Nawet po tak długim czasie samo
wspomnienie feralnego wieczora przywołuje żal i smutek. Wiele
godzin rozmyślałem nad tym ale wciąż nie jestem w stanie pojąć
dlaczego ten człowiek tak postąpił i co nim kierowało? Czy to
była moja wina? Czy zraniłem go w jakiś sposób?
Skąd u ludzi bierze się ta nienawiść
i obrzydzenie do inności? Dlaczego pomiędzy słowami „inny” a
„gorszy” tak wiele z nas stawia znak równości? Czy to wynik
tego, że nie rozumiemy, czy że nie chcemy zrozumieć? A może po
prostu wolimy siedzieć cicho i nie wychodzić przed szereg? Może
Ci, co rozumieją boją się, że zostaną potraktowani tak samo jak
ci „odmieńcy”?
Dla mnie to po prostu nieludzkie, że
tak wiele milczy gdy tylu osobom dzieje się krzywda… Niestety
musiało dojść do tragedii, żeby ludzie otworzyli oczy. O tym
postrzale na Gali Life Ball mówiono we wszystkich austriackich i
zagranicznych mediach. W wielu przypadkach przerwano transmitowane
programy, aby przekazać tą informację. Nie tylko Wiedeń był
wstrząśnięty- wstrząśnięta była cała Austria, cała Europa.
Cały świat…
Żyłem sądząc, że
takie coś nigdy mi się nie przydarzy. Sądziłem, że takie rzeczy
zdarzają się tylko w filmach i kompletnie nie doceniałem tego, co
miałem. Żyłem tak, jakby świat miał się nigdy nie skończyć i
przyzwyczaiłem się do miłości Matta tak bardzo, że stało się
to dla mnie jak chleb powszedni. A przecież nie każdego spotyka tak
wielkie szczęście i tak silna, prawdziwa miłość. Nie doceniałem
go i nie poświęcałem mu tyle czasu, ile bym mógł. I chociaż
staram się dziękować za każdą minutę spędzoną z nim nie
sposób się odgonić od myśli, że tak wiele ich straciliśmy. . .
Każdego dnia
cierpiałem tęskniąc za nim coraz bardziej. Brakowało mi jego
pocałunków, jego „kocham cię”, brakowało mi tak naprawdę
wszystkiego. Nawet tych naszych kłótni o nic, które zawsze szybko
się kończyły, o żaden z nas nie umiał długo wytrzymać obrażony
na drugiego. Więc jak ja miałem wytrzymać bez niego?
Jak mogłem wstawać
z tego łóżka, w którym prawie każdego wieczora zasypiałem
wtulony w niego i w którym codziennie budziłem się widząc uśmiech
na jego twarzy? Jak mogłem siadać do stołu, przy którym razem się
wygłupialiśmy, przy którym prowadziliśmy tak ważne rozmowy? Jak
mogłem wchodzić do biura, gdy wciąż w każdym najdrobniejszym
szczególe pamiętałem ten magiczny moment, kiedy po raz pierwszy
usłyszałem „kocham cię” z jego ust?
Powtarzałem sobie,
że muszę być silny, że nie mogę się załamywać i użalać. Że
gdyby Matthias zobaczył mnie w takim stanie najpewniej podszedłby i
strzelił mi mocno w twarz i miałby co do tego pełne prawo. Bo
staczałem się, naprawdę się staczałem.
Czasami w nocy
zaczynałem nawet płakać z bezsilności i tęsknoty, mimo że
wiedziałem że to nie pomoże już ani mu, ani tym bardziej mnie.
Ludziom zdaję się, że łatwo jest tak żyć bez ukochanej osoby,
ale tak wcale nie jest. Nawet jeśli na początku myślisz, że
trzymasz się świetnie,to prędzej czy później to cię dopadnie. .
Tygodniami obwiniałem się za to, co się stało. Bo przecież to
jest wszystko moja wina. Może gdyby nie ten jeden cholerny wieczór
dalej bylibyśmy szczęśliwi razem? A może. . . Może dopiero wtedy
uświadomiłem sobie jak bardzo go kocham?
Przymknąłem oczy
nie próbując w żaden sposób powstrzymać łez. Pierwszy raz od
tygodni byłem w naszym mieszkaniu i czułem się tutaj cholernie
źle. Bo nie było tu jego. . .
Umierałem.
Usychałem każdego kolejnego dnia bez niego. I nie byłem pewien co
bym ze sobą zrobił gdyby nie wciąż te resztki nadziei, że
jutrzejszy dzień może być trochę lepszy od dzisiejszego
-Tak słucham. . .
Tak, przy telefonie. . . A co się stało. . ? Boże, dziękuję za
telefon, już jadę!
Wybiegłem z domu
nawet się nie przebierając. Odpaliłem szybko auto łamiąc po
drodze wszystkie możliwe przepisy drogowe.
Jechałem jak
szalony wymijając pod prąd i kompletnie ignorując czerwone światła
w głowie mając tylko jedną myśl. To naprawdę cud, że swoim
szarżowaniem za kierownicą nie spowodowałem żadnego wypadku.
Nawet nie wiedziałem, że jestem w stanie tak dobrze prowadzić
autem przy takiej prędkości. . . Zahamowałem z piskiem opon pod
szpitalem omal nie kasując stojącego opok Opla. Wbiegłem do
budynku i nawet nie czekając na windę rzuciłem się do klatki
schodowej.
-Gdzie on jest?
Pielęgniarka
spojrzała na mnie jak na jakiegoś szaleńca. Uśmiechnęła się
niewyraźnie podchodząc do lekarza i mówiąc mu coś pokazując na
mnie. Ten podziękował jej i nie mówiąc nic pokazał ręką że
mam iść za nim. Miałem wrażenie jakby serce miało mi za chwilę
podejść do gardła. Rozglądałem się nerwowo patrząc na sale,
które mijaliśmy. W końcu otworzył drzwi po lewej stronie
korytarza. Przez chwilę stałem w letargu próbując jakoś ogarnąć
myślami wszystko, co się teraz dzieje. Spojrzałem jeszcze raz na
lekarza pewnym krokiem wchodząc do sali.
-Matthias. . .-
wyszeptałem nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Leżał w tej
białej pościeli przypiętych do tych wszystkich rurek i innych
aparatur. Leżał patrząc na mnie słabym wzrokiem delikatnie się
uśmiechając. Chociaż bardzo chciałem, żeby się wybudził z
każdym kolejnym dniem nadzieje na to, że jeszcze kiedykolwiek będę
mógł spojrzeć w te piękne ciemnoniebieskie oczy malały. Lekarze
nie potrafili odpowiedzieć na żadne z moich pytań i kazali mi być
przygotowanym na wszystkie, nawet najgorsze, możliwości. A myśl,
że go stracę zabijała mnie. Gdybym on umarł. . . ja nie miałbym
po co żyć.
Podbiegłem do niego
i wprost rzuciłem się na jego łóżko przytulając go do siebie.
Ponownie powtórzyłem jego imię wybuchając płaczem. Nie sposób
nawet opisać jak
-Aż tak się za mną
stęskniłeś?- spytał próbując jakoś zażartować, ale chyba nie
był świadomy jak długo czekałem na tą chwilę.
-Matthias, byłeś w
śpiączce 1 rok 3 miesiące 9 dni i 7 godzin- powiedziałem na
chwilę odsuwając się od niego, aby móc spojrzeć w jego oczy-
Nawet nie wiesz jak mi ciebie brakowało. Już myślałem, że
straciłem cię na zawsze- wyszeptałem delikatnie go całując.
Jeszcze nigdy w życiu tak delikatny pocałunek nie spowodował
takich dreszczy i tak szybkiego bicia serca. Nie liczyło się
kompletnie nic. Ani lekarze w pokoju, ani ludzie na korytarzu, ani
tłumy dziennikarzy na zewnątrz. W tej chwili myślałem tylko o
nim.
-Kocham cię. Kocham
cię najmocniej na świecie- ponownie wtuliłem się niego nie mogąc
już powstrzymać łez.
Powtarzałem mu to
za każdym razem, kiedy do niego przychodziłem. Brałem go za rękę
i po prostu do niego mówiłem. O wszystkim i o niczym. Mówiłem o
wszystkim, co działo się w moim życiu. O każdej nowej piosence
napisanej dla niego, o każdej sprzeczce z Nicole i o tym, jak bardzo
mi go brakuje. Płakałem błagając, aby mnie nie zostawiał
wiedząc, że bez niego jestem słaby, samotny i nie mam po co żyć.
On dodaje mi otuchy i nadziei i pozwala w każdej drobnostce zauważyć
piękno i źródło szczęścia. Bez niego nic nie miałoby sensu. .
.
Po tygodniu mogłem
w końcu wrócić z nim do domu. Nie chciałem myśleć o tym ile
czasu nam zostało, po prostu nie chciałem. Chociaż musiałem być
przygotowanym na każdą okoliczność, wolałem korzystać z każdego
dnia, tak jakby miał był to ten ostatni. Bo przecież de facto tak
mogło być. . .
-Siadaj sobie
spokojnie, a ja zaraz zrobię ci coś do zjedzenia. . .- powiedziałem
rzucając torby na podłogę sypialni. Tak bardzo cieszyłem się, że
w końcu jest znowu ze mną w domu i znowu mam go obok siebie- To co
byś zjadł?
Matthias siedział
jakby w zamyśleniu kompletnie ignorując moje pytanie. Od kiedy
wyszliśmy ze szpitala zauważyłem, że nie jest tak samo jak
dawniej. Siedział cały czas przygnębiony uśmiechając się
niewyraźnie od czasu do czasu. A ja zaczynałem się już poważnie
martwić, czy na pewno wszystko jest w porządku. . . Naturalne jest
to, że może się czuć lekko zagubiony w całej tej sytuacji. Nie
chciałem w niczym go naciskać i starałem się być jak
najdelikatniejszy. Dlatego nie rozumiałem, czy to ja robię coś
źle, czy on po prostu musi sobie wszystko poukładać. Był bardzo
długo w śpiączce i zdawałem sobie sprawę, że to wcale nie jest
dla niego łatwe. Ale przecież ma mnie, a to wszystko dookoła:
nasze mieszkanie, nasza sypialnia, nasz pies nie są dla niego niczym
nowym. Tym bardziej nie mogłem zrozumieć powodu jego dziwnego
zachowania.
-Tom, możemy
porozmawiać?
-Oczywiście. A coś
się stało?
Jeszcze nigdy nie
widziałem, żeby Matthias był aż tak czymś przejęty. Siedział z
poważną miną, przez którą delikatnie przebijało się. . .
zdenerwowanie, zmartwienie?
-Tak. Ja. . .
ostatnio trochę życia przegapiłem i dotarło do mnie coś bardzo
ważnego. Ominęło mnie wiele, a nikt nie odda mi tych przespanych
miesięcy. . . Więc muszę zacząć korzystać z życia jak
najbardziej to możliwe. . .
-Umm, co masz na
myśli?
-Poczekaj, daj mi
dokończyć. Dzisiaj uświadomiłem sobie jedną, ale bardzo ważną
rzecz. . .- spuścił wzrok jakby zastanawiając się co ma tak
naprawdę powiedzieć. A ja wpatrywałem się z niego z wyczekiwaniem
już kompletnie nic z tego nie rozumiejąc. Co on sobie tak ważnego
uświadomił?- Dobra, wiem, że może nie do końca tak się to
powinno załatwiać, ale. . . Powiem to prosto z mostu: Tom, ja już
nie chcę być twoim chłopakiem. To jest kompletnie bez sensu.
Poczułem ukłucie w
sercu i ogromny ból spowodowany tymi słowami. Czy on naprawdę to
powiedział? Czy to już koniec. . ? Siedziałem z przerażeniem
analizując sens jego słów. I nagle to wszystko zaczynało mi się
układać w jedną spójną całość. To jego dziwne zachowanie, ten
dystans, który zachowywał w stosunku do mnie. I chociaż jego słowa
i wszystkie znaki, jakie mi wysyłał świadczyły tylko o jednym to
ja wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Kochałem go bardzo mocno i
nie wyobrażałem sobie życia bez niego. I wtedy, tamtego okropnego
wieczora, kiedy całe moje życie wywróciło się do góry nogami,
kiedy leżałem obok niego na ziemi, całując i szepcąc, że go
kocham miałem wrażenie, że on czuje do mnie to samo. Więc, co się
zmieniło przez te półtorej roku?
Nagle przestał mnie
kochać? Czy może. . . nigdy mnie nie kochał?
Nie, to jest
kompletnie bez sensu. . . Dlaczego w takim razie rzucałby się
świadomie ryzykując własne życie chcąc ocalić moje? Więc
dlaczego uważa, że nasz związek nie ma sensu? Dlaczego uważa, że
nasza miłość nie ma sensu?
Może znów dopadły
go myśli o chorobie, znowu nie chce, abym „marnował swoje życie”
z kimś, kto i tak wkrótce umrze. . . Ale, dlaczego miałby znowu
rezygnować ze mnie chcąc mojego szczęścia, skoro tyle razy
powtarzałem mu już, że szczęśliwy będę tylko i wyłącznie z
nim, nawet jeśli kiedyś go zabraknie. . . Chciałem być przy nim i
wspierać go we wszystkim. Musiał wiedzieć, że bardzo go kocham i
za nic w świecie nie pozwolę popełnić mu tego samego błędu po
raz drugi.
-Więc, Tom. . .
Wyjdziesz za mnie?
-Zaraz. . . co?-
spytałem kompletnie zszokowany patrząc na klęczącego przede mną
Matthiasa nie rozumiejąc już absolutnie nic z tego wszystkiego. Czy
on mi się właśnie oświadczył?
-Jak to co? Kocham
cię i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. I wiem, że to może
jest bardzo zuchwałe, ale niezależnie od tego ile dni mi jeszcze
pozostało, chcę każdy z nich spędzić z tobą. Chcę codziennie
widzieć twoją nieco zaspaną twarz. Chcę cię przytulać, całować,
kochać się z tobą i kochać ciebie. Czekałeś na mnie tyle
miesięcy nie mając żadnej gwarancji, że kiedykolwiek się obudzę.
I wiem, że dla ciebie zrobiłbym dokładnie to samo. Bo chociaż
wcale tego nie planowałem to zakochałem się w tobie do szaleństwa
i w końcu zrozumiałem dlaczego tak bardzo chcę spędzać z tobą
każdą chwilę mojego życia. Każdego dnia po naszym rozstaniu
umierałem z tęsknoty za tobą. Myślałem, że tak należy, że
zasługujesz na kogoś, kto da ci szczęście i będzie przy tobie, a
mnie i tak dopadło już przeznaczenie. Odszedłem od ciebie nie
chcąc sprawiać ci bólu i dopiero po długim czasie doszło do
mnie, że właśnie tym sprawiłem ci największy ból. Moje życie
bez ciebie jest puste i szare. Bez ciebie nie mam po co żyć i nie
mam dla kogo walczyć. Dzięki tobie wiem,Bo jesteś Tym Jednym
Jedynym, moją jedyną i prawdziwą miłością, moją księżniczką
na białym koniu. I naprawdę kocham cię bardziej niż kiedykolwiek
sądziłem, że będę w stanie kogoś pokochać. Chcę spędzić z
tobą resztę życia niezależnie od tego, czy zawsze będzie łatwo
i kolorowo. Jedyne czego pragnę w życiu to kochać cię i mieć cię
przy swoim boku. I po prostu nie chcę już czekać ani chwili
dłużej. . . - zakończył spoglądając mi prosto w oczy i dopiero
wtedy zaczynało do mnie docierać, że to nie jest żaden sen, a to
wszystko dzieję się naprawdę- Nie mogę ci obiecać, że będziemy
żyli długo, ale będę ci wierny aż do śmierci, niezależnie
kiedy ona nadejdzie. Chcę być twoim mężem i dzielić z tobą
wszystkie radości i troski. . . Zatem, Thomasie Neuwirth, wyjdziesz
za mnie?
-. . . Tak-
wyszeptałem bez chwili zawahania mrugając kilkakrotnie oczami, co i
tak nie miało żadnego sensu. W słowach, które powiedział było
tyle szczerości i miłości, że nie mogłem powstrzymać łez. Były
to zarazem najpiękniejsze i najprostsze słowa, jakie kiedykolwiek
usłyszałem i wiedziałem, że gdybym kiedykolwiek miał jakiś
wątpliwości co do tego czy Matt mnie kocha, po tych słowach
zniknęłyby one natychmiast. Ale wiedziałem, że on kocha mnie tak
mocno jak ja jego. Uśmiechnąłem się delikatnie widząc szczęście
i wzruszenie na jego twarzy. Szybkim ruchem wstał z podłogi i
pocałował mnie, a ja zaplotłem ręce na jego szyi wciąż nie do
końca dowierzając, że właśnie stałem się jego narzeczonym. . .
Siedzieliśmy tak
wtuleni w siebie napawając się ciszą, która jest wokół nas.
Nagle Matt wstał podchodząc do szuflady i wyjmując z niej coś
małego. Spojrzałem na niego pytająco, ale on tylko podszedł do
mnie całując, a po chwili poczułem jak nasuwa mi coś zimnego na
rękę.
-I teraz jesteś
moim prawowitym narzeczonym. . . Wiem, że może nie jest idealny,
ale nie mam nic specjalnie przygotowanego- dodał uśmiechając się
lekko.
-Jest idealny-
powiedziałem patrząc na prosty złoty pierścień z bardzo drobnymi
diamencikami obsadzonymi dookoła- A mi nie potrzeba nic więcej niż
ciebie. . . -pocałowałem go subtelnie gładząc ręką lekko
zarośnięty policzek- Wiesz, tak coś czuję, że ty ja i Bartie
stworzymy nawet świetną rodzinkę- dodałem z uśmiechem biorąc
małego na kolana. Lecz ten natychmiast się z nich wygramolił
wskakując na Matthiasa.
-Bardzo chciałbym,
żebyśmy stworzyli prawdziwą rodzinę. . .- nagle posmutniał
spuszczając głowę.
-Hej, Matt, my już
nią jesteśmy. . . A ty nie możesz od razu z góry zakładać tego
najgorszego. Musisz wierzyć. . .
-Masz rację, muszę
wierzyć. . . Mam dla kogo wierzyć.
Uśmiechnął się
delikatnie, a ja przyciągnąłem go do siebie całując namiętnie.
Bartie z początku zazdrosny zaczął szczekać i ciągnąć mnie za
nogawkę, ale szybko odpędziłem go ręką. Teraz, kochany piesku,
to on jest tylko mój. . . Tak bardzo brakowało mi go przez te
miesiące. I miałem wrażenie, że mu mnie także. Wplotłem dłonie
w jego włosy czując jak po całym ciele przeszedł mnie dobrze
znany mi dreszcz. Po chwili poczułem jego zimne dłonie błądzące
pod moją koszulką. Zaśmiałem się na wspomnienie, kiedy gdy
wypomniałem mu ten fakt on żachnął się odpowiadając, że zimne
ręce świadczą o tym, że ktoś dobry w łóżku. Cóż, zaraz
sprawdzimy czy poza nim także. . . Ani na chwilę nie odrywając od
niego ust jednym ruchem ręki zrzuciłem wszystkie naczynia wraz z
obrusem z niskiego stołu w salonie. A tyle razy mówiłem mu, że
musimy kupić porządną kanapę. . .
-Łooohoo, aż tak?
-uśmiechnął się do mnie kokieteryjnie przygryzając wargę.
-Nie prowokuj,
skarbie- odpowiedziałem akcentując ostatnie słowo wprost
zdzierając z niego koszulę odrywając przy tym kilka guzików,ale.
. . czy to miało jakieś znaczenie? Jeszcze bardziej pogłębiłem
pocałunek czując jak wszystko w moim brzuchu wywraca się jakbym
miał za chwilę eksplodować. A ja już naprawdę nie mogłem
wytrzymać. . . I bardzo dobrze czułem na sobie, że on też.
-Ale Tom, naprawdę?
Tak tutaj na stole. . ?
-Widzisz, taka
fantazja: ty i ja kochający się na stole. Nie nogę przestać o tym
myśleć od pierwszego dnia, kiedy jesteśmy razem...-wymruczałem
ponownie go całując.
-Ale. . . naprawdę?-
przerwał pocałunek unosząc lekko brew do góry.
-Matthias, do jasnej
cholery, co jest z tobą nie tak? Jestem tutaj przed tobą prawie
całkowicie nagi, a ty dalej ciągniesz bezsensowną rozmowę mając
w perspektywie pierwszy najdzikszy seks ze mną w życiu?
-Moja wina, że
wyglądasz tak cholernie seksownie i podniecająco jak się złościsz?
-wymamrotał spoglądając na mnie
-Taaak? A moim
zdaniem ty wyglądasz jeszcze seksowniej bez spodni- odpowiedziałem
jednym ruchem ściągając jego jeansy. Ten uśmiechnął się do
mnie figlarnie rzucając je za siebie całując mnie i przyciskając
do stołu przejmując tym samym inicjatywę. Zaczął obsypywać
pocałunkami moją szyję a ja odchyliłem głowę do tyłu wydając
z siebie cichy jęk. Powoli zaczął zjeżdżać ustami coraz niżej
i niżej. . .
-Och, Matt-
wyszeptałem jego imię czując, że za chwilę zwariuję, gdy ten
ponownie zaczął obcałowywać mój tors i szyję.
-Spokojnie, to był
dopiero. . . wstęp- uśmiechnął się ponownie mnie całując, a po
chwili poczułem zmysłowy dotyk jego dłoni na całym moim ciele.
Wiłem się pod nim na stole czując jak z każdą minutą moje serce
zaczyna bić szybciej. Zarzuciłem mu ręce na szyję, a Matt
zupełnie jakby tylko na to czekał wymruczał coś niezrozumiałego
biorąc mnie na ręce. Zaniósł mnie kładąc delikatnie na łóżku
wciąż drażniąc mnie głaszcząc swymi rękoma po moich udach. I w
końcu zrobił to, na co tak długo czekałem. Przymknąłem oczy w
pełni oddając jego namiętne pocałunki i wydałem z siebie głośny
pomruk czując jak po całym moim ciele przechodzi fala gorąca. Już
prawie zdążyłem zapomnieć jakie to wspaniałe uczucie być z nim
tak blisko i czuć każdy dreszcz przechodzący po jego ciele. Coraz
mocniej ściskałem pościel dłońmi niechcący przygryzając jego
wargę. Ten tylko jęknął wplatając dłonie w moje włosy. Po
chwili przeniosłem ręce na jego plecy jeszcze bardziej przyciskając
go do siebie. Jego język w moich ustach wyprawiał istne cuda o
innych jego częściach ciała nawet nie wspominając. . . Czułem go
całym sobą i miałem wrażenie, że zaraz oszaleję. Co chwilę
wydobywałem z siebie ciche jęki zmysłowo drapiąc dół jego
pleców, a on z każdą kolejną minutą sprawiał, że odczuwałem
jeszcze większą rozkosz. Z całych sił wbiłem paznokcie w
obramowanie łóżka czując, że już więcej nie wytrzymam. Na usta
mojego narzeczonego wkradł się złowieszczy uśmieszek świadczący
o tym, że najwyraźniej jest bardzo dumny z tego, że doprowadza
mnie do takiego stanu. . . A doprowadzał mnie do istnego szaleństwa.
Nie jestem w stanie nawet opisać rozkoszy, jaką wtedy czułem, bo
nie ma żadnego porównania. Ta niesamowita bliskość fizyczna
pobudzała wszystkie moje zmysły powodując, że serce biło mi
jeszcze szybciej. Oderwałem się od jego ust z trudem łapiąc
powietrze. Wyjęczałem jego imię wprost wbijając paznokcie w jego
plecy. Poczułem jak każda komórka mojego ciała drży i
wiedziałem, że za chwilę po prostu zwariuję. Przymknąłem oczy i
delikatnie przygryzłem wargę wbijając głowę w pościel. Ponownie
zajęczałem przeciągle kurczowo łapiąc się za brzeg łóżka
mając wrażenie, że jak tak dalej pójdzie to obydwoje z niego lada
moment spadniemy. Chociaż byliśmy oboje już tak nakręceni, że
pewnie nawet jakbyśmy wylądowali na podłodze nie przeszkadzałoby
nam to w ogóle. . . Ponownie oderwał się od moich ust zaczynając
błądzić ciepłymi ustami i zimnymi rękoma po całym moim ciele.
Leżałem przed nim zupełnie nagi pozwalając aby oglądał i
dotykał każdy najmniejszy fragment mojego ciała, zupełnie tak
jakby nigdy wcześniej go nie widział. Uśmiechnął się patrząc
na mnie z obłędem i pożądaniem w oczach ponownie wracając do
poprzedniej czynności, a ja po raz kolejny poczułem jak całym
swoim ciałem i każdym nawet najwolniejszym dotykiem i ruchem
przyprawia mnie o zawrót głowy.
-Nawet nie wiesz jak
się cieszę- wyszeptałem spoglądając wciąż z niedowierzaniem na
swój pierścionek i uśmiechając się do niego delikatnie- Będę
twoim mężem. . .- spojrzałem ponownie na niego, ale na twarzy
swojego narzeczonego nie dostrzegłem już tego samego uśmiechu, co
przed chwilą.
-Tom. . . Chcę,
żebyś wiedział, że niezależnie od wszystkiego zawszę będę
przy tobie i zawsze będę nad tobą czuwał. . .
-Matt, nie mów tak-
wyszeptałem wtulając się w jego klatkę piersiową, która szybko
unosiła się i opadała czując jego szybkie bicie serca. Spojrzał
na mnie jakby z wyrzutem przez chwilę wahając się czy dodać coś
jeszcze. Nie chciałem nawet tego słuchać. Nie tutaj, nie teraz,
nie po tym, co przed chwilą się stało. Kilka godzin temu stałem
się jego narzeczonym i naprawdę ostatnie o czym teraz chciałem
rozmawiać to o tym, co będzie gdy go zabraknie, Chciałem się po
prostu nim nacieszyć. To jedyna stosowna rzecz, jaką mogę w tej
chwili zrobić. A co ma być, to będzie.
-Tak bardzo nie chcę
odchodzić. . Nie chcę żebyś. . . - zamknąłem mu usta
pocałunkiem nie mogąc już tego słuchać.
-Tom! Matt! Już
jesteśmy!- usłyszałem krzyk mojej mamy.
Zaśmiałem się pod
nosem przypominając sobie niemalże identyczną sytuację sprzed
ponad roku.
Spojrzałem na
Matthiasa, który jeszcze słodko spał. Uśmiechnąłem się
delikatnie całując go w czoło i jak najciszej mogłem wychodząc z
pokoju.
-Cześć, Matthias
jeszcze śpi- powiedziałem cicho całując wszystkich w policzek.
Spojrzałem na Marię i po raz pierwszy od wielu miesięcy
dostrzegłem prawdziwie szczery uśmiech na jej twarzy.
-Widzę, że
wczoraj. . . świętowaliście- dodała spoglądając na porozrzucane
na dywanie naczynia, koszule i guziki, a ja poczułem jak zaczynam
się rumienić zawstydzony, że zostawiliśmy wczoraj dom w takim
stanie. Ale wtedy nie porządek był nam w głowie. . .
-Tak jakoś wyszło,
że było co świętować- uśmiechnąłem się na samo wspomnienie
naszych zaręczyn. Mama posłała mi pytające spojrzenie, ale nie
pytała już o nic więcej zupełnie jakby bała się odpowiedzi,
którą usłyszy.
-A jak on się
czuje?
-Nie jest źle.
Chociaż boi się. Cholernie się boi. . .
-Boże, tak bardzo
mi go szkoda. Tak bardzo mi was szkoda. . .- mówiła ze łzami w
oczach. Przetarła policzki biorąc głęboki wdech i zmieniając
temat- To ty się może ubierz, a ja spróbuję tutaj coś. . .
ogarnąć.
Zaśmiałem się
cicho wracając do sypialni. Spojrzałem na łóżko, a Matthias
leniwie otworzył oczy uśmiechając się do mnie niewyraźnie.
-Stęskniłem się
za tobą.
-Ja za tobą też-
wymruczałem pochylając się nad nim i całując go delikatnie- Nie,
nie, nie. Starczy tego dobrego. Nasi rodzice czekają w salonie. A ja
nie chcę ich przyprawiać o zawał serca, bo i tak już dużo w tym
salonie widzieli i nie chcę nawet wiedzieć, co on sobie pomyśleli,
że my tam wyprawialiśmy. . .-plątałem jak obłąkany za wszelką
cenę starając się uniknąć jego spojrzenia.
-Ooo, a czego my
wczoraj nie wyprawialiśmy, kochanie?- spytał z uśmieszkiem na
ustach podnosząc lewą brew do góry.
-Przestań!- dodałem
czując jak cały się rumienię. Matthias zaczął się ze mnie
śmiać, po czym pocałował mnie w czubek głowy głaszcząc po
włosach.
-Oj no dobrze, już
dobrze, moje ty małe biedactwo zawstydzone- rzuciłem mu pełne
grozy spojrzenie.
-Lepiej się
ubierzmy i tam chodźmy.
-O nie, nie.
Najpierw to ja proponuję coś innego. . . - spojrzałem na niego
wyczekująco lecz zanim zdążyłem o cokolwiek spytać poczułem jak
przyciąga mnie do siebie całując namiętnie. . .
-Nienawidzę cię-
wymamrotałem wychodząc z sypialni i dopinając swoją koszulę.
-A mam wrażenie, że
przed chwilą to byłeś innego zdania- zaśmiał się kompletnie
ignorując moje groźne spojrzenie. Musimy się zacząć ograniczać,
bo jak tak dalej pójdzie to. . .
-Przepraszamy, że
tak długo, ale. . .- urwałem w połowie dostrzegając błysk
panujący w salonie. Wszystko stało na swoim miejscu i cała podłoga
lśniła czystością. A nasi rodzice siedzieli sobie jak gdyby nic
przy stole, na którym stało przepyszne śniadanie i popijali
poranną kawę. Boże, kiedy oni to wszystko zdążyli zrobić. . ?
Dobra, STANOWCZO musimy zacząć się ograniczać. . .
Siedliśmy do stołu
i zaczęliśmy rozmawiać o zwykłych, bzdurnych życiowych rzeczach.
Uśmiechałem się co chwilę potakując, chociaż tak naprawdę cały
czas myślałem o jednym. Delikatnie kopnąłem Matthiasa pokazując
mu pod stołem na pierścionek. Ten patrzył na mnie chwilę po czym
pokiwał znacząco głową.
-Umm, mamo, mogę
coś powiedzieć?- w dość bezpruderyjny sposób przerwałem
opowieść mojej mamy, która najpierw spojrzała zdziwiona na mnie,
a potem na resztę.
-Tak. . ?
-Bo tak się akurat
złożyło, że. . . -zacząłem niepewnie nie wiedząc nawet jak im
to powiedzieć- Że Matthias wczoraj mi się oświadczył, ja się
zgodziłem i bierzemy ślub- powiedziałem to wszystko na jednym
wydechu tak szybko, że przez chwilę nikt nic nie mówił powoli
składając każde moje słowo w jedno zdanie.
-O Mój Boże, tak
się cieszymy!- pierwsze na nas z gratulacjami rzuciły się
oczywiście nasze matki. Naturalnie jak to zawsze w takich chwilach
nie zabrakło też i łez wzruszeń.
-Nawet nie wiesz jak
się cieszę. Jesteście dla siebie stworzeni. I przepraszam was
jeszcze raz za to, że przez tak długi czas tego nie zauważałam. .
.- dodała Maria ze łzami w oczach spoglądając na nas obojga.
W końcu podszedł
mój ojciec wyraźnie wzruszony i po prostu uścisnął mnie z całych
sił. Podszedł do mojego narzeczonego uśmiechnął się i
powiedział coś, czego sam bym się nie spodziewał. . .
-Witamy w rodzinie,
synu.
Zatrzymaliśmy się
przed białymi drzwiami, a Matthias jeszcze mocniej ścisnął moją
dłoń.
-Cokolwiek by się
nie stało pamiętaj, że kocham cię najmocniej na świecie-
powiedziałem półszeptem opierając głowę o jego czoło. Musiałem
mu to teraz powiedzieć, musiał wiedzieć, że zawsze będę tuż
przy nim i że go nigdy nie zostawię.
-Ja ciebie też-
odpowiedział pochylając się i delikatnie mnie całując.
-Widzę, że już
pan jest, zapraszam do gabinetu. . . - nagle drzwi się otworzyły i
z pokoju wyszedł lekarz. Był w średnim wieku z uroczymi
zmarszczkami na twarzy. Uśmiechał się do nas przyjaźnie jakby
chcąc nam w ten sposób dodać otuchy zupełnie jakbyśmy byli
małymi dziećmi umówionymi na szczepienie. A przecież tu chodzi o
coś znacznie poważniejszego.
-Jeżeli pan tego
chce, pański narzeczony może wejść z panem- Matthias odwrócił
się do mnie z lekką ulgą na twarzy.
Usiedliśmy przed
wielkim biurkiem całym zawalonym całą stertą papierów, zdjęć i
kart pacjentów ułożonych w wysokie kolumny bo obu bokach biurka.
Tak wielu ludzi szuka nadziei. . .
-No cóż, niezbyt
wiem, jak to ująć w słowa. . .- powiedział przeglądając wyniki
mojego narzeczonego, a ja poczułem jak ten mocno ściska moją rękę.
Spojrzałem na niego uśmiechając się niewyraźnie.
-Błagam pana, niech
pan mówi wprost, doktorze- powiedział z lekko drżącym głosem
wyraźnie zdenerwowany i zmartwiony. Ja również bałem się tego,
co za chwilę usłyszymy chociaż starałem się ukryć swoje
rozbicie i wspierać Matthiasa w tym wszystkim. To wszystko było
naprawdę bardzo trudne dla mnie. Od kiedy wrócił do domu nie ma
dnia, w którym nie budziłbym się zastanawiając się co się
stanie ze mną, kiedy on umrze.
Normalnie ludzie
wcale nie zastawiają się nad takimi rzeczami. Żyją jakby wszystko
to, co mają było im dane na wieczność. A przecież nikt z nas nie
ma żadnej gwarancji. Mówi się, że nie znasz dnia ani godziny i
tak naprawdę jest. Ale niestety zazwyczaj kiedy to zaczynamy
rozumieć, zostało nam już za mało czasu. . .
Wciąż wierzyłem,
że operacja Matthiasa jakoś polepszyła sytuację. Że ma więcej
czasu, że być może będzie mógł podjąć jakieś leczenie, że
wcale nie musi teraz umierać. . .
Wiem, że te ciche
nadzieje można raczej zaliczyć do marzeń, ale. . . Kto mi zabroni
marzyć?
-Nie umiem znaleźć
na to, żadnego wytłumaczenia, naprawdę nie mam pojęcie jak to
możliwe- przecierał oczy ze zdziwienia przewracając kolejne
kartki. Serce biło mi jak oszalałe, a uścisk dłoni Matta
zwiększał się z każdą sekundą.
-Pańskie wyniki są.
. . takie, jakby nigdy w życiu nie miałby pan raka. . .
-Co chce pan przez
to powiedzieć. . ?- spytał nieśmiało
-Że jest pan
całkowicie zdrowy, panie Matthiasie. . . Naprawdę nie mam pojęcia
jak to możliwe. . . Tyle lat pracuję i nigdy nie widziałem takiego
przypadku. . . To cud, istny cud. . .
Obróciłem się w
stronę Matta przytulając go mocno do siebie nawet nie próbując
powstrzymać łez. Byłem tak wdzięczny Bogu za to, że mi go nie
zabrał. Płakaliśmy oboje chyba nie do końca dowierzając w to, co
usłyszeliśmy. Chociaż zawsze pozostaje cień jakiejś nadziei na
cud, nie zdarzają się one codziennie. Czułem jakbyśmy dostali
jeszcze jedną szansę, jeszcze jedno życie. Wiedziałem już, że
teraz wszystko się ułoży. . .
Przyciągnąłem do
siebie Matthiasa łapiąc za jego krawat i całując go namiętnie w
mgnieniu oka pozbawiając garnituru. Zamknąłem drzwi na klucz ani
na ułamek sekundy nie odrywając się od jego słodkich ust. W końcu
noc poślubna jest tylko raz w życiu i nie chcę, aby ktoś nam ją
zepsuł. A wiem, że są tacy, co mają notoryczną skłonność do
wchodzenia nie tam, gdzie trzeba nie o tej porze, kiedy trzeba.
-Matt, coś się
stało?- spytałem zmartwiony, gdy mój mąż w pewnej chwili oparł
się o ścianę łapiąc się za skroń. Był bardzo blady i bałem
się, że zaraz zemdleje. Zacząłem się naprawdę martwić nie
mogąc odpędzić od siebie myśli o tym, że choroba mogłaby
powrócić. . .
-Nie, nic mi nie
jest- powiedział słabym głosem- Możemy kontynuować. . .-
podszedł do mnie całując mnie delikatnie po chwili odrywając się
ode mnie i sycząc z bólu.
-O nie, zapomnij o
nocy poślubnej w takim stanie. . .- złapałem go za rękę
prowadząc do łóżka i nakazując mu, aby się położył ani przez
chwilę nie słuchając jego jęków i sprzeciwów. Po chwili
wróciłem z tabletkami przeciwbólowymi i szklanką wody.
-Masz, weź to. Nie
możesz się przemęczać.
-A kto powiedział,
że się będę przemęczał?- posłałem mu karcące spojrzenie.
Zebrało mu się na żart akurat w takiej chwili. Podszedłem kładąc
się tuż obok niego i delikatnie się w niego wtulając.
-Nie tak wyobrażałem
sobie naszą noc poślubną. . .
-Spokojnie, co się
odwlecze, to nie uciecze- uśmiechnąłem się całując go
delikatnie.
Leżeliśmy tak
wtuleni w siebie trzymając się za ręce. Nie mówiliśmy nic, po
prostu leżeliśmy. Uśmiechaliśmy się do siebie od czasu do czasu
całując. Cieszyliśmy się samą swoją obecnością i w tamtej
chwili nie potrzebowaliśmy nic więcej. Patrzył na mnie
bezdźwięcznie mówiąc mi „kocham cię”. Wszystko o tym
świadczyło. Każdy jego gest, każdy ruch, każdy uśmiech. To
niesamowite jak dwójka ludzi potrafi po prostu być. Bez żadnych
słów.
-Czy ty też nie do
końca dowierzasz w to, że jesteś moim mężem?- spytał w pewnym
momencie spoglądając na swoją obrączkę.
-Z jednej strony to
takie niezwykłe, a z drugiej. . . Czuję jakbym od zawsze wiedział,
że będziesz moim mężem. . .
-Od pierwszej
chwili, kiedy się poznaliśmy?
-Nie wiem czy od
pierwszej. . . Na pewno od razu poczułem pewną więź między nami,
ale nie do końca potrafiłem ją jeszcze nazwać i zrozumieć. . .
-A ja chyba za
bardzo bałem się próbować to zrozumieć. . .
-Najważniejsze, że
nam się udało, a dziś jesteśmy. . .
-. . . małżeństwem-
dokończył za mnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Uśmiechnąłem
się na samo wspomnienie dzisiejszego cudownego
dnia, który z pewnością jest najpiękniejszym dniem w moim życiu.
Wszystko było dokładnie tak, jak
sobie to zawsze wyobrażałem. Ceremonia na świeżym powietrzu w
otoczeniu pięknych gór, rodziny i najbliższych przyjaciół. I ten
najcudowniejszy moment kiedy usłyszałem, że jesteśmy małżeństwem,
a Matthias rzucił się na mnie całując zanim nawet urzędnik
zdążył mu na to pozwolić. Tak
długo czekałem na ten dzień wyobrażając sobie go już od
najmłodszych lat. Chociaż wtedy niezbyt rozumiałem, co to jest
prawdziwa miłość. Patrzyłem na moich rodziców, którzy od zawsze
byli dla mnie wzorem idealnego małżeństwa i marzyłem o tym, abym
pewnego dnia spotkał swoją drugą połówkę.
Miłość jest tak cudownym uczuciem, że nawet nie mam słów, aby
ją opisać. Nagle przestajesz zwracać uwagę na siebie, a druga
osoba i jej dobro staje się dla ciebie najcenniejsza. Każdy twój
oddech, każdy uśmiech, każdy czyn, nawet jeśli robisz to
nieświadomie, robisz z myślą o tej drugiej osobie i nawet nie
zdajemy sobie sprawy, jak wiele. Często zachowujemy się wręcz
irracjonalnie i jak totalni szaleńcy, ale. . . Miłość
rządzi się swoimi prawami, prawda?
Pochylił się
całując mnie namiętnie, po chwili dobierając się do mojej
koszuli. Oderwałem się od niego spoglądając z obawą, czy nie
powinniśmy dzisiaj sobie tego darować ze względu na złe
samopoczucie Matthiasa. Ale on uśmiechał się do mnie szelmowsko z
pożądaniem i błyskiem w oczach. W ogóle nie wyglądał na źle
się czującego, a wręcz przeciwnie. Wprost rozbierał mnie
wzrokiem. . .
-Ja wiem, że jest.
. .- spojrzał na zegarek stojący na szafce nocnej-. . .3 nad ranem,
ale nie zapominaj skarbie, że to wciąż nasza noc poślubna. A ja
nie zamierzam przespać własnej nocy poślubnej. . . No chyba, że z
tobą, w troszeczkę innym kontekście. . . - uśmiechnął się
ponownie wpijając się w moje usta, a ja w pełni oddałem się jego
pocałunkom splatając ręce na jego karku. Podczas gdy on obsypywał
mnie pocałunkami ja powoli zdejmowałem jego koszulę dotykając
jego rozgrzanego torsu.
Napawałem się
każdą sekundą tej nocy. Każdym jego „kocham cię”, każdym
pocałunkiem, każdym dotykiem. . . I mimo że zmienił się jedynie
nasz stan cywilny miałem poczucie, że ta noc będzie naprawdę
wyjątkowa. I nie myliłem się.
-Boże, Matthias,
nie tak!- podszedłem do niego widząc jak bardzo nieudolnie próbuje
uspokoić cały czas płaczące dziecko, które trzymał w ramionach
bujając do góry i na boki bardziej robiąc za symulację lotu
kosmicznego niż za kołysankę. Spojrzał z przerażeniem i
zdezorientowaniem w oczach najpierw na mnie, a potem na malca. Powoli
dał mi go na ręce zupełnie tak, jakby bał się zrobić
najmniejszy ruch w obawie, że mu się coś stanie. Bał się zostać
sam z nim nawet na kilka minut, a przecież to było tylko półroczne
dziecko, które raczej nigdzie mu nie ucieknie. Patrzył cały czas
zdenerwowany jak kołysałem Marca cicho do niego szepcąc. Malec
powoli zaczął się uspokajać i spojrzał na mnie wciąż z
zeszklonymi oczkami wyciągając swoją malutką rączkę i dotykając
nią mojej brody. Był taki mały, że trzymając go w rękach miałem
wrażenie jakby trzymał piórko. Cały czas uważnie mnie obserwował
śmiejąc się co chwilę, gdy wygłupiałem się próbując go jakoś
rozbawić. Wyglądał jak uroczy niewinny mały aniołek. Spojrzałem
na Matta dając mu głową znak, aby podszedł bliżej po czym
złożyłem delikatny pocałunek na małej główce Marca.
Przytuliłem go do siebie delikatnie łaskocząc po brzuchu, a ten
natychmiast uśmiechnął się od ucha do ucha radośnie wiercąc
nóżkami. Odwróciłem się w stronę Matthiasa uśmiechając się
do niego lekko, a ten pochylił się całując mnie delikatnie i
spoglądając na małego, który rozbawiony wpatrywał się w nas jak
w obrazek.
-Ja nie chcę wam
zakochańce przeszkadzać, ale moglibyście oddać mi moje dziecko?
Zaśmiałem się
cicho widząc Nicole z założonymi rękoma wpatrującą się w nas z
wyczekiwaniem. Podszedłem do niej ponownie całując Marca i oddając
jej syna w ramiona. W tym malcu było coś tak magicznego, że mając
go w ramionach nie chciałem go nikomu oddać i najchętniej to
ukradłbym go, wiedząc niestety, że Nicole najprawdopodobniej
zabiłaby mnie za to. A może. . . To nie o Marca chodziło?
-Słuchajcie, jak
tak wam dobrze idzie to czemu nie pomyślicie o własnym maluchu?
Spojrzałem na
Matthiasa, który wpatrywał się we mnie przerażony jakby ktoś mu
właśnie zaproponował skok na bungee, a nie małe dziecko. Wygląda
na to, że raczej nie podziela mojego entuzjazmu. . .
-Wiesz, myślę, że
wszystko w swoim czasie, w końcu jesteśmy dopiero miesiąc po
ślubie. . .
Wróciliśmy do Wiednia po ponad tygodniu, a ja wciąż nie mogłem
uwierzyć, że to wszystko stało się naprawdę. Siedziałem cały
czas gapiąc się na moją obrączkę powoli zdając sobie sprawę,
że jestem najszczęśliwszym człowiekiem pod Słońcem. Oczywiście
nie musiałem długo czekać na to, żeby fani Conchity ją
zauważyli, a gdy tylko dziennikarz spytał mnie, czy oznacza to, co
on myśli nawet nie musiałem odpowiadać na to pytanie, bo mój
szeroki uśmiech był wystarczająco oczywistą odpowiedzią. Bardzo
cieszyłem się z tak radosnej reakcji fanów, od których odebrałem
tony gratulacji, listów i nawet prezentów ślubnych. Gdy tydzień
później przyjechaliśmy na koncert w Paryżu i wchodziliśmy tylnym
wejściem do garderoby tłumu zebranych tam ludzi zaczęli gwizdać i
wiwatować, a część z nich nawet śpiewała nam Sto lat.
I gdziekolwiek byśmy się nie pojawili reakcje były prawie
identyczne. A ja za każdym razem uśmiechałem się od ucha do ucha
wciąż nie do końca dowierzając w szczęście jakie mnie spotkało.
Ludzie mówią, że zaczynamy coś doceniać, dopiero po tym, jak to
stracimy. Dzięki Bogu moja strata nie była wieczna i każdego dnia,
kiedy budziłem się obok niego dziękowałem temu komuś na górze,
że nie zabrał mi go. Tak bardzo cierpiałem każdego dnia bez niego
dopiero wtedy zdając sobie sprawę, jak mocne jest uczucie, którym
go darzę. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę w stanie kogoś
tak mocno pokochać. Po naszym rozstaniu odczuwałem wielką pustkę
i starałem się jak najszybciej zapomnieć o nim, co było strasznie
trudne, ale wiedziałem, że tak będzie najlepiej dla nas obojga.
Sądziłem, że z jakiegoś powodu nie darzy już mnie takim
uczuciem, jak wcześniej i powinienem się z tym jak najszybciej
pogodzić. Ale wciąż płakałem w nocy, gdy już nikogo kto mógłby
mnie za to zganić przy mnie nie było. I nawet przez myśl mi nie
przeszło, że on setki kilometrów stąd robi dokładnie to samo
pogrążony w rozpaczy z wizją rychłej śmierci. . .
Ale już wszystko z
Matthiasem sobie wyjaśniliśmy i postanowiliśmy, że nie będziemy
mówić o jego chorobie. Prawdę mówiąc to Matthias o to poprosił
nie chcąc, żebym użalał się nad jego losem. Jesteśmy razem
szczęśliwi i nie ma sensu psuć tego rozmowami o przyszłości.
Przynajmniej na razie. . .
-Matt, coś się
stało?- spytałem zmartwiony po kilku minutach obserwowania męża.
Siedział na kanapie z kompletnie nieobecnym wzrokiem i jego mina
wyraźnie mówiła, że coś go dręczy.
-Po prostu. . .
Zawsze chciałem mieć dzieci, ale. . . Boję się, że choroba
powróci, boję się, że będę musiał was opuścić. . . Boję się
mieć dziecko skoro nie potrafię przestać myśleć, co będzie
jeśli jutro umrę. . .
-Matt, przecież
robiliśmy już tak wiele badań, a wszystkie potwierdziły to, że
jesteś kompletnie zdrowy. Szansa na to, że znowu zachorujesz jest
taka jak u przeciętnego człowieka. Równie dobrze ja mogę
zachorować. . .
-Tom, nawet tak nie
mów. . .
-Kochanie, ale tak
jest. Nie możesz cały czas myśleć o chorobie. . . Jesteś zdrowy,
rozumiesz?- złapałem go za ręce spoglądając w oczy. Wiedziałem,
że wciąż się waha i wciąż się boi. I chociaż robiłem, co
mogłem, aby odpędzić go od tych myśli, te zawsze wracały w
najmniej odpowiednim momencie.
-Ja chyba nie tylko
tego się boję. . . Przecież dziecko jest takie małe, kruche i
bezbronne. Trzeba na każdym kroku przy nim być i się opiekować, a
ja. . . A ja nie wiem czy dałbym sobie radę. Po prostu nie chcę
zawieść ciebie, nie chcę zawieść naszego dziecka. . .
-Ale Matt, przecież
jestem tutaj. To oczywiste, że na początku będzie ciężko, ale
przez to wszystko przechodzilibyśmy razem. Wstawalibyśmy do niego w
środku nocy, karmili, chodzili na spacery. . .
- . . . i uczyli
chodzić. . .
- . . . i mówić. .
.
- . . . i bawili się
w chowanego w parku. . .
- . . . i czytali
bajki na dobranoc. . .
- . . . i
zaprowadzali do szkoły. . .
- . . . i pomagali
odrabiać lekcje. . .
- . . . i wyprawiali
przyjęcia urodzinowe. . .
- . . . i cieszyli
się każdą chwilą widząc jak dorasta.
-Czyli chciałbyś
mieć dziecko?- spojrzał na mnie pytając się całkowicie poważnie,
czego miałem pełną świadomość.
-Tak.
-Ale. . . Teraz?
-Kiedy tylko uznasz,
że naprawdę jesteś tego pewien. Matt, ja nie chcę cię do niczego
zmuszać. Jak nie jesteś na to gotowy to po prostu powiedz. . .
-Jestem-
wymruczał pochylając się nade mną i całując, a ja czułem się
jak w niebie. I chociaż nie zawsze było prosto i przyjemnie, to po
co to rozpamiętywać? Odzyskałem ukochanego, zaledwie tydzień
później stałem się jego narzeczonym, a pół roku później
mężem, który jest w pełni gotowy żeby założyć z nim prawdziwą
rodzinę.
Czy ktokolwiek z Was
mógłby sobie wyobrazić piękniejsze zakończenie. . ?
♥ KONIEC ♥
***
Ehh... No jak ja mogłabym wam to zrobić? I to jeszcze w święta... :)
Kochani unstoppables, w końcu doszliśmy do końca...
Niezbyt nawet wiem, co mam napisać, ale to chyba normalne dla mnie, bo ja nigdy nie umiem znaleźć w takich chwilach odpowiednich słów. Tak więc powiem najprościej, jak się da: dziękuję ♥
Życzę wam, z całego serca, aby te święta były dokładnie takie, jak sobie je wymarzyliście. Aby cały czas na waszych buziach widniał szeroki uśmiech i abyście cieszyli się każdą sekundą Bożego Narodzenia, nie ważne z kim i jak je spędzacie.
Życzę również, aby nowy rok przyniósł wam wiele wspaniałych wspomnień i aby każdy dzień był dla was nową, ciekawą przygodą.
Wesołych Świąt, unstoppables! ♥