czwartek, 30 października 2014

Rozdział jedenasty


-Dzień dobry-wymamrotał zaspanym głosem całując mnie przelotnie
-Bardzo dzień dobry- uśmiechnąłem się do niego obdarzając kolejnym pocałunkiem, który szybko został przerwany, a winowajca całej tej sytuacji szybko podszedł do kuchennego blatu nalewając sobie kawy jak gdyby nigdy nic.
Jego zachowanie zaczęło mnie trochę martwić. Z początku myślałem, że to mu przejdzie, że musi się do mnie.. „przyzwyczaić”. Ale minął już prawie tydzień od kiedy jesteśmy...
Właśnie, czy my w ogóle jesteśmy razem? Czy można to nazwać byciem razem?
Matthias sprawiał wrażenie jakby się mnie wstydził. Nawet w domu zachowywał się dziwnie. Ile razy próbowałem go pocałować, a ten uciekał pod byle jakim pretekstem. Wiedziałem, że musimy w końcu poważnie porozmawiać, ale... Ale odwlekałem tę rozmowę jak najbardziej mogłem.
Zachowywałem się żałośnie. Oboje się zachowywaliśmy. Zupełnie jakbyśmy byli dziećmi, które do wszystkiego w życiu podchodzą z infantylnym nastawieniem zupełnie jakby była to jakaś błahostka...
A przecież tak nie jest. Między nami się dzieje. Dużo. I co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Czasem nawet mam wrażenie, że za szybko to wszystko się stało. Może najpierw powinniśmy poważnie i szczerze porozmawiać? Wyznać jakie są nasze uczucia? Powiedzieć, prosto z mostu, jakie są nasze odczucia i oczekiwania?
Chyba za szybko uznałem, że wreszcie wszystko poukładałem. Przez te kilka dni gdy coraz mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że rzeczywiście jestem w nim zakochany zacząłem dostrzegać, że o ile ja nie mam żadnych zahamowań aby okazać swoje uczucia to Matthias zdaje się być zawstydzony...
Pierwszą myślą jaka przyszła mi do głowy, było to, że on jednak się pomylił co do tego, co do mnie czuje i wcale nie odwzajemnia mojej miłości. Ale każdy jego czuły pocałunek jakim mnie obdarzał gdy byliśmy już tylko we dwoje skutecznie odpędzał tę tezę.
Tak więc, w czym tkwi problem? Rozmyślałem nad tym kolejną już godzinę, a żaden racjonalny i realny powód nie przychodził mi do głowy. O ile mogłem zrozumieć, że boi się mnie pocałować, czy nawet złapać za rękę, gdy jesteśmy w miejscu publicznym, gdzie wszyscy nas widzą, to tego, co go przed tym powstrzymywało gdy byliśmy tylko we dwoje pojąć już nie potrafiłem.
Już sięgałem do kieszeni chcąc skorzystać z opcji ratunkowej zwanej „telefon do przyjaciela”, po czym zorientowałem się, że nikomu nie przyznałem się do mojego... związku. I tu nawet nie chodzi o to, że nie chcę, że się boję, że nie wiem jak... Ja po prostu nie wiedziałem czy de facto jesteśmy razem. I jeśli mam być szczery, dalej nie wiem. Cholera.
-Tom, ta jajecznica zaraz ci zacznie zamarzać- tak bardzo skupiony i przejęty byłem tym, co jest między nami, że nawet nie zauważyłem kiedy ta jajecznica się znalazła na talerzu leżącym przede mną. Zaraz, był jakiś talerz..?
-Matt, usiądź, musimy porozmawiać- w końcu to powiedziałem. W końcu zebrałem się na odwagę, żeby to zrobić. Matthias z początku wyglądał na nieco zdziwionego, ale myślę, że i on dobrze wiedział, że będziemy musieli odbyć tą rozmowę, prędzej czy później...- Między nami ostatnio dużo się dzieję i to chyba było wszystko za szybko, żeby to jakoś.... ogarnąć umysłem. No ale nie możemy tak dalej.
-Możesz rozwinąć..?- spytał niepewnie jakby w obawie, co za chwilę usłyszy
-Chodzi mi o to, że musimy coś ustalić... Czy w ogóle jest jakieś „my”?- spytałem nie owijając w bawełnę oczekując równie prostej i treściwej odpowiedzi.
-Tak, oczywiście- odpowiedział automatycznie nawet nie zastanawiając się nad tym- Znaczy, myślę, że tak..?- dodał jakby w obawie, że uważam inaczej, zupełnie niepotrzebnie...
-Po prostu chcę, żeby wszystko między nami było jasne skoro jesteśmy... parą- mimowolnie uśmiechnąłem się delikatnie wciąż nie do końca dowierzając we własne szczęście...- Czego ty się boisz?- spytałem po prostu, bez żadnego żalu czy złości. Podniosłem wzrok licząc na chociażby jedno spojrzenie, w którym znajdę jakąś odpowiedź. Ale Matthias siedział wciąż milcząc ze wzrokiem utkwionym gdzieś w podłodze.
-Może tego wszystkiego jest za dużo, może nie jestem w stanie tego udźwignąć?- w końcu spojrzał mi prosto w oczy
-Więc chcesz z tego... zrezygnować?- zapytałem drżącym głosem nie wiedząc jak to ująć w słowa
-Nie, za żadne skarby. To.. to co teraz czuję... twoja obecność... sprawia, że czuję się szczęśliwy. Ale... Nie do końca umiem się z tym pogodzić... z tym, co czuję- dokończył, a ja już doskonale wiedziałem co było przyczyną tych dziwnych zachowań. Nie mogłem pojąć, dlaczego nie domyśliłem się tego wcześniej? Dlaczego na to nie wpadłem?
-Wiem jak się czujesz... Każdy z nas kiedyś przez to przechodził. Ja nie mogę ci obiecać, że to będzie łatwe i przyjemne... Ale obiecuję, że zawsze będę cię wspierał i zawsze możesz na mnie polegać. Nie ważne czy to błahostka, czy nie, ja zawsze jestem przy Tobie. Zawsze- powtórzyłem podkreślając ostatnie słowo
-Tylko ja sam nie wiem, co mam robić. Z jednej strony chcę być z Tobą, bez przerwy całować, czuć twoją obecność obok, a z drugiej... Z drugiej nie wiem... Nie jestem pewien czy to, czy to ma jakiś sens... Jezu, przepraszam, nie powinienem był Ci tego mówić... Przepraszam
-Nie przepraszaj mnie Matt. Przecież ja doskonale znam to uczucie. Wiem jak bardzo jest to ciężkie, ale... Ale musisz zrozumieć i zaakceptować samego siebie. Każdy poczuł to na własnej skórze, więc niezbyt wiem czy mogę ci jakoś pomóc.... Musisz po prostu odpowiedzieć sobie na pytanie czego tak naprawdę, w głębi duszy, chcesz...
-Ciebie- wyszeptał cicho w odpowiedzi przybliżając swoją twarz i całując mnie subtelnie, a ja wiedziałem, że to jest dopiero początek czego wyjątkowego...

My heart's against your chest (Moje serce naprzeciw Twojej piersi)
Your lips pressed to my neck (Twoje usta przyciśnięte do mojej szyi)
I'm falling for your eyes (Zakochuję się w Twoich oczach)
But they don't know me yet (Ale one mnie jeszcze nie znają)
And with this feeling I'll forget, I'm in love now (I z tym uczuciem zapomnę, jestem teraz zakochany)

Kiss me like you wanna be loved (Pocałuj mnie tak jakbyś chciał być kochany)
You wanna be loved (Chciał być kochany)
You wanna be loved (Chciał być kochany)
This feels like falling in love (Wydaje mi się, że zakochujemy się)
Falling in love (Zakochujemy się)
We're falling in love... (Zakochujemy się w sobie...)


Obudziłem się w środku nocy. Próbowałem jakoś zasnąć wiercąc się nieustanne z boku na bok. Miałem wrażenie, jakby to dziwne przeczucie, siedzące gdzieś we mnie nie pozwalało mi na sen. Niepewnie wstałem z łóżka, cichymi krokami wychodząc z pokoju. Usłyszałem trzask w kuchni. Najdyskretniej, jak tylko się dało, podszedłem bliżej ściany szybko zapalając światło.
Zdziwiłem się widząc, że ani w salonie, ani w kuchni nic nie ma. Zrobiłem krok na przód, aby to sprawdzić, ale wtedy poczułem, że brnę w coś mokrego i lepkiego. Nerwowo spojrzałem w dół i wtedy... Poderwałem się przerażony z krzykiem panicznie rozglądając się dookoła. Byłem w swoim pokoju, w swoim łóżku, a na podłodze jest jedynie dywan...
-To tylko sen, tylko sen- powtarzałem jak w amoku zupełnie jakbym chciał przekonać do tego samego siebie. Cały drżałem, serce biło mi jak oszalałe, a ja nie mogłem złapać tchu. To, co przed chwilą zobaczyłem było najokropniejszym snem, jaki kiedykolwiek w swoim życiu miałem...
-Wszystko w porządku?- dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że swoimi głośnymi krzykami obudziłem Matthiasa. Ten podszedł siadając na łóżku obok mnie.
W sypialni panowała ciemność i jedynie mała lampka nocna nieco rozświetlając czerń pozwalała dojrzeć jego twarz. Spojrzał na mnie troskliwym wzrokiem i przyłożył rękę do policzka, powodując dreszcze.
-Miałem okropny sen...- powiedziałem nie chcąc się zagłębiać w szczegóły. Matt najwyraźniej bez słów zrozumiał, o co mi chodziło, bo nie pytał już o nic więcej- Obiecaj mi.... Obiecaj, że nigdy mnie nie zostawisz...
-Tom, oczywiście- delikatnie się pochylił i musnął moje usta- Jest już środek nocy, idź spać...- dodał głaskając mnie po głowie, po czym pocałował mnie jeszcze raz i wstał udając się w stronę drzwi.
-Matt- zawołałem niepewnie, na co ten odwrócił się w moją stronę oparty o framugę drzwi- Czy mógłbyś... Mógłbyś ze mną dzisiaj zostać? Nie chcę być sam...- dodałem, ale nie musiałem tego robić, gdyż zanim skończyłem zdanie Matthias już leżał obok mnie.
Bez słowa wtuliłem się w niego. Właśnie tego mi było trzeba. Jego blisko mnie dającego mi poczucie bezpieczeństwa i nadzieję, że jutrzejszy dzień będzie lepszy od dzisiejszego.
-Dlaczego ja?- spojrzałem na niego zdziwiony nie mając bladego pojęcia, o czym mówi- Dlaczego ze wszystkich facetów na Ziemi wybrałeś akurat mnie? Najmniej pewnego, najmniej odważnego?
W czym ja jestem lepszy od nich wszystkich? Dlaczego właśnie ja?- ponowił pytanie spoglądając na mnie, uśmiechnąłem się delikatnie dobrze znając odpowiedź na te pytanie
-Bo kocham cię. Z pośród tych wszystkich ludzi na świecie kocham właśnie ciebie. I tylko ciebie- bez chwili zawahania przylgnąłem do niego całym ciałem całując namiętnie.
Tak bardzo byłem wdzięczny, że bez słowa położył się obok mnie pozwalając, abym wtulił się w niego. Nie zadawał żadnych pytań, nie sprawiał wrażenia niezdecydowanego. Po prostu nie wahając się ani sekundy przyszedł. A to chyba o czymś świadczy..?
Może nasze początki nie były idealne jak na zakochaną parę, ale... Przecież ważniejsze od tego jak zaczynasz, jest to jak kończysz, prawda? A ja wróżyłem nam szczęśliwe zakończenie. Nie bez kłopotów, nie bez kłótni, nie bez codziennych sprzeczek o bzdury, ale szczęśliwe. I wtedy naprawdę byłem o tym przekonany...
-Dobranoc, kochanie- wyszeptał po raz kolejny składając na moich ustach subtelny pocałunek, a ja zaskoczony z początku nawet nie zwróciłem uwagi na to, jak mnie nazwał.
-Dobranoc- powiedziałem ledwo słyszalnie uśmiechając się i wtuliłem się w jego klatkę piersiową po raz kolejny szepcąc te dwa, najpiękniejsze na świecie słowa. Miałem go wtedy obok siebie bliżej niż kiedykolwiek wcześniej i napawałem się tą chwilą jak tylko mogłem. Przymknąłem oczy odpływając myślami gdzieś to idealnej krainy, gdzie liczymy się tylko my. Gdzie nikt nas nie obraża, nie wyzywa, nie wyśmiewa się z nas. Gdzie nikt nie oskarża nas o wynaturzenie, o deprawowanie dzieci i młodzieży, o zniewagę boską.
Gdzie ludzi się ocenia po ich charakterze i dobroci, a nie po tym, kogo kochają. Gdzie nie musisz się przyznawać do swojej orientacji, bo ludzie nikogo nie dzielą na „lepszych i gorszych”. Gdzie wszyscy mamy równe prawa wobec siebie i gdzie wszyscy żyjemy w pokoju i harmonii, bez wojen, bez przemocy, bez smutku...
Tam, gdzie wszyscy są wolni i szczęśliwi...

niedziela, 26 października 2014

Rozdział dziesiąty



-Idę do sklepu, coś chcesz?- spytał nawet nie spoglądając mi w oczy. Od wczorajszego incydentu coś się zepsuło... W ogóle ze sobą nie rozmawiamy, a za każdym razem, gdy nawet tylko przechodzę obok Matt natychmiast odskakuje na bok, zupełnie jakby się mnie bał. A ja nie miałem pojęcia jak mam to interpretować...
-Nie, dzięki- rzuciłem wychodząc do swojego pokoju.
To wszystko zaczynało mnie przerastać. Nie mogłem pojąć, jak to możliwe, abym w przeciągu zaledwie jednego dnia zdążył się odkochać i poczuć coś, do kogoś innego.
A może tak naprawdę ja czułem to już od początku? Może to siedzi we mnie od naszego pierwszego spotkania? Może to całe uczucie do Andreasa było moim wymysłem? Może podświadomie wmawiałem sobie, że go kocham bojąc się przed samym sobą przyznać, że zakochałem się w najlepszym przyjacielu..?
Z każdym kolejnym rozważaniem tej opcji stawała się ona dla mnie coraz bardziej prawdopodobna.
Ale dopiero potem to wszystko zaczynało się układać w całość.
Czy mogłem być aż tak ślepy? Czy mogłem..?
Cholera.
Dopiero teraz zaczynałem pojmować, że to wszystko było tylko przykrywką. Już po kilku dniach miałem przeczucie, że Matthias jest dla mnie kimś znacznie więcej, ale skutecznie odpędziłem tę myśl zasłaniając się, że to tylko przyjaźń. Bzdura.
Dobrze wiedziałem, że zaczynam się powoli zakochiwać i … i przestraszyłem się.
Przestraszyłem się, że on nie czuje tego samego. A wtedy bym go stracił. Stracił na zawsze...
I nagle pojawił się Adreas- idealna okazja, aby udowodnić sobie, że nie kocham Mata. Wkręciłem się w ten „związek” kompletnie tracąc zdrowy rozsądek, ale... Czy mogłem przewidzieć, że to się tak skończy?
Wypierałem to wszystko ze swojej świadomości, licząc że może jednak okaże się to nieprawdą, że może z czasem to uczucie zacznie słabnąć.
Ale stało się zupełnie na odwrót. Wcale nie dostrzegałem tego, że w miarę jak poznawałem go coraz bliżej jeszcze bardziej się w nim zakochiwałem. To uczucie zaczynało mnie przerastać i wymykać się spod mojej kontroli.
Nie chcę mówić, że nie czułem nic do Andreasa bo tak z pewnością nie było.... Ale czy była to miłość?
Wtedy chyba tak właśnie sądziłem. Tak bardzo chciałem być z kimś. Tak bardzo chciałem Kochałem bezgranicznie będąc nie z tym, z kim powinienem.
Zmarnowałem kilka długich tygodni podczas których mogłem być z Mattem. Ale. . . Czy my. . . Czy w ogóle istnieje jakieś „my”?
A co jeśli on nie jest . .? Co jeśli nie odwzajemnia moich uczuć? Co jak już kogoś ma?
Cholera.


Nothing goes as planned
Everything will break
People say goodbye
In their own special way
All that you rely on
And all that you can fake
Will leave you in the morning
Come find you in the day

Oh, you’re in my veins
And I cannot get you out
Oh, you’re all I taste
At night inside of my mouth
Oh, you run away
Cause I am not what you found
Oh, you’re in my veins
And I cannot get you out
Everything will change
Nothing stays the same
Nobody is perfect
Oh, but everyone's to blame
All that you rely on
And all that you can save
Will leave you in the morning
Will find you in the day

Oh, you’re in my veins
And I cannot get you out
Oh, you’re all I taste
At night inside of my mouth
Oh, you run away
Cause I am not what you found
Oh, you’re in my veins
And I cannot get you out
No I cannot get you out
No I cannot get you out
Oh no, I cannot get you out
No I cannot get you...

Everything is dark
It’s more than you can take
But you catch a glimpse of sunlight
Shining
Shining down on your face
Your face
On your face


Zaczynałem mieć przeczucie, że mimo pocałunku nic do mnie nie czuje. Zachowywał do mnie dystans, unikał jak ognia.
Wiedziałem, że najlepiej będzie jak o tym zapomnę, ale... Nie mogłem.
Nie mogłem przestać o nim myśleć, gdy zamykałem oczy jedyne co widziałem to jego obraz.
I chyba nawet wiem już dlaczego...
Było mi potwornie głupio, że dopuściłem do takiej sytuacji. Przecież normalni ludzie zwykle najpierw rozmawiają, a nie rzucają się z całowaniem... prawda?
Właśnie, normalni.
Szybko otworzyłem drzwi balkonowe wychodząc na zewnątrz, gdzie wiał silny wiatr co sprawiało, że temperatura zdawała się być jeszcze niższa niż w rzeczywistości. Wziąłem głęboki wdech i po chwili wypuściłem dym papierosowy z ust. Wiem, że miałem z tym skończyć. Ale to wszystko wykańczało mnie psychicznie. Nie potrafiłem usiedzieć w jednym miejscu ani skupić się na niczym. Ręce trzęsły mi się jak szalone, a za każdym razem gdy otwierałem usta nie mogłem wydobyć z siebie nawet najcichszego dźwięku.
Wiedziałem, że muszę się wziąć w garść i coś ze sobą zrobić. Tylko pytanie: co..?
Kocham go.
To jedyne, co wtedy wiedziałem i czego byłem pewien. Jedyne.
A im bardziej próbowałem siebie przekonać, że tak nie jest, tym bardziej samego siebie ośmieszałem.
Dlaczego miłość musi być tak skomplikowana? Pełna bólu, łez i rozczarowań?
Dlaczego nie możemy wyjść na ulicę, spotkać miłość swojego życia, wziąć ślub i żyć długo i szczęśliwie?
Dlaczego musimy spotykać się z odrzuceniem, oszustwami, zdradami?
Dlaczego nie może to być proste?
Najzwyczajniej w świecie się bałem.
Co będzie jak teraz, kiedy to już wiem na pewno, że kocham go z całego serca, ten tą moją miłość odrzuci? Chcący, niechcący, ale odrzuci?
Tego chyba bałem się najbardziej. Bo cóż miałbym wtedy zrobić? Tak po prostu przestać go kochać? Jak..?
-Tom, ty płaczesz?- zamyśliłem się tak bardzo, że kompletnie nie zwracałem uwagi na film, który oglądaliśmy. Siedziałem teraz tak blisko niego, niecałe 20 centymetrów... Mogłem spojrzeć w jego oczy, poczuć mocne perfumy...- Przecież ona jeszcze nie umarła...
-Ja nie płaczę przez film, Matt, tylko przez siebie... i ciebie- dodałem bardzo cicho, ale byłem pewien, że Matthias wszystko bardzo dobrze usłyszał.
Na chwilę zapadła cisza. Żaden z nas nie wiedział co ma powiedzieć. Więc trwaliśmy tak w milczeniu kilka minut dopóki film się nie skończył.
Niepewnym ruchem podniosłem wzrok i już miałem wstać i wyłączyć płytę. Czułem na sobie wzrok Matthiasa, ale starałem się za żadne skarby się nie odwracać dobrze wiedząc, że nie będę w stanie nad sobą zapanować.
Ale nie wytrzymałem. Spojrzałem na niego i zanim zdążyłem cokolwiek pomyśleć ten rzucił się na mnie całując. Odpłynąłem myślami zaplatając ręce na jego karku i oddając się jego czułym pocałunkom.
Chciałem, żeby ta chwila trwała wiecznie. Ale dobrze wiedziałem, że minie znacznie szybciej, a potem znowu będziemy siebie traktować jak obcych. Nie mogłem znieść tej myśli dlatego odepchnąłem go od siebie szybkim krokiem wstając z kanapy. Stanąłem wpatrując się w pustą przestrzeń ulicy widoczną z okna dobrze wiedząc, że nie jestem w stanie spojrzeć mu w oczy...
-Nigdy więcej tego nie rób- powiedziałem, czując jak całe moje ciało się trzęsie- Mieszasz mi tylko w głowie...
-Ja? Jak ktoś tutaj komuś namieszał w głowie to ty mi- odwróciłem się zdziwiony jego słowami
-Słucham?- tylko to zdołałem z siebie wtedy wydobyć
-Nie rozumiesz, że ja nie mogę przestać o tobie myśleć? I nie mogę zrobić nic, żeby powstrzymać się przed zrobieniem TEGO...
-Cze..?-zacząłem, lecz zanim wypowiedziałem słowo Matthias udzielił mi wystarczająco jasnej odpowiedzi składając na moich ustach słodki pocałunek.
Ponownie poczułem ten przyjemny dreszcz na całym ciele. Podniosłem wzrok i dostrzegłem, że kąciki ust Matta delikatnie powędrowały do góry.
Nie minęło kilka sekund, a tym razem to ja przyciągnąłem go do siebie obdarzając kolejnym pocałunkiem, których tego wieczora było znacznie więcej. 
Nie było żadnych wyznań, obietnic, deklaracji… Wówczas było to absolutnie niepotrzebne, a nawet zbędne. Wydaje mi się, że żaden z nas nie chciał psuć tej chwili rozmowami o tym, co z nami będzie i jaka przyszłość nas czeka. Trwaliśmy tak w milczeniu, a pocałunki i uśmiechy w wystarczająco oczywisty sposób wyrażały to, co oboje czujemy…

środa, 15 października 2014

Rozdział dziewiąty



Nienawidziłem siebie. Z całych sił nienawidziłem się za to, że mogłem dać się tak nabrać. Andreas potraktował mnie jak zwykłą zabawkę. Podczas gdy on świetnie się bawił robiąc ze mnie kompletnego idiotę, ja prawie naprawdę się w nim zakochałem. I chociaż żadne wypowiedziane przeze mnie ,,kocham cię” nie miało tak ogromnego znaczenia jak mieć powinno, to jednak mimo wszystko coś dla mnie znaczyło, nie mówiłem tego bez powodu…
Chciałem tylko być szczęśliwy. Chciałem chociaż raz w życiu poczuć jak smakuje miłość. Kochałem mocno, w zamian oczekując jedynie tego samego. I co dostałem..?

Abriste una ventana despertando una ilusión (Otworzyłeś okno, budząc złudzenia)Cegando por completo mi razón(Całkowicie oślepiając mój rozum)
Mantuve la esperanza conociendo tu interior(
Trzymałem się nadziei, poznając twoje wnętrze)
Sintiendo tan ajeno tu calor
(Czując tak obce twoje ciepło)Probé de la manzana por amor (Spróbowałem jabłka miłości)

Quiero ya no amarte y enterrar este dolor(
Chcę już cię nie kochać i pogrzebać ten ból)
Quiero que mi corazón te olvide (
Chcę, by moje serce o tobie zapomniało)
No ser como tú, quiero ser yo la fuerte (
Nie być jak ty, chcę być silny)
Solo te he pedido a cambio tu sinceridad(
W zamian prosiłem cię tylko o szczerość)
Quiero que el amor al fin conteste (
Chcę, by miłość wreszcie odpowiedziała)
¿Por qué siempre soy yo la de la mala suerte?(
Dlaczego to zawsze ja jestem tym nieszczęśliwym?)

Vienes, me acaricias y te marchas con el sol(
Przychodzisz, dotykasz mnie i odchodzisz wraz ze słońcem)
Me duele solo ser tu diversión, no(
Boli mnie bycie tylko twoją rozrywką, nie)
Dices que me amas, que no hay nadie como yo
(Mówisz, że mnie kochasz, że nie ma nikogo takiego jak ja)
Que soy la dueña de tu corazón(
Że jestem właścicielem twojego serca)
Pero alguien más está en tu habitación(
Ale ktoś inny jest w twoim pokoju)
Quiero ya no amarte y enterrar este dolor(Chcę już cię nie kochać i pogrzebać ten ból)
Quiero que mi corazón te olvide (
Chcę, by moje serce o tobie zapomniało)
No ser como tú, quiero ser yo la fuerte (
Nie być jak ty, chcę być silny)
Solo te he pedido a cambio tu sinceridad(
W zamian prosiłem cię tylko o szczerość)
Quiero que el amor al fin conteste (
Chcę, by miłość wreszcie odpowiedziała)
¿Por qué siempre soy yo la de la mala suerte?(
Dlaczego to zawsze ja jestem tym nieszczęśliwym?)

No, no pasa nada si el amor no es perfecto(
Nie, nic się nie dzieje, jeśli miłość nie jest idealna)
Siempre y cuando sea honesto(
Ale za to zawsze będzie uczciwa)
Y no, ya para que pedir perdón, no es correcto (
I nie, po co już prosić o wybaczenie, to niewłaściwe)
No puedo compartir lo que no se me dio (
Nie mogę dzielić tego, czego mi nie dano)
No soy la dueña de tu corazón
(Nie jestem właścicielem twojego serca)Yo soy quien sobra en esta habitación, no(Jestem kimś zbytecznym w tym pokoju, nie)
Quiero ya no amarte y enterrar este dolor(Chcę już cię nie kochać i pogrzebać ten ból)
Quiero que mi corazón te olvide (
Chcę, by moje serce o tobie zapomniało)
No ser como tú, quiero ser yo la fuerte (
Nie być jak ty, chcę być silny)
Solo te he pedido a cambio tu sinceridad(
W zamian prosiłem cię tylko o szczerość)
Quiero que el amor al fin conteste (
Chcę, by miłość wreszcie odpowiedziała)
¿Por qué siempre soy yo la de la mala suerte?(
Dlaczego to zawsze ja jestem tym nieszczęśliwym?)



Dlaczego moje życie musi zawsze przypominać operę mydlaną? Dlaczego wszyscy mnie ranią?
Dlaczego nie potrafię się nie angażować? Nie przejmować? Nie przeżywać? Nie płakać jak małe dziecko?
Dlaczego jestem taki naiwny? Dlaczego wierzę we wszystko, co mi mówią nie przejmując się wcale, że brzmi to czasami wręcz nierealnie?
Siedziałem ze wzrokiem utkwionym w martwy punkt. Nie miałem pojęcia co się dzieje wokół, która godzina ani jaka jest pogoda za oknem. Równie dobrze mogłaby wybuchnąć bomba przed moim domem, a ja i tak bym tego nie usłyszał.
Czułem się jakbym szybował tysiąc metrów nad niebem, a nagle ktoś brutalnie odciął mi skrzydła zrzucając wprost do kałuży melancholii. A ta ogarniała mnie coraz bardziej. Z czasem pojawiały się czarne myśli, a ja nie potrafiłem ich od siebie odpędzić. Zawsze wracały w najmniej odpowiednim momencie, a ja już nie miałem sił. Poddawałem się. Za każdym razem...
Powoli to wszystko zaczynało mnie przerastać. Czas mijał, a ja stawałem się coraz bardziej bierny. Miałem wrażenie jakbym tracił kontrolę nad sobą samym.
Chciałem, żeby to wszystko się już skończyło. Raz na zawsze. Pragnąłem tylko znaleźć się tam, gdzie nie czułbym już tego bólu i cierpienia. Tam, gdzie wszystkie troski i zmartwienia znikną. Znikną na zawsze.
Nawet nie wiem kiedy i jak znalazłem się w kuchni. Chociaż resztki rozsądku podpowiadały mi, abym zawrócił stamtąd jak najszybciej, to było we mnie coś silniejszego od tego. Coś, co mną kierowało nie pytając czy robi dobrze, czy źle...
To nie było żadne rozwiązanie, wiem. To jedynie tchórzowska ucieczka. Egoistyczna , tchórzowska ucieczka desperata, który nie wie, co ma zrobić.
Trzęsącymi się rękoma wyciągnąłem największy nóż z szuflady. Jeden ruch. Tylko jeden ruch i będzie po wszystkim.
Wziąłem głęboki wdech czując jak po policzkach spływają mi łzy. Wyciągnąłem telefon, przez chwilę wahając się czy dzwonić do rodziców. Ale nie miałem na tyle odwagi. Stchórzyłem, po raz kolejny stchórzyłem...
Przyłożyłem lodowate ostrze do skóry naciskając lekko. Zobaczyłem pierwsze krople krwi i przestraszony oderwałem nóż od ręki. Rozpłakałem się jeszcze mocniej. Miałem za mało chęci, aby żyć, za mało odwagi aby umrzeć...Nawet gdybym chciał to zrobić, to i tak nie potrafiłem. Nie byłem w stanie Spanikowałem...
-Boże, Tom!- usłyszałem za sobą krzyk Matthiasa. Niedbale rzucił torby na podłogę kompletnie ignorując dźwięk tłuczonego szkła. Padł na kafelki jak najszybciej wyrywając mi nóż z ręki raniąc się przy tym. Szybko obejrzał mój nadgarstek, ale widząc tylko niewielką ranę przyciągnął do siebie mocno- Coś ty chciał zrobić..?- wyszeptał cicho łamiącym się głosem, a ja dopiero teraz zorientowałem się, że płacze... Miałem wyrzuty sumienia, że aż tak go wystraszyłem. Dopiero teraz zorientowałem się co tak naprawdę próbowałem zrobić... A przecież wcale tego nie chciałem, nie chciałem aby ktoś przeze mnie płakał... A zwłaszcza on.
Rozpłakałem się jeszcze bardziej, gdy ten zapytał „Dlaczego?” a ja po prostu nie potrafiłem mu na to odpowiedzieć... Wtuliłem się w jego bluzę jakby chcąc się schować. Było mi wstyd. Okropnie wstyd.
-Tom... popatrz na mnie- prosił, powoli podniosłem na niego wzrok- Tom... Obiecaj mi że nigdy, przenigdy już tak nie zrobisz... Obiecaj-powtarzał jak w amoku z drżącym głosem i oczami pełnymi łez, a ja powiedziałem coś, czego natychmiast pożałowałem...
-Już nie udawaj, że aż tak bardzo się mną przejmujesz. Nikt się mną nie przejmuje...
-Przestań do jasnej cholery pierdolić głupstwa! Czy ty jesteś ślepy?! Nie widzisz, że staram się tobie pomóc jak mogę?! Nie widzisz, że staję na rzęsach, żebyś ty chociaż przez chwilę się uśmiechnął?!- poderwał się krzycząc, a ja nie mogłem się mu dziwić. To, co powiedziałem było podłe i egoistyczne. I zabolało go. Bardzo zabolało...- Nie widzisz, że się o ciebie troszczę? Nie widzisz..?- dodał cicho tonem przepełnionym bólem, a ja miałem ochotę zapaść się od ziemię...
I w tamtej chwili zrobiłem coś, czego chyba sam bym się nie spodziewał. Kompletnie nie mam pojęcia co ja wtedy sobie myślałem… Po prostu wstałem, zrobiłem ten jeden krok dzielący nas od siebie i wpiłem się w usta Matta. Nie trwało to długo, może 5 sekund, ale ja miałem wrażenie jakby na chwilę cały świat zatrzymał się i zakręcił w drugą stronę. Gdy tylko zorientowałem się, co ja najlepszego zrobiłem odskoczyłem od niego przerażony. Byłem potwornie zawstydzony tym, co przed chwilą zaszło i tym, że za żadne skarby nie potrafiłem się powstrzymać. Z jednej strony nie miałem pojęcia dlaczego to zrobiłem, lecz jednak podświadomie czułem, że było coś co mnie do tego podkusiło. A może częściowo było to poczucie winy..?
Nerwowo spuściłem wzrok i próbowałem jeszcze jakoś to naprawić…
-Przepraszam, ja...-  zacząłem spoglądając niepewnie na Matthiasa, a ten, nie dając mi nawet dokończyć przyciągnął do siebie przerywając mój żałosny monolog czułym pocałunkiem...
Wszystko w moim brzuchu wywracało się zupełnie tak, jakby był to bęben pralki nastawionej na najwyższe obroty. Nie jestem nawet w stanie opisać tego, co w tej chwili przeżywałem. Miękkie i słodkie usta Matta wprawiały mnie w obłęd,  a jego ciepłe ręce błądzące po moich plecach powodowały przyjemne dreszcze. Jednak w pewnym momencie oderwał się ode mnie niespodziewanie i pospiesznie odszedł. Usłyszałem tylko trzaśnięcie drzwiami i drgnąłem czując, że powinienem za nim pobiec, jakoś to wyjaśnić, zapytać się czemu odwzajemnił mój pocałunek...
Ale tego nie zrobiłem. Nie zrobiłem, bo tak naprawdę sam nie wiedziałem czemu to ja go pocałowałem...

czwartek, 9 października 2014

Rozdział ósmy


Ostatnie przebłyski słońca resztkami sił przypominały o nie tak jeszcze odległym lecie. Na niebo powoli wtaczały się ciemne chmury i tylko gdzieniegdzie przebijały się przez nie niewyraźne promyki jakby rozpaczliwie próbując je jakoś odpędzić.
Chmury jednak zaczęły się kłębić, a po chwili na ziemi lądowały pierwsze krople jesiennego deszczu. Spadały na liście drzew i rozgrzany asfalt niosąc im ochłodę od letnich upałów. Chodnik szybko pokrył się ciemniejszymi kropkami, mimo to niektórzy przechodnie nawet nie wyciągali parasolek chcąc nacieszyć się pierwszym deszczem.
Szybko jednak zerwał się silny wiatr kołysząc  drzewami ii ciskając kroplami w okna. Z każdą minutą niebo stawało się coraz ciemniejsze, a deszcz coraz mocniejszy. Po niebie przemknęła jasna struga światła, a po chwili rozległ się głośny grzmot…
Siedziałem tak wpatrując się w okno i zdałem sobie sprawę, że w gruncie rzeczy tę codzienną sytuację można porównać do ostatnich wydarzeń z mojego życia…
Na początku świeciło słońce- byłem szczęśliwy, że w końcu mam ukochanego u swojego boku.
Z czasem zaczęły się pojawiać chmury- obawy jak powiedzieć o tym rodzicom i Matthiasowi…
W końcu zacząłem mieć pewne wątpliwości czy to wszystko nie jest za piękne, aby było prawdziwe-  spadły pierwsze krople deszczu…
W końcu uderzył pierwszy piorun- dowiedziałem się prawdy. Prawdy, która niestety bardzo boli.
A potem..? A potem rozpętała się prawdziwa burza i było już tylko gorzej…
Mówi się, że czas leczy rany, jednak zdawało mi się, że w moim przypadku jest wprost odwrotnie. Na początku jeszcze się łudziłem, że może to wszystko okaże się zwykłym żartem, kiepskim wygłupem, moim urojeniem albo po prostu snem…
Potem wciąż miałem nadzieję, że obudzi się w nim chociaż odrobina skruchy… że przyjdzie, przeprosi, zapewni, że jego uczucia są prawdziwe, że będzie błagał o drugą szansę…
Ale tak się nie stało. Nawet nie miał odwagi tu przyjść i przeprosić za to, jak podle mnie potraktował.
Czułem się z tym okropnie, jak bezwartościowe zero… Pierwszy lepszy mężczyzna pojawił się znikąd, namieszał mi w głowie, uwiódł mnie, rozkochał w sobie wydawałoby się, że do granic możliwości… cały czas oszukując.
A ja mu wierzyłem. Wierzyłem w każde czułe słówko, każde „kocham cię”, każdy pocałunek, każdą obietnicę… Wierzyłem mu we wszystko. Ślepo ufałem mu, a teraz… Teraz mam za swoje.
Przykre i bolesne doświadczenia z Andreasem ostudziły cały mój entuzjazm i optymizm. Wszystko widziałem w szarych barwach, a w najprostszym geście życzliwości od razu dopatrywałem się jekiegoś postępu.
Zwinąłem się na kanapie pozwalając łzom swobodnie spływać po policzkach, zupełnie tak jak kroplom deszczu po szybie…
I'm making flowers out of paper (Wycinam kwiaty z papieru)
While darkness takes the afternoon (Podczas gdy ciemność pochłania popołudnie)
I know that they won't last forever (Wiem, że nie przetrwają wiecznie)
But real ones fade away too soon (Ale żywe więdną za szybko)

I still cry sometimes when I remember you (Wciąż płaczę czasami, gdy przypominam sobie o Tobie)
I still cry sometimes when I hear your name (Wciąż płaczę czasami, gdy słyszę Twe imię)
I said goodbye and I know you're alright now (Pożegnałem się i wiem, że u Ciebie wszystko w porządku)
But when the leaves start falling down I still cry… (Ale gdy liście zaczynają spadać wciąż płaczę…)

It's just that I recall September (To tylko to, że przywołuję wrzesień)
It's just that I still hear your song (To tylko to, że wciąż słyszę Twoją piosenkę)
It's just I can't seem to remember (To tylko to, że chyba nie mogę zapamiętać)
Forever more those days are gone (Te dni odeszły na wieki wieków)

I still cry sometimes when I remember you (Wciąż płaczę czasami, gdy przypominam sobie o Tobie)
I still cry sometimes when I hear your name (Wciąż płaczę czasami, gdy słyszę Twe imię)
I said goodbye and I know you're alright now (Pożegnałem się i wiem, że u Ciebie wszystko w porządku)
But when the leaves start falling down I still cry… (Ale gdy liście zaczynają spadać wciąż płaczę…)


Byłem przytłoczony, zagubiony i przerażony. Zupełnie jak rozbitek w środku dżungli, który chce uciec, ale nie ma pojęcia dokąd…
A nawet jeżeli uda mu się uratować swoje życie, to czy kiedyś znowu wsiądzie do samolotu? Czy nie będzie się bał, że znowu spotka go to samo? Czy nie będzie patrzył na każdy samolot na niebie lekko zdenerwowany, bo znowu dopadną go traumatyczne wspomnienia?
Bałem się, że stanę się jak ten rozbitek, który nie będzie w stanie drugi raz wsiąść do jakiejkolwiek maszyny latającej.
Bałem się, że już nigdy nie będę w stanie nikomu zaufać, że już nigdy nie pokocham nikogo tak mocno...
Leżałem płacząc dniami i nocami mając nadzieję, że razem z tymi łzami wypłynie cały mój ból, a z czasem rany zaczną się goić. Ale czas mijał uświadamiając mi, jak bardzo się myliłem...

-Jestem!-usłyszałem głośny krzyk i towarzyszące mu trzaśnięcie drzwiami. Szybko poderwałem się z kanapy wycierając mokre od łez policzki.
Do kuchni wszedł obładowany torbami z zakupami Matthias. Wysiliłem się na delikatny uśmiech modląc się w duchu, aby ten niczego nie zauważył.
Przez te ostatnie kilka dni był dla mnie jak anioł stróż. Nie dość, że zajmował się całym domem. Sprzątał, prał, gotował, robił zakupy to jeszcze musiał wysłuchiwać mich żali i tolerować szczeniackie, a czasami nawet bardzo nieuprzejme wobec niego zachowanie.
A on znosił to wszystko, można by rzec- ze stoickim spokojem. Zawsze cierpliwie mnie słuchał, nie komentował, nie krytykował, nie prawił mi matczynych morałów.
Mimo to że byłem wręcz nieznośny Matt z całych sił starał się mnie pocieszać i w jakiś sposób dodać otuchy.
Miałem wyrzuty sumienia, że stałem się dla niego takim ciężarem...
Niepewnie sięgnął ręką do torby spoglądając na mnie kątem oka. Po chwili odszedł, usiadł obok mnie i po prostu, bez niczego przytulił do siebie.
-Nie zgrywaj silniejszego niż jesteś- poprosił wciąż nie odrywając się ode mnie.
-Wiecznie użalanie się nad sobą też nie pomoże- dodałem z przekonaniem w głosie. Ale tylko w głosie... Na samo wspomnienia Andreasa łzy same cisnęły mi się do oczu i nie umiałem na to nic poradzić. To było silniejsze ode mnie...
Z jednej strony miałem wrażenie że wszystko zaczyna się układać, że nie odczuwam już tego bólu aż tak mocno, ale z drugiej... Wciąż siedziało we mnie takie przeczucie, które nie pozwalało się uśmiechnąć i wierzyć, że będzie dobrze. Byłem całkowicie bierny- ani ulubiona potrawa, ani piosenka, ani film nie były w stanie poprawić mi humoru. Nie miałem ochoty na nic...
Ale nie miałem pojęcia, że to przeczucie jest aż tak silne, aby zawładnąć mną w całości...

środa, 1 października 2014

Rozdział siódmy



Kolejne dwa dni minęły znacznie szybciej niż poprzednie, a ja miałem wrażenie jakbym znajdował się trzy metry nad niebem…
Każdego dnia budziłem się z uśmiechem na ustach i już odliczałem minuty do spotkania z ukochanym. Czułem się trochę jak młodziak z liceum zaaferowany pierwszą szkolną miłością. Nawet czasami to wszystko wydawało mi się za piękne, aby mogło być prawdziwe i nie mogłem pojąć czym sobie zapunktowałem u Tego na górze, że to właśnie mnie spotkało coś tak cudownego…
Tak długo czekałem na szczęście i na prawdziwą miłość, a ta okazała się być bliżej niż się spodziewałem- zaledwie kilka metrów dalej.
Była dopiero ósma rano, a ja specjalnie wstałem wcześniej, aby przygotować małą niespodziankę. Dobrze wiedziałem, że Andreas kocha klasyczne brytyjskie śniadanie i dlatego postanowiłem sam mu je dzisiaj przygotować. Do całego zadania zabrałem się sumiennie przeglądając dziesiątki blogów kulinarnych. Efekt był bardzo przyjemny, w całym domu unosił się zapach smażonego bekonu i świeżo zaparzonej kawy. Starannie ułożyłem wszystko na tacce przez chwilę wahając się czy kłaść obok różę, ale ostatecznie uznałem to za idiotyzm. W końcu idę go obudzić śniadaniem do łóżka, a nie się oświadczać…
Jak najciszej potrafiłem wyszedłem starając się nie obudzić Matthiasa. Powoli zszedłem po schodach uważając, aby nie wylać ani kropelki kawy. Delikatnie nacisnąłem klamkę wchodząc po cichu do środka.
Zdziwiłem się, że Andreas o tak wczesnej jak dla niego porze już nie śpi i do tego rozmawia z kimś przez telefon. Podszedłem do framugi drzwi starając się nie zwrócić na siebie jego uwagi. Wtedy usłyszałem fragment tej rozmowy…
-Mówię ci, że go już prawie mam… Tak, łyka wszystko… Nie wiem, daj mi z tydzień, lub dwa. Nie chcę wyjść na nietaktownego- jego szyderczy śmiech odbijał się echem w mojej głowie, a ja stałem jak wryty wciąż licząc, że te słowa nie znaczą tego o czym właśnie pomyślałem…- Żartujesz? Zakład to zakład… Za dwa dni będzie mój, a ty do końca życia nie wypłacisz się mi z…- taca, którą miałem przed chwilą w ręce wylądowała z hukiem na podłodze, talerze rozbiły się w drobny mak, a świeży sok zlał się na ciemnych panelach z wrzącą kawą.
Automatycznie zasłoniłem usta ręką nie mogąc uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszałem. Tak bardzo chciałem się mylić, tak bardzo chciałem aby to okazało się być nieprawdą… Czułem się jakby ktoś właśnie brutalnie mnie spoliczkował wybudzając z bajki, która cały czas była fikcją.
Wszystko to, co dawało mi tyle radości i nadziei okazało się być tylko zwykłą grą na moich uczuciach. Wyjątkową podłą grą…
-Jak… Jak mogłeś?- wyjąkałem wciąż nie pojmując jak to możliwe. Chyba wciąż miałem resztki nadziei, że to można wytłumaczyć w jakiś inny racjonalny sposób. Ale moja podświadomość mówiła mi tylko jedno: oszukał cię…
-Boże, przestań wreszcie bujać w obłokach!- krzyknął gestykulując zamaszyście. Na jego twarzy widoczny był grymas złości… Był zupełnie innym człowiekiem niż kilka dni temu. Wtedy tak naprawdę zdałem sobie sprawę, że to nie ten Andreas, którego ja znam i którego kocham. A raczej kochałem…- W dupie cię mam i te twoje sceny dramatu, rozumiesz to?! Jesteś nikim… Nikim- każde jego słowo było jak kolejny nóż wbity w moje serce. Chciałem go nienawidzić. Z całego serca chciałem. Bo zasłużył sobie na to, potraktował mnie jak zwykłą marionetkę, męską dziwkę na zawołanie… Ale nie potrafiłem. Nie mogłem znienawidzić osoby, którą tak bardzo kochałem.  Za pięknie sobie to wszystko wyobrażałem, koloryzując wszystkie niedomówienia ... i do czego to doprowadziło?- Ja… Czekaj, to nie tak!- dopiero teraz zorientował się, co tak naprawdę powiedział, ale ja już nie miałem ochoty tego słuchać. Nie mogłem tego słuchać.
Jak najszybciej wyszedłem stamtąd z całych sił starając się zachować spokój. Wbiegłem do mieszkania zatrzaskując za sobą drzwi i osuwając się na wycieraczkę wybuchnąłem płaczem. Cała ta bańka mydlana prysła w jednej chwili, a ja wciąż nie mogłem w to uwierzyć.
Przecież powinienem był się cieszyć, że z dwojga złego prawda wyszła na jaw teraz, a nie kiedy nasz „związek” zacząłbym traktować jako coś na poważnie. A może ja już zacząłem go tak traktować?
Może to wszystko nie wyglądało tak, jak ja to widziałem? Może zbyt to idealizowałem zapominając o zachowaniu zdrowego rozsądku? Może za bardzo dawałem się ponieść emocjom stając się przez to ślepym na wszystko dookoła? Zatem to jestem sam sobie winny..?
Usłyszałem donośne pukanie do drzwi. Doskonale zdawałem sobie sprawę kto to i chociaż tak bardzo chciałbym pozostać na to obojętny, po prostu nie potrafiłem…
-Czego ty tu jeszcze chcesz?- spytałem najbardziej obojętnym tonem na jaki było mnie stać, co i tak nie miało najmniejszego sensu zważywszy na fakt, że wciąż nie mogłem przestać płakać.
-Tom, błagam cię… Wybacz mi… To nie tak… To wszystko co powiedziałem… Ja nie chciałem tego mówić… Naprawdę…- tłumaczył się nerwowo,  spuszczając głowę
-Daruj sobie- odpowiedziałem stanowczo- Przykro mi, ale tym razem przegrałeś. Wyjdź stąd.
-Nie… Posłuchaj mnie…- nie dawał za wygraną, podtrzymując drzwi nogą
-… Powiedziałem, wyjdź stąd- powtórzyłem z lekko drżącym głosem czując się jakby za chwilę coś miało we mnie pęknąć…
-Nie!- krzyknął przyciskając mnie do ściany.
Wtedy po raz pierwszy zacząłem się go bać… W jego oczach widziałem istny obłęd i szaleństwo. Już kompletnie nie wiedziałem, czego się mogę po nim spodziewać…
-Co ty do jasnej cholery tu robisz?!- rozdarł się Matthias, który przed chwilą wyszedł z pokoju najwidoczniej obudzony naszymi krzykami. W jednej chwili odepchnął ode mnie Andreasa, który wciąż odgrażał się, że jeszcze tu wróci po czym wyrzucił go za drzwi zamykając je na klucz.
Bezwiednie opadłem na panele wybuchając płaczem. Jeszcze nigdy w życiu nie czułem się tak okropnie jak wtedy. Wciąż nie mogłem pojąć, jak to możliwe, żeby osoba którą uważałem za jedną z najbliższych mi okazała się tak bezdusznym potworem.
Matthias był kompletnie zdezorientowany. Padł na kolana próbując dowiedzieć się ode mnie co tak naprawdę się stało i czemu, ale nie byłem w stanie odpowiedzieć na jakiekolwiek z jego pytań. Bez słowa wyjaśnienia przytuliłem się do niego mocno pozwalając łzom spływać po policzkach. Matt z początku zszokowany nie wiedział jak ma zareagować, ale po chwili odwzajemnił uścisk bujając się do przodu i do tyłu zupełnie tak, jakby chciał uśpić trzymane w ramionach dzieciątko…

***
I teraz to się będzie działo... ♥

Buziaki i do następnego :)