoraj, nie powinniśmy byli tego robić. . . Sam nie wiem, co we mnie wstąpiło, przepraszam Andreas. . .
-Spokojnie, Tom, do niczego więcej poza pocałunkiem między nami nie doszło.
-Jak to?- spojrzałem na niego zdziwiony. Przecież doskonale pamiętam jak wchodziliśmy do sypialni, jak zacząłem się rozbierać. Byłem tak pijany, że naprawdę nie wiem, czy potrafiłbym się opanować. . .
-Kiedy zorientowałem się, co by wyprawiamy natychmiast się od ciebie oderwałem i kazałem ci bez dyskusji położyć się do łóżka. Fakt, odebrałeś to z początku trochę inaczej, bo mruczałeś coś pod nosem i nawet zacząłeś się rozbierać, ale koniec końców położyłeś się i zasnąłeś jak małe dziecko. . . Przecież ja widziałem w jakim ty byłeś stanie i wiedziałem, że wciąż go kochasz. . . I nie myliłem się. . .- spojrzał na mnie niepewnie
-Przepraszam, nie powinienem dawać ci nadziei. . .
-Ale spokojnie, Tom. Ja wcale nie czuję się jakbyś złamał mi serce. . .
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Że chyba nie jestem wcale tak szalenie w tobie zakochany, jak sądziłem, że jestem- uśmiechnął się do mnie delikatnie.
-Czyli co. . . przyjaciele?
-Przyjaciele- przytaknął przytulając mnie mocno do siebie
Poczułem jakby kamień spadł mi z serca na wiadomość, że między mną, a Andreasem do niczego nie doszło. Strasznie źle czułem się z myślą, że Matthias tak bardzo się dla mnie poświęcił, a ja szybko znalazłem sobie pocieszenie i to jeszcze w osobie Andreasa, która, mówiąc szczerze, wiele w moim życiu namieszała.
Ale nawet ta ulga nie potrafiła odpędzić nawet na sekundę moich myśli od ukochanego. Jego operacja ciągnęła się już prawie pół nocy, a za każdym razem, gdy ktoś wybiegał z sali operacyjnej nie był w stanie udzielić mi żadnej konkretnej odpowiedzi. Siedziałem tak cały czas płacząc razem z przyjaciółmi, rodzicami i matką Matthiasa. Miała ona ogromny żal do siebie za tą nieszczęsną kolację wigilijną i za to, że nie stanęła w naszej obronie. Cały czas płakała powtarzając jak bardzo jej przykro, że nie była w stanie nas wtedy zrozumieć.
Całe to zamieszanie uświadomiło jej jak bardzo się kochamy. Nie mogłem mieć jej za złe tego, co stało się w przeszłości zwłaszcza, że oboje umieraliśmy ze strachu o Matthiasa i o jego życie.
Teraz, gdy już znałem całą prawdę jeszcze bardziej boję się o to, co z nami będzie.
Boję się, że nawet jeśli Matthiasowi uda się wyjść cało z tego postrzału to dalej będzie się upierał, że nie chce, abym patrzył na jego cierpienie. Nie wiem nawet ile dni czy miesięcy mu jeszcze pozostało. . .
Boję się, że nawet jeśli Matt wróci do mnie do Wiednia nie będziemy mogli się sobą długo nacieszyć. Tak bardzo nie chciałem, żeby umierał tak wcześnie. Bo nie zasługuje na to.
Myśl o tym, że najbliższa ci osoba w życiu, Ten Jeden Jedyny może umrzeć była naprawdę straszna i okropna. Nigdy w życiu nie spodziewałbym się, że takie coś może mnie spotkać. I to właśnie był błąd. Tak bardzo żałowałem, że nie pojechałem do niego do Graz, że nie spróbowałem o niego zawalczyć. Może gdybym do niego pojechał dowiedziałbym się o jego chorobie wcześniej i wszystko potoczyłoby się inaczej?
Przecież on nie może umrzeć. . . Jest młody, zdolny i przede wszystkim kocham go tak mocno, że zwariowałbym, gdybym resztę życia musiał żyć bez niego. Ale. . . czy tutaj cokolwiek zależy jeszcze ode mnie?

***
dop. Czyli powrót do prologu. . .

2 komentarze:

  1. Nie wiem co mogę napisać.Trochę mi się smutno zrobiło.Mam nadzieję,że on nie umrze jednak(Wiem jestem idiotką,ale jakoś tak po prostu chcę żeby przeżył.).

    OdpowiedzUsuń
  2. O nie co to za debil strzelił no ja zaraz bym go zastrzeliła !!!! Masakra :'( jakie to smutne mam nadzieje ,że Matt przeżyje. Taka piękna z nich para była kurde a choroba! Uhhhrr! Błagam powiec ,że on przeżyje!
    ~JuliaM

    OdpowiedzUsuń