środa, 24 grudnia 2014

Epilog, bo wszystko musi mieć jakiś koniec.

Obudziły mnie promienie popołudniowego słońca. Leniwym krokiem podszedłem do okna tarasowego i otworzyłem je na oścież. Rozsiadłem się w miękkim fotelu i przymykając oczy odpłynąłem myślami do czasów, gdzie było tak kolorowo i beztrosko. Pamiętam dokładnie każdą chwilę spędzoną z Matthiasem, każdy jego pocałunek, każde czułe słowo… Na moje usta wkradł się lekki uśmiech na wspomnienie tamtych dni lecz zimny podmuch wiatru natychmiast sprowadził mnie na Ziemię przypominając tym samym to, co stało się prawie rok temu…
Nawet po tak długim czasie samo wspomnienie feralnego wieczora przywołuje żal i smutek. Wiele godzin rozmyślałem nad tym ale wciąż nie jestem w stanie pojąć dlaczego ten człowiek tak postąpił i co nim kierowało? Czy to była moja wina? Czy zraniłem go w jakiś sposób?
Skąd u ludzi bierze się ta nienawiść i obrzydzenie do inności? Dlaczego pomiędzy słowami „inny” a „gorszy” tak wiele z nas stawia znak równości? Czy to wynik tego, że nie rozumiemy, czy że nie chcemy zrozumieć? A może po prostu wolimy siedzieć cicho i nie wychodzić przed szereg? Może Ci, co rozumieją boją się, że zostaną potraktowani tak samo jak ci „odmieńcy”?
Dla mnie to po prostu nieludzkie, że tak wiele milczy gdy tylu osobom dzieje się krzywda… Niestety musiało dojść do tragedii, żeby ludzie otworzyli oczy. O tym postrzale na Gali Life Ball mówiono we wszystkich austriackich i zagranicznych mediach. W wielu przypadkach przerwano transmitowane programy, aby przekazać tą informację. Nie tylko Wiedeń był wstrząśnięty- wstrząśnięta była cała Austria, cała Europa. Cały świat…
Żyłem sądząc, że takie coś nigdy mi się nie przydarzy. Sądziłem, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach i kompletnie nie doceniałem tego, co miałem. Żyłem tak, jakby świat miał się nigdy nie skończyć i przyzwyczaiłem się do miłości Matta tak bardzo, że stało się to dla mnie jak chleb powszedni. A przecież nie każdego spotyka tak wielkie szczęście i tak silna, prawdziwa miłość. Nie doceniałem go i nie poświęcałem mu tyle czasu, ile bym mógł. I chociaż staram się dziękować za każdą minutę spędzoną z nim nie sposób się odgonić od myśli, że tak wiele ich straciliśmy. . .
Każdego dnia cierpiałem tęskniąc za nim coraz bardziej. Brakowało mi jego pocałunków, jego „kocham cię”, brakowało mi tak naprawdę wszystkiego. Nawet tych naszych kłótni o nic, które zawsze szybko się kończyły, o żaden z nas nie umiał długo wytrzymać obrażony na drugiego. Więc jak ja miałem wytrzymać bez niego?
Jak mogłem wstawać z tego łóżka, w którym prawie każdego wieczora zasypiałem wtulony w niego i w którym codziennie budziłem się widząc uśmiech na jego twarzy? Jak mogłem siadać do stołu, przy którym razem się wygłupialiśmy, przy którym prowadziliśmy tak ważne rozmowy? Jak mogłem wchodzić do biura, gdy wciąż w każdym najdrobniejszym szczególe pamiętałem ten magiczny moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałem „kocham cię” z jego ust?
Powtarzałem sobie, że muszę być silny, że nie mogę się załamywać i użalać. Że gdyby Matthias zobaczył mnie w takim stanie najpewniej podszedłby i strzelił mi mocno w twarz i miałby co do tego pełne prawo. Bo staczałem się, naprawdę się staczałem.
Czasami w nocy zaczynałem nawet płakać z bezsilności i tęsknoty, mimo że wiedziałem że to nie pomoże już ani mu, ani tym bardziej mnie. Ludziom zdaję się, że łatwo jest tak żyć bez ukochanej osoby, ale tak wcale nie jest. Nawet jeśli na początku myślisz, że trzymasz się świetnie,to prędzej czy później to cię dopadnie. . Tygodniami obwiniałem się za to, co się stało. Bo przecież to jest wszystko moja wina. Może gdyby nie ten jeden cholerny wieczór dalej bylibyśmy szczęśliwi razem? A może. . . Może dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak bardzo go kocham?
Przymknąłem oczy nie próbując w żaden sposób powstrzymać łez. Pierwszy raz od tygodni byłem w naszym mieszkaniu i czułem się tutaj cholernie źle. Bo nie było tu jego. . .
Umierałem. Usychałem każdego kolejnego dnia bez niego. I nie byłem pewien co bym ze sobą zrobił gdyby nie wciąż te resztki nadziei, że jutrzejszy dzień może być trochę lepszy od dzisiejszego
-Tak słucham. . . Tak, przy telefonie. . . A co się stało. . ? Boże, dziękuję za telefon, już jadę!
Wybiegłem z domu nawet się nie przebierając. Odpaliłem szybko auto łamiąc po drodze wszystkie możliwe przepisy drogowe.
Jechałem jak szalony wymijając pod prąd i kompletnie ignorując czerwone światła w głowie mając tylko jedną myśl. To naprawdę cud, że swoim szarżowaniem za kierownicą nie spowodowałem żadnego wypadku. Nawet nie wiedziałem, że jestem w stanie tak dobrze prowadzić autem przy takiej prędkości. . . Zahamowałem z piskiem opon pod szpitalem omal nie kasując stojącego opok Opla. Wbiegłem do budynku i nawet nie czekając na windę rzuciłem się do klatki schodowej.
-Gdzie on jest?
Pielęgniarka spojrzała na mnie jak na jakiegoś szaleńca. Uśmiechnęła się niewyraźnie podchodząc do lekarza i mówiąc mu coś pokazując na mnie. Ten podziękował jej i nie mówiąc nic pokazał ręką że mam iść za nim. Miałem wrażenie jakby serce miało mi za chwilę podejść do gardła. Rozglądałem się nerwowo patrząc na sale, które mijaliśmy. W końcu otworzył drzwi po lewej stronie korytarza. Przez chwilę stałem w letargu próbując jakoś ogarnąć myślami wszystko, co się teraz dzieje. Spojrzałem jeszcze raz na lekarza pewnym krokiem wchodząc do sali.
-Matthias. . .- wyszeptałem nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Leżał w tej białej pościeli przypiętych do tych wszystkich rurek i innych aparatur. Leżał patrząc na mnie słabym wzrokiem delikatnie się uśmiechając. Chociaż bardzo chciałem, żeby się wybudził z każdym kolejnym dniem nadzieje na to, że jeszcze kiedykolwiek będę mógł spojrzeć w te piękne ciemnoniebieskie oczy malały. Lekarze nie potrafili odpowiedzieć na żadne z moich pytań i kazali mi być przygotowanym na wszystkie, nawet najgorsze, możliwości. A myśl, że go stracę zabijała mnie. Gdybym on umarł. . . ja nie miałbym po co żyć.
Podbiegłem do niego i wprost rzuciłem się na jego łóżko przytulając go do siebie. Ponownie powtórzyłem jego imię wybuchając płaczem. Nie sposób nawet opisać jak
-Aż tak się za mną stęskniłeś?- spytał próbując jakoś zażartować, ale chyba nie był świadomy jak długo czekałem na tą chwilę.
-Matthias, byłeś w śpiączce 1 rok 3 miesiące 9 dni i 7 godzin- powiedziałem na chwilę odsuwając się od niego, aby móc spojrzeć w jego oczy- Nawet nie wiesz jak mi ciebie brakowało. Już myślałem, że straciłem cię na zawsze- wyszeptałem delikatnie go całując. Jeszcze nigdy w życiu tak delikatny pocałunek nie spowodował takich dreszczy i tak szybkiego bicia serca. Nie liczyło się kompletnie nic. Ani lekarze w pokoju, ani ludzie na korytarzu, ani tłumy dziennikarzy na zewnątrz. W tej chwili myślałem tylko o nim.
-Kocham cię. Kocham cię najmocniej na świecie- ponownie wtuliłem się niego nie mogąc już powstrzymać łez.
Powtarzałem mu to za każdym razem, kiedy do niego przychodziłem. Brałem go za rękę i po prostu do niego mówiłem. O wszystkim i o niczym. Mówiłem o wszystkim, co działo się w moim życiu. O każdej nowej piosence napisanej dla niego, o każdej sprzeczce z Nicole i o tym, jak bardzo mi go brakuje. Płakałem błagając, aby mnie nie zostawiał wiedząc, że bez niego jestem słaby, samotny i nie mam po co żyć. On dodaje mi otuchy i nadziei i pozwala w każdej drobnostce zauważyć piękno i źródło szczęścia. Bez niego nic nie miałoby sensu. . .

Po tygodniu mogłem w końcu wrócić z nim do domu. Nie chciałem myśleć o tym ile czasu nam zostało, po prostu nie chciałem. Chociaż musiałem być przygotowanym na każdą okoliczność, wolałem korzystać z każdego dnia, tak jakby miał był to ten ostatni. Bo przecież de facto tak mogło być. . .
-Siadaj sobie spokojnie, a ja zaraz zrobię ci coś do zjedzenia. . .- powiedziałem rzucając torby na podłogę sypialni. Tak bardzo cieszyłem się, że w końcu jest znowu ze mną w domu i znowu mam go obok siebie- To co byś zjadł?
Matthias siedział jakby w zamyśleniu kompletnie ignorując moje pytanie. Od kiedy wyszliśmy ze szpitala zauważyłem, że nie jest tak samo jak dawniej. Siedział cały czas przygnębiony uśmiechając się niewyraźnie od czasu do czasu. A ja zaczynałem się już poważnie martwić, czy na pewno wszystko jest w porządku. . . Naturalne jest to, że może się czuć lekko zagubiony w całej tej sytuacji. Nie chciałem w niczym go naciskać i starałem się być jak najdelikatniejszy. Dlatego nie rozumiałem, czy to ja robię coś źle, czy on po prostu musi sobie wszystko poukładać. Był bardzo długo w śpiączce i zdawałem sobie sprawę, że to wcale nie jest dla niego łatwe. Ale przecież ma mnie, a to wszystko dookoła: nasze mieszkanie, nasza sypialnia, nasz pies nie są dla niego niczym nowym. Tym bardziej nie mogłem zrozumieć powodu jego dziwnego zachowania.
-Tom, możemy porozmawiać?
-Oczywiście. A coś się stało?
Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby Matthias był aż tak czymś przejęty. Siedział z poważną miną, przez którą delikatnie przebijało się. . . zdenerwowanie, zmartwienie?
-Tak. Ja. . . ostatnio trochę życia przegapiłem i dotarło do mnie coś bardzo ważnego. Ominęło mnie wiele, a nikt nie odda mi tych przespanych miesięcy. . . Więc muszę zacząć korzystać z życia jak najbardziej to możliwe. . .
-Umm, co masz na myśli?
-Poczekaj, daj mi dokończyć. Dzisiaj uświadomiłem sobie jedną, ale bardzo ważną rzecz. . .- spuścił wzrok jakby zastanawiając się co ma tak naprawdę powiedzieć. A ja wpatrywałem się z niego z wyczekiwaniem już kompletnie nic z tego nie rozumiejąc. Co on sobie tak ważnego uświadomił?- Dobra, wiem, że może nie do końca tak się to powinno załatwiać, ale. . . Powiem to prosto z mostu: Tom, ja już nie chcę być twoim chłopakiem. To jest kompletnie bez sensu.
Poczułem ukłucie w sercu i ogromny ból spowodowany tymi słowami. Czy on naprawdę to powiedział? Czy to już koniec. . ? Siedziałem z przerażeniem analizując sens jego słów. I nagle to wszystko zaczynało mi się układać w jedną spójną całość. To jego dziwne zachowanie, ten dystans, który zachowywał w stosunku do mnie. I chociaż jego słowa i wszystkie znaki, jakie mi wysyłał świadczyły tylko o jednym to ja wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Kochałem go bardzo mocno i nie wyobrażałem sobie życia bez niego. I wtedy, tamtego okropnego wieczora, kiedy całe moje życie wywróciło się do góry nogami, kiedy leżałem obok niego na ziemi, całując i szepcąc, że go kocham miałem wrażenie, że on czuje do mnie to samo. Więc, co się zmieniło przez te półtorej roku?
Nagle przestał mnie kochać? Czy może. . . nigdy mnie nie kochał?
Nie, to jest kompletnie bez sensu. . . Dlaczego w takim razie rzucałby się świadomie ryzykując własne życie chcąc ocalić moje? Więc dlaczego uważa, że nasz związek nie ma sensu? Dlaczego uważa, że nasza miłość nie ma sensu?
Może znów dopadły go myśli o chorobie, znowu nie chce, abym „marnował swoje życie” z kimś, kto i tak wkrótce umrze. . . Ale, dlaczego miałby znowu rezygnować ze mnie chcąc mojego szczęścia, skoro tyle razy powtarzałem mu już, że szczęśliwy będę tylko i wyłącznie z nim, nawet jeśli kiedyś go zabraknie. . . Chciałem być przy nim i wspierać go we wszystkim. Musiał wiedzieć, że bardzo go kocham i za nic w świecie nie pozwolę popełnić mu tego samego błędu po raz drugi.
-Więc, Tom. . . Wyjdziesz za mnie?
-Zaraz. . . co?- spytałem kompletnie zszokowany patrząc na klęczącego przede mną Matthiasa nie rozumiejąc już absolutnie nic z tego wszystkiego. Czy on mi się właśnie oświadczył?
-Jak to co? Kocham cię i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. I wiem, że to może jest bardzo zuchwałe, ale niezależnie od tego ile dni mi jeszcze pozostało, chcę każdy z nich spędzić z tobą. Chcę codziennie widzieć twoją nieco zaspaną twarz. Chcę cię przytulać, całować, kochać się z tobą i kochać ciebie. Czekałeś na mnie tyle miesięcy nie mając żadnej gwarancji, że kiedykolwiek się obudzę. I wiem, że dla ciebie zrobiłbym dokładnie to samo. Bo chociaż wcale tego nie planowałem to zakochałem się w tobie do szaleństwa i w końcu zrozumiałem dlaczego tak bardzo chcę spędzać z tobą każdą chwilę mojego życia. Każdego dnia po naszym rozstaniu umierałem z tęsknoty za tobą. Myślałem, że tak należy, że zasługujesz na kogoś, kto da ci szczęście i będzie przy tobie, a mnie i tak dopadło już przeznaczenie. Odszedłem od ciebie nie chcąc sprawiać ci bólu i dopiero po długim czasie doszło do mnie, że właśnie tym sprawiłem ci największy ból. Moje życie bez ciebie jest puste i szare. Bez ciebie nie mam po co żyć i nie mam dla kogo walczyć. Dzięki tobie wiem,Bo jesteś Tym Jednym Jedynym, moją jedyną i prawdziwą miłością, moją księżniczką na białym koniu. I naprawdę kocham cię bardziej niż kiedykolwiek sądziłem, że będę w stanie kogoś pokochać. Chcę spędzić z tobą resztę życia niezależnie od tego, czy zawsze będzie łatwo i kolorowo. Jedyne czego pragnę w życiu to kochać cię i mieć cię przy swoim boku. I po prostu nie chcę już czekać ani chwili dłużej. . . - zakończył spoglądając mi prosto w oczy i dopiero wtedy zaczynało do mnie docierać, że to nie jest żaden sen, a to wszystko dzieję się naprawdę- Nie mogę ci obiecać, że będziemy żyli długo, ale będę ci wierny aż do śmierci, niezależnie kiedy ona nadejdzie. Chcę być twoim mężem i dzielić z tobą wszystkie radości i troski. . . Zatem, Thomasie Neuwirth, wyjdziesz za mnie?
-. . . Tak- wyszeptałem bez chwili zawahania mrugając kilkakrotnie oczami, co i tak nie miało żadnego sensu. W słowach, które powiedział było tyle szczerości i miłości, że nie mogłem powstrzymać łez. Były to zarazem najpiękniejsze i najprostsze słowa, jakie kiedykolwiek usłyszałem i wiedziałem, że gdybym kiedykolwiek miał jakiś wątpliwości co do tego czy Matt mnie kocha, po tych słowach zniknęłyby one natychmiast. Ale wiedziałem, że on kocha mnie tak mocno jak ja jego. Uśmiechnąłem się delikatnie widząc szczęście i wzruszenie na jego twarzy. Szybkim ruchem wstał z podłogi i pocałował mnie, a ja zaplotłem ręce na jego szyi wciąż nie do końca dowierzając, że właśnie stałem się jego narzeczonym. . .
Siedzieliśmy tak wtuleni w siebie napawając się ciszą, która jest wokół nas. Nagle Matt wstał podchodząc do szuflady i wyjmując z niej coś małego. Spojrzałem na niego pytająco, ale on tylko podszedł do mnie całując, a po chwili poczułem jak nasuwa mi coś zimnego na rękę.
-I teraz jesteś moim prawowitym narzeczonym. . . Wiem, że może nie jest idealny, ale nie mam nic specjalnie przygotowanego- dodał uśmiechając się lekko.
-Jest idealny- powiedziałem patrząc na prosty złoty pierścień z bardzo drobnymi diamencikami obsadzonymi dookoła- A mi nie potrzeba nic więcej niż ciebie. . . -pocałowałem go subtelnie gładząc ręką lekko zarośnięty policzek- Wiesz, tak coś czuję, że ty ja i Bartie stworzymy nawet świetną rodzinkę- dodałem z uśmiechem biorąc małego na kolana. Lecz ten natychmiast się z nich wygramolił wskakując na Matthiasa.
-Bardzo chciałbym, żebyśmy stworzyli prawdziwą rodzinę. . .- nagle posmutniał spuszczając głowę.
-Hej, Matt, my już nią jesteśmy. . . A ty nie możesz od razu z góry zakładać tego najgorszego. Musisz wierzyć. . .
-Masz rację, muszę wierzyć. . . Mam dla kogo wierzyć.
Uśmiechnął się delikatnie, a ja przyciągnąłem go do siebie całując namiętnie. Bartie z początku zazdrosny zaczął szczekać i ciągnąć mnie za nogawkę, ale szybko odpędziłem go ręką. Teraz, kochany piesku, to on jest tylko mój. . . Tak bardzo brakowało mi go przez te miesiące. I miałem wrażenie, że mu mnie także. Wplotłem dłonie w jego włosy czując jak po całym ciele przeszedł mnie dobrze znany mi dreszcz. Po chwili poczułem jego zimne dłonie błądzące pod moją koszulką. Zaśmiałem się na wspomnienie, kiedy gdy wypomniałem mu ten fakt on żachnął się odpowiadając, że zimne ręce świadczą o tym, że ktoś dobry w łóżku. Cóż, zaraz sprawdzimy czy poza nim także. . . Ani na chwilę nie odrywając od niego ust jednym ruchem ręki zrzuciłem wszystkie naczynia wraz z obrusem z niskiego stołu w salonie. A tyle razy mówiłem mu, że musimy kupić porządną kanapę. . .
-Łooohoo, aż tak? -uśmiechnął się do mnie kokieteryjnie przygryzając wargę.
-Nie prowokuj, skarbie- odpowiedziałem akcentując ostatnie słowo wprost zdzierając z niego koszulę odrywając przy tym kilka guzików,ale. . . czy to miało jakieś znaczenie? Jeszcze bardziej pogłębiłem pocałunek czując jak wszystko w moim brzuchu wywraca się jakbym miał za chwilę eksplodować. A ja już naprawdę nie mogłem wytrzymać. . . I bardzo dobrze czułem na sobie, że on też.
-Ale Tom, naprawdę? Tak tutaj na stole. . ?
-Widzisz, taka fantazja: ty i ja kochający się na stole. Nie nogę przestać o tym myśleć od pierwszego dnia, kiedy jesteśmy razem...-wymruczałem ponownie go całując.
-Ale. . . naprawdę?- przerwał pocałunek unosząc lekko brew do góry.
-Matthias, do jasnej cholery, co jest z tobą nie tak? Jestem tutaj przed tobą prawie całkowicie nagi, a ty dalej ciągniesz bezsensowną rozmowę mając w perspektywie pierwszy najdzikszy seks ze mną w życiu?
-Moja wina, że wyglądasz tak cholernie seksownie i podniecająco jak się złościsz? -wymamrotał spoglądając na mnie
-Taaak? A moim zdaniem ty wyglądasz jeszcze seksowniej bez spodni- odpowiedziałem jednym ruchem ściągając jego jeansy. Ten uśmiechnął się do mnie figlarnie rzucając je za siebie całując mnie i przyciskając do stołu przejmując tym samym inicjatywę. Zaczął obsypywać pocałunkami moją szyję a ja odchyliłem głowę do tyłu wydając z siebie cichy jęk. Powoli zaczął zjeżdżać ustami coraz niżej i niżej. . .
-Och, Matt- wyszeptałem jego imię czując, że za chwilę zwariuję, gdy ten ponownie zaczął obcałowywać mój tors i szyję.
-Spokojnie, to był dopiero. . . wstęp- uśmiechnął się ponownie mnie całując, a po chwili poczułem zmysłowy dotyk jego dłoni na całym moim ciele. Wiłem się pod nim na stole czując jak z każdą minutą moje serce zaczyna bić szybciej. Zarzuciłem mu ręce na szyję, a Matt zupełnie jakby tylko na to czekał wymruczał coś niezrozumiałego biorąc mnie na ręce. Zaniósł mnie kładąc delikatnie na łóżku wciąż drażniąc mnie głaszcząc swymi rękoma po moich udach. I w końcu zrobił to, na co tak długo czekałem. Przymknąłem oczy w pełni oddając jego namiętne pocałunki i wydałem z siebie głośny pomruk czując jak po całym moim ciele przechodzi fala gorąca. Już prawie zdążyłem zapomnieć jakie to wspaniałe uczucie być z nim tak blisko i czuć każdy dreszcz przechodzący po jego ciele. Coraz mocniej ściskałem pościel dłońmi niechcący przygryzając jego wargę. Ten tylko jęknął wplatając dłonie w moje włosy. Po chwili przeniosłem ręce na jego plecy jeszcze bardziej przyciskając go do siebie. Jego język w moich ustach wyprawiał istne cuda o innych jego częściach ciała nawet nie wspominając. . . Czułem go całym sobą i miałem wrażenie, że zaraz oszaleję. Co chwilę wydobywałem z siebie ciche jęki zmysłowo drapiąc dół jego pleców, a on z każdą kolejną minutą sprawiał, że odczuwałem jeszcze większą rozkosz. Z całych sił wbiłem paznokcie w obramowanie łóżka czując, że już więcej nie wytrzymam. Na usta mojego narzeczonego wkradł się złowieszczy uśmieszek świadczący o tym, że najwyraźniej jest bardzo dumny z tego, że doprowadza mnie do takiego stanu. . . A doprowadzał mnie do istnego szaleństwa. Nie jestem w stanie nawet opisać rozkoszy, jaką wtedy czułem, bo nie ma żadnego porównania. Ta niesamowita bliskość fizyczna pobudzała wszystkie moje zmysły powodując, że serce biło mi jeszcze szybciej. Oderwałem się od jego ust z trudem łapiąc powietrze. Wyjęczałem jego imię wprost wbijając paznokcie w jego plecy. Poczułem jak każda komórka mojego ciała drży i wiedziałem, że za chwilę po prostu zwariuję. Przymknąłem oczy i delikatnie przygryzłem wargę wbijając głowę w pościel. Ponownie zajęczałem przeciągle kurczowo łapiąc się za brzeg łóżka mając wrażenie, że jak tak dalej pójdzie to obydwoje z niego lada moment spadniemy. Chociaż byliśmy oboje już tak nakręceni, że pewnie nawet jakbyśmy wylądowali na podłodze nie przeszkadzałoby nam to w ogóle. . . Ponownie oderwał się od moich ust zaczynając błądzić ciepłymi ustami i zimnymi rękoma po całym moim ciele. Leżałem przed nim zupełnie nagi pozwalając aby oglądał i dotykał każdy najmniejszy fragment mojego ciała, zupełnie tak jakby nigdy wcześniej go nie widział. Uśmiechnął się patrząc na mnie z obłędem i pożądaniem w oczach ponownie wracając do poprzedniej czynności, a ja po raz kolejny poczułem jak całym swoim ciałem i każdym nawet najwolniejszym dotykiem i ruchem przyprawia mnie o zawrót głowy.

-Nawet nie wiesz jak się cieszę- wyszeptałem spoglądając wciąż z niedowierzaniem na swój pierścionek i uśmiechając się do niego delikatnie- Będę twoim mężem. . .- spojrzałem ponownie na niego, ale na twarzy swojego narzeczonego nie dostrzegłem już tego samego uśmiechu, co przed chwilą.
-Tom. . . Chcę, żebyś wiedział, że niezależnie od wszystkiego zawszę będę przy tobie i zawsze będę nad tobą czuwał. . .
-Matt, nie mów tak- wyszeptałem wtulając się w jego klatkę piersiową, która szybko unosiła się i opadała czując jego szybkie bicie serca. Spojrzał na mnie jakby z wyrzutem przez chwilę wahając się czy dodać coś jeszcze. Nie chciałem nawet tego słuchać. Nie tutaj, nie teraz, nie po tym, co przed chwilą się stało. Kilka godzin temu stałem się jego narzeczonym i naprawdę ostatnie o czym teraz chciałem rozmawiać to o tym, co będzie gdy go zabraknie, Chciałem się po prostu nim nacieszyć. To jedyna stosowna rzecz, jaką mogę w tej chwili zrobić. A co ma być, to będzie.
-Tak bardzo nie chcę odchodzić. . Nie chcę żebyś. . . - zamknąłem mu usta pocałunkiem nie mogąc już tego słuchać.

-Tom! Matt! Już jesteśmy!- usłyszałem krzyk mojej mamy.
Zaśmiałem się pod nosem przypominając sobie niemalże identyczną sytuację sprzed ponad roku.
Spojrzałem na Matthiasa, który jeszcze słodko spał. Uśmiechnąłem się delikatnie całując go w czoło i jak najciszej mogłem wychodząc z pokoju.
-Cześć, Matthias jeszcze śpi- powiedziałem cicho całując wszystkich w policzek. Spojrzałem na Marię i po raz pierwszy od wielu miesięcy dostrzegłem prawdziwie szczery uśmiech na jej twarzy.
-Widzę, że wczoraj. . . świętowaliście- dodała spoglądając na porozrzucane na dywanie naczynia, koszule i guziki, a ja poczułem jak zaczynam się rumienić zawstydzony, że zostawiliśmy wczoraj dom w takim stanie. Ale wtedy nie porządek był nam w głowie. . .
-Tak jakoś wyszło, że było co świętować- uśmiechnąłem się na samo wspomnienie naszych zaręczyn. Mama posłała mi pytające spojrzenie, ale nie pytała już o nic więcej zupełnie jakby bała się odpowiedzi, którą usłyszy.
-A jak on się czuje?
-Nie jest źle. Chociaż boi się. Cholernie się boi. . .
-Boże, tak bardzo mi go szkoda. Tak bardzo mi was szkoda. . .- mówiła ze łzami w oczach. Przetarła policzki biorąc głęboki wdech i zmieniając temat- To ty się może ubierz, a ja spróbuję tutaj coś. . . ogarnąć.
Zaśmiałem się cicho wracając do sypialni. Spojrzałem na łóżko, a Matthias leniwie otworzył oczy uśmiechając się do mnie niewyraźnie.
-Stęskniłem się za tobą.
-Ja za tobą też- wymruczałem pochylając się nad nim i całując go delikatnie- Nie, nie, nie. Starczy tego dobrego. Nasi rodzice czekają w salonie. A ja nie chcę ich przyprawiać o zawał serca, bo i tak już dużo w tym salonie widzieli i nie chcę nawet wiedzieć, co on sobie pomyśleli, że my tam wyprawialiśmy. . .-plątałem jak obłąkany za wszelką cenę starając się uniknąć jego spojrzenia.
-Ooo, a czego my wczoraj nie wyprawialiśmy, kochanie?- spytał z uśmieszkiem na ustach podnosząc lewą brew do góry.
-Przestań!- dodałem czując jak cały się rumienię. Matthias zaczął się ze mnie śmiać, po czym pocałował mnie w czubek głowy głaszcząc po włosach.
-Oj no dobrze, już dobrze, moje ty małe biedactwo zawstydzone- rzuciłem mu pełne grozy spojrzenie.
-Lepiej się ubierzmy i tam chodźmy.
-O nie, nie. Najpierw to ja proponuję coś innego. . . - spojrzałem na niego wyczekująco lecz zanim zdążyłem o cokolwiek spytać poczułem jak przyciąga mnie do siebie całując namiętnie. . .

-Nienawidzę cię- wymamrotałem wychodząc z sypialni i dopinając swoją koszulę.
-A mam wrażenie, że przed chwilą to byłeś innego zdania- zaśmiał się kompletnie ignorując moje groźne spojrzenie. Musimy się zacząć ograniczać, bo jak tak dalej pójdzie to. . .
-Przepraszamy, że tak długo, ale. . .- urwałem w połowie dostrzegając błysk panujący w salonie. Wszystko stało na swoim miejscu i cała podłoga lśniła czystością. A nasi rodzice siedzieli sobie jak gdyby nic przy stole, na którym stało przepyszne śniadanie i popijali poranną kawę. Boże, kiedy oni to wszystko zdążyli zrobić. . ? Dobra, STANOWCZO musimy zacząć się ograniczać. . .
Siedliśmy do stołu i zaczęliśmy rozmawiać o zwykłych, bzdurnych życiowych rzeczach. Uśmiechałem się co chwilę potakując, chociaż tak naprawdę cały czas myślałem o jednym. Delikatnie kopnąłem Matthiasa pokazując mu pod stołem na pierścionek. Ten patrzył na mnie chwilę po czym pokiwał znacząco głową.
-Umm, mamo, mogę coś powiedzieć?- w dość bezpruderyjny sposób przerwałem opowieść mojej mamy, która najpierw spojrzała zdziwiona na mnie, a potem na resztę.
-Tak. . ?
-Bo tak się akurat złożyło, że. . . -zacząłem niepewnie nie wiedząc nawet jak im to powiedzieć- Że Matthias wczoraj mi się oświadczył, ja się zgodziłem i bierzemy ślub- powiedziałem to wszystko na jednym wydechu tak szybko, że przez chwilę nikt nic nie mówił powoli składając każde moje słowo w jedno zdanie.
-O Mój Boże, tak się cieszymy!- pierwsze na nas z gratulacjami rzuciły się oczywiście nasze matki. Naturalnie jak to zawsze w takich chwilach nie zabrakło też i łez wzruszeń.
-Nawet nie wiesz jak się cieszę. Jesteście dla siebie stworzeni. I przepraszam was jeszcze raz za to, że przez tak długi czas tego nie zauważałam. . .- dodała Maria ze łzami w oczach spoglądając na nas obojga.
W końcu podszedł mój ojciec wyraźnie wzruszony i po prostu uścisnął mnie z całych sił. Podszedł do mojego narzeczonego uśmiechnął się i powiedział coś, czego sam bym się nie spodziewał. . .
-Witamy w rodzinie, synu.

Zatrzymaliśmy się przed białymi drzwiami, a Matthias jeszcze mocniej ścisnął moją dłoń.
-Cokolwiek by się nie stało pamiętaj, że kocham cię najmocniej na świecie- powiedziałem półszeptem opierając głowę o jego czoło. Musiałem mu to teraz powiedzieć, musiał wiedzieć, że zawsze będę tuż przy nim i że go nigdy nie zostawię.
-Ja ciebie też- odpowiedział pochylając się i delikatnie mnie całując.
-Widzę, że już pan jest, zapraszam do gabinetu. . . - nagle drzwi się otworzyły i z pokoju wyszedł lekarz. Był w średnim wieku z uroczymi zmarszczkami na twarzy. Uśmiechał się do nas przyjaźnie jakby chcąc nam w ten sposób dodać otuchy zupełnie jakbyśmy byli małymi dziećmi umówionymi na szczepienie. A przecież tu chodzi o coś znacznie poważniejszego.
-Jeżeli pan tego chce, pański narzeczony może wejść z panem- Matthias odwrócił się do mnie z lekką ulgą na twarzy.
Usiedliśmy przed wielkim biurkiem całym zawalonym całą stertą papierów, zdjęć i kart pacjentów ułożonych w wysokie kolumny bo obu bokach biurka. Tak wielu ludzi szuka nadziei. . .
-No cóż, niezbyt wiem, jak to ująć w słowa. . .- powiedział przeglądając wyniki mojego narzeczonego, a ja poczułem jak ten mocno ściska moją rękę. Spojrzałem na niego uśmiechając się niewyraźnie.
-Błagam pana, niech pan mówi wprost, doktorze- powiedział z lekko drżącym głosem wyraźnie zdenerwowany i zmartwiony. Ja również bałem się tego, co za chwilę usłyszymy chociaż starałem się ukryć swoje rozbicie i wspierać Matthiasa w tym wszystkim. To wszystko było naprawdę bardzo trudne dla mnie. Od kiedy wrócił do domu nie ma dnia, w którym nie budziłbym się zastanawiając się co się stanie ze mną, kiedy on umrze.
Normalnie ludzie wcale nie zastawiają się nad takimi rzeczami. Żyją jakby wszystko to, co mają było im dane na wieczność. A przecież nikt z nas nie ma żadnej gwarancji. Mówi się, że nie znasz dnia ani godziny i tak naprawdę jest. Ale niestety zazwyczaj kiedy to zaczynamy rozumieć, zostało nam już za mało czasu. . .
Wciąż wierzyłem, że operacja Matthiasa jakoś polepszyła sytuację. Że ma więcej czasu, że być może będzie mógł podjąć jakieś leczenie, że wcale nie musi teraz umierać. . .
Wiem, że te ciche nadzieje można raczej zaliczyć do marzeń, ale. . . Kto mi zabroni marzyć?
-Nie umiem znaleźć na to, żadnego wytłumaczenia, naprawdę nie mam pojęcie jak to możliwe- przecierał oczy ze zdziwienia przewracając kolejne kartki. Serce biło mi jak oszalałe, a uścisk dłoni Matta zwiększał się z każdą sekundą.
-Pańskie wyniki są. . . takie, jakby nigdy w życiu nie miałby pan raka. . .
-Co chce pan przez to powiedzieć. . ?- spytał nieśmiało
-Że jest pan całkowicie zdrowy, panie Matthiasie. . . Naprawdę nie mam pojęcia jak to możliwe. . . Tyle lat pracuję i nigdy nie widziałem takiego przypadku. . . To cud, istny cud. . .
Obróciłem się w stronę Matta przytulając go mocno do siebie nawet nie próbując powstrzymać łez. Byłem tak wdzięczny Bogu za to, że mi go nie zabrał. Płakaliśmy oboje chyba nie do końca dowierzając w to, co usłyszeliśmy. Chociaż zawsze pozostaje cień jakiejś nadziei na cud, nie zdarzają się one codziennie. Czułem jakbyśmy dostali jeszcze jedną szansę, jeszcze jedno życie. Wiedziałem już, że teraz wszystko się ułoży. . .

Przyciągnąłem do siebie Matthiasa łapiąc za jego krawat i całując go namiętnie w mgnieniu oka pozbawiając garnituru. Zamknąłem drzwi na klucz ani na ułamek sekundy nie odrywając się od jego słodkich ust. W końcu noc poślubna jest tylko raz w życiu i nie chcę, aby ktoś nam ją zepsuł. A wiem, że są tacy, co mają notoryczną skłonność do wchodzenia nie tam, gdzie trzeba nie o tej porze, kiedy trzeba.
-Matt, coś się stało?- spytałem zmartwiony, gdy mój mąż w pewnej chwili oparł się o ścianę łapiąc się za skroń. Był bardzo blady i bałem się, że zaraz zemdleje. Zacząłem się naprawdę martwić nie mogąc odpędzić od siebie myśli o tym, że choroba mogłaby powrócić. . .
-Nie, nic mi nie jest- powiedział słabym głosem- Możemy kontynuować. . .- podszedł do mnie całując mnie delikatnie po chwili odrywając się ode mnie i sycząc z bólu.
-O nie, zapomnij o nocy poślubnej w takim stanie. . .- złapałem go za rękę prowadząc do łóżka i nakazując mu, aby się położył ani przez chwilę nie słuchając jego jęków i sprzeciwów. Po chwili wróciłem z tabletkami przeciwbólowymi i szklanką wody.
-Masz, weź to. Nie możesz się przemęczać.
-A kto powiedział, że się będę przemęczał?- posłałem mu karcące spojrzenie. Zebrało mu się na żart akurat w takiej chwili. Podszedłem kładąc się tuż obok niego i delikatnie się w niego wtulając.
-Nie tak wyobrażałem sobie naszą noc poślubną. . .
-Spokojnie, co się odwlecze, to nie uciecze- uśmiechnąłem się całując go delikatnie.
Leżeliśmy tak wtuleni w siebie trzymając się za ręce. Nie mówiliśmy nic, po prostu leżeliśmy. Uśmiechaliśmy się do siebie od czasu do czasu całując. Cieszyliśmy się samą swoją obecnością i w tamtej chwili nie potrzebowaliśmy nic więcej. Patrzył na mnie bezdźwięcznie mówiąc mi „kocham cię”. Wszystko o tym świadczyło. Każdy jego gest, każdy ruch, każdy uśmiech. To niesamowite jak dwójka ludzi potrafi po prostu być. Bez żadnych słów.
-Czy ty też nie do końca dowierzasz w to, że jesteś moim mężem?- spytał w pewnym momencie spoglądając na swoją obrączkę.
-Z jednej strony to takie niezwykłe, a z drugiej. . . Czuję jakbym od zawsze wiedział, że będziesz moim mężem. . .
-Od pierwszej chwili, kiedy się poznaliśmy?
-Nie wiem czy od pierwszej. . . Na pewno od razu poczułem pewną więź między nami, ale nie do końca potrafiłem ją jeszcze nazwać i zrozumieć. . .
-A ja chyba za bardzo bałem się próbować to zrozumieć. . .
-Najważniejsze, że nam się udało, a dziś jesteśmy. . .
-. . . małżeństwem- dokończył za mnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Uśmiechnąłem się na samo wspomnienie dzisiejszego cudownego dnia, który z pewnością jest najpiękniejszym dniem w moim życiu. Wszystko było dokładnie tak, jak sobie to zawsze wyobrażałem. Ceremonia na świeżym powietrzu w otoczeniu pięknych gór, rodziny i najbliższych przyjaciół. I ten najcudowniejszy moment kiedy usłyszałem, że jesteśmy małżeństwem, a Matthias rzucił się na mnie całując zanim nawet urzędnik zdążył mu na to pozwolić. Tak długo czekałem na ten dzień wyobrażając sobie go już od najmłodszych lat. Chociaż wtedy niezbyt rozumiałem, co to jest prawdziwa miłość. Patrzyłem na moich rodziców, którzy od zawsze byli dla mnie wzorem idealnego małżeństwa i marzyłem o tym, abym pewnego dnia spotkał swoją drugą połówkę.
Miłość jest tak cudownym uczuciem, że nawet nie mam słów, aby ją opisać. Nagle przestajesz zwracać uwagę na siebie, a druga osoba i jej dobro staje się dla ciebie najcenniejsza. Każdy twój oddech, każdy uśmiech, każdy czyn, nawet jeśli robisz to nieświadomie, robisz z myślą o tej drugiej osobie i nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele. Często zachowujemy się wręcz irracjonalnie i jak totalni szaleńcy, ale. . .  Miłość rządzi się swoimi prawami, prawda?
Pochylił się całując mnie namiętnie, po chwili dobierając się do mojej koszuli. Oderwałem się od niego spoglądając z obawą, czy nie powinniśmy dzisiaj sobie tego darować ze względu na złe samopoczucie Matthiasa. Ale on uśmiechał się do mnie szelmowsko z pożądaniem i błyskiem w oczach. W ogóle nie wyglądał na źle się czującego, a wręcz przeciwnie. Wprost rozbierał mnie wzrokiem. . .
-Ja wiem, że jest. . .- spojrzał na zegarek stojący na szafce nocnej-. . .3 nad ranem, ale nie zapominaj skarbie, że to wciąż nasza noc poślubna. A ja nie zamierzam przespać własnej nocy poślubnej. . . No chyba, że z tobą, w troszeczkę innym kontekście. . . - uśmiechnął się ponownie wpijając się w moje usta, a ja w pełni oddałem się jego pocałunkom splatając ręce na jego karku. Podczas gdy on obsypywał mnie pocałunkami ja powoli zdejmowałem jego koszulę dotykając jego rozgrzanego torsu.
Napawałem się każdą sekundą tej nocy. Każdym jego „kocham cię”, każdym pocałunkiem, każdym dotykiem. . . I mimo że zmienił się jedynie nasz stan cywilny miałem poczucie, że ta noc będzie naprawdę wyjątkowa. I nie myliłem się.

-Boże, Matthias, nie tak!- podszedłem do niego widząc jak bardzo nieudolnie próbuje uspokoić cały czas płaczące dziecko, które trzymał w ramionach bujając do góry i na boki bardziej robiąc za symulację lotu kosmicznego niż za kołysankę. Spojrzał z przerażeniem i zdezorientowaniem w oczach najpierw na mnie, a potem na malca. Powoli dał mi go na ręce zupełnie tak, jakby bał się zrobić najmniejszy ruch w obawie, że mu się coś stanie. Bał się zostać sam z nim nawet na kilka minut, a przecież to było tylko półroczne dziecko, które raczej nigdzie mu nie ucieknie. Patrzył cały czas zdenerwowany jak kołysałem Marca cicho do niego szepcąc. Malec powoli zaczął się uspokajać i spojrzał na mnie wciąż z zeszklonymi oczkami wyciągając swoją malutką rączkę i dotykając nią mojej brody. Był taki mały, że trzymając go w rękach miałem wrażenie jakby trzymał piórko. Cały czas uważnie mnie obserwował śmiejąc się co chwilę, gdy wygłupiałem się próbując go jakoś rozbawić. Wyglądał jak uroczy niewinny mały aniołek. Spojrzałem na Matta dając mu głową znak, aby podszedł bliżej po czym złożyłem delikatny pocałunek na małej główce Marca. Przytuliłem go do siebie delikatnie łaskocząc po brzuchu, a ten natychmiast uśmiechnął się od ucha do ucha radośnie wiercąc nóżkami. Odwróciłem się w stronę Matthiasa uśmiechając się do niego lekko, a ten pochylił się całując mnie delikatnie i spoglądając na małego, który rozbawiony wpatrywał się w nas jak w obrazek.
-Ja nie chcę wam zakochańce przeszkadzać, ale moglibyście oddać mi moje dziecko?
Zaśmiałem się cicho widząc Nicole z założonymi rękoma wpatrującą się w nas z wyczekiwaniem. Podszedłem do niej ponownie całując Marca i oddając jej syna w ramiona. W tym malcu było coś tak magicznego, że mając go w ramionach nie chciałem go nikomu oddać i najchętniej to ukradłbym go, wiedząc niestety, że Nicole najprawdopodobniej zabiłaby mnie za to. A może. . . To nie o Marca chodziło?
-Słuchajcie, jak tak wam dobrze idzie to czemu nie pomyślicie o własnym maluchu?
Spojrzałem na Matthiasa, który wpatrywał się we mnie przerażony jakby ktoś mu właśnie zaproponował skok na bungee, a nie małe dziecko. Wygląda na to, że raczej nie podziela mojego entuzjazmu. . .
-Wiesz, myślę, że wszystko w swoim czasie, w końcu jesteśmy dopiero miesiąc po ślubie. . .
Wróciliśmy do Wiednia po ponad tygodniu, a ja wciąż nie mogłem uwierzyć, że to wszystko stało się naprawdę. Siedziałem cały czas gapiąc się na moją obrączkę powoli zdając sobie sprawę, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem pod Słońcem. Oczywiście nie musiałem długo czekać na to, żeby fani Conchity ją zauważyli, a gdy tylko dziennikarz spytał mnie, czy oznacza to, co on myśli nawet nie musiałem odpowiadać na to pytanie, bo mój szeroki uśmiech był wystarczająco oczywistą odpowiedzią. Bardzo cieszyłem się z tak radosnej reakcji fanów, od których odebrałem tony gratulacji, listów i nawet prezentów ślubnych. Gdy tydzień później przyjechaliśmy na koncert w Paryżu i wchodziliśmy tylnym wejściem do garderoby tłumu zebranych tam ludzi zaczęli gwizdać i wiwatować, a część z nich nawet śpiewała nam Sto lat.
I gdziekolwiek byśmy się nie pojawili reakcje były prawie identyczne. A ja za każdym razem uśmiechałem się od ucha do ucha wciąż nie do końca dowierzając w szczęście jakie mnie spotkało.
Ludzie mówią, że zaczynamy coś doceniać, dopiero po tym, jak to stracimy. Dzięki Bogu moja strata nie była wieczna i każdego dnia, kiedy budziłem się obok niego dziękowałem temu komuś na górze, że nie zabrał mi go. Tak bardzo cierpiałem każdego dnia bez niego dopiero wtedy zdając sobie sprawę, jak mocne jest uczucie, którym go darzę. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę w stanie kogoś tak mocno pokochać. Po naszym rozstaniu odczuwałem wielką pustkę i starałem się jak najszybciej zapomnieć o nim, co było strasznie trudne, ale wiedziałem, że tak będzie najlepiej dla nas obojga. Sądziłem, że z jakiegoś powodu nie darzy już mnie takim uczuciem, jak wcześniej i powinienem się z tym jak najszybciej pogodzić. Ale wciąż płakałem w nocy, gdy już nikogo kto mógłby mnie za to zganić przy mnie nie było. I nawet przez myśl mi nie przeszło, że on setki kilometrów stąd robi dokładnie to samo pogrążony w rozpaczy z wizją rychłej śmierci. . .
Ale już wszystko z Matthiasem sobie wyjaśniliśmy i postanowiliśmy, że nie będziemy mówić o jego chorobie. Prawdę mówiąc to Matthias o to poprosił nie chcąc, żebym użalał się nad jego losem. Jesteśmy razem szczęśliwi i nie ma sensu psuć tego rozmowami o przyszłości. Przynajmniej na razie. . .
-Matt, coś się stało?- spytałem zmartwiony po kilku minutach obserwowania męża. Siedział na kanapie z kompletnie nieobecnym wzrokiem i jego mina wyraźnie mówiła, że coś go dręczy.
-Po prostu. . . Zawsze chciałem mieć dzieci, ale. . . Boję się, że choroba powróci, boję się, że będę musiał was opuścić. . . Boję się mieć dziecko skoro nie potrafię przestać myśleć, co będzie jeśli jutro umrę. . .
-Matt, przecież robiliśmy już tak wiele badań, a wszystkie potwierdziły to, że jesteś kompletnie zdrowy. Szansa na to, że znowu zachorujesz jest taka jak u przeciętnego człowieka. Równie dobrze ja mogę zachorować. . .
-Tom, nawet tak nie mów. . .
-Kochanie, ale tak jest. Nie możesz cały czas myśleć o chorobie. . . Jesteś zdrowy, rozumiesz?- złapałem go za ręce spoglądając w oczy. Wiedziałem, że wciąż się waha i wciąż się boi. I chociaż robiłem, co mogłem, aby odpędzić go od tych myśli, te zawsze wracały w najmniej odpowiednim momencie.
-Ja chyba nie tylko tego się boję. . . Przecież dziecko jest takie małe, kruche i bezbronne. Trzeba na każdym kroku przy nim być i się opiekować, a ja. . . A ja nie wiem czy dałbym sobie radę. Po prostu nie chcę zawieść ciebie, nie chcę zawieść naszego dziecka. . .
-Ale Matt, przecież jestem tutaj. To oczywiste, że na początku będzie ciężko, ale przez to wszystko przechodzilibyśmy razem. Wstawalibyśmy do niego w środku nocy, karmili, chodzili na spacery. . .
- . . . i uczyli chodzić. . .
- . . . i mówić. . .
- . . . i bawili się w chowanego w parku. . .
- . . . i czytali bajki na dobranoc. . .
- . . . i zaprowadzali do szkoły. . .
- . . . i pomagali odrabiać lekcje. . .
- . . . i wyprawiali przyjęcia urodzinowe. . .
- . . . i cieszyli się każdą chwilą widząc jak dorasta.
-Czyli chciałbyś mieć dziecko?- spojrzał na mnie pytając się całkowicie poważnie, czego miałem pełną świadomość.
-Tak.
-Ale. . . Teraz?
-Kiedy tylko uznasz, że naprawdę jesteś tego pewien. Matt, ja nie chcę cię do niczego zmuszać. Jak nie jesteś na to gotowy to po prostu powiedz. . .
-Jestem- wymruczał pochylając się nade mną i całując, a ja czułem się jak w niebie. I chociaż nie zawsze było prosto i przyjemnie, to po co to rozpamiętywać? Odzyskałem ukochanego, zaledwie tydzień później stałem się jego narzeczonym, a pół roku później mężem, który jest w pełni gotowy żeby założyć z nim prawdziwą rodzinę.
Czy ktokolwiek z Was mógłby sobie wyobrazić piękniejsze zakończenie. . ?

♥ KONIEC ♥

***
Ehh... No jak ja mogłabym wam to zrobić? I to jeszcze w święta... :)
Kochani unstoppables, w końcu doszliśmy do końca...
Niezbyt nawet wiem, co mam napisać, ale to chyba normalne dla mnie, bo ja  nigdy nie umiem znaleźć w takich chwilach odpowiednich słów. Tak więc powiem najprościej, jak się da: dziękuję ♥

Życzę wam, z całego serca, aby te święta były dokładnie takie, jak sobie je wymarzyliście. Aby cały czas na waszych buziach widniał szeroki uśmiech i abyście cieszyli się każdą sekundą Bożego Narodzenia, nie ważne z kim i jak je spędzacie.
Życzę również, aby nowy rok przyniósł wam wiele wspaniałych wspomnień i aby każdy dzień był dla was nową, ciekawą przygodą.

Wesołych Świąt, unstoppables! ♥

piątek, 19 grudnia 2014

Rozdział dwudziesty czwarty

Obudził mnie dopiero telefon zdenerwowanego Rene, któremu przecież obiecałem, że dzisiaj rano przyjadę wcześniej. Na śmierć zapomniałem o tej obietnicy i o dzisiejszej gali.
Złapałem się za pulsującą głowę. Spojrzałem na puste miejsce obok i wtedy tak naprawdę zdałem sobie sprawę, co ja wczoraj zrobiłem. Było mi okropnie wstyd, bo nie pamiętałem prawie nic i stanowczo przegiąłem z alkoholem. No ale, co się stało już się nie odstanie, prawda?
Miałem świadomość, że to zmienia wszystko. Czeka nas bardzo długa i poważna rozmowa, bo musimy sobie to wszystko wyjaśnić. I musimy zdecydować, co teraz z nami będzie: czy dajemy sobie drugą szansę, czy po prostu zapominamy o tej nocy.
-Bardzo przepraszam Rene, to się już naprawdę nigdy nie powtórzy- powiedziałem wbiegając do biura szybko poprawiając swoje włosy.
-Ehhh, Tom, co ja z tobą mam?
Rene był tak bardzo zajęty i zapracowany, że nawet nie zauważył moje zdenerwowania. Starałem się zachowywać jak najbardziej profesjonalnie i chociaż przez te kilka godzin gali nie myśleć o wczorajszej nocy. Ale chyba za bardzo bałem się naszej rozmowy i tego, co z niej wyniknie. . .

Wyszedłem z garderoby jeszcze raz spoglądając w lustro i poprawiając sukienkę. Nie miałem nawet siły zastanawiać się nad wyborem ubioru, więc wziąłem pierwszą lepszą. Ostatecznie, długa elegancka krwisto czerwień nie była złym wyborem.
Wyszedłem na scenę siląc się na szeroki uśmiech. Na sali zebranych było wiele niepełnosprawnych dzieci więc starałem się dla nich jak mogłem, aby chociaż na chwilę i na ich twarzy pojawił się uśmiech. Zawsze byłem pełen podziwu dla tych dzieci, poniekąd rozumiejąc jak ciężko musi im być czasami. Wiem, jak to jest, gdy ludzie oglądają się za tobą szepcąc między sobą coś na ucho. Wiem, jakie to uczucie gdy idąc szkolnym korytarzem i słysząc śmiech masz wrażenie, że wszyscy śmieją się z ciebie. Te małe dzieci, chociaż są jeszcze tak młode wiele już w życiu doświadczyły. Niejeden dorosły mógłby brać z nich przykład. Narzekamy stale na to, że za mało nam płacą, że nasze mieszkanie nie jest tak wielkie jakbyśmy sobie tego życzyli, że wszystkiego mamy za mało. . . A te dzieci? One cieszą się każdym dniem i doceniają każdą, nawet najmniejszą drobnostkę. Cieszą się, że mogą po prostu żyć i dorośli naprawdę powinni się od nich tego nauczyć. . . Widząc jak mała dziewczynka na wózku energicznie do mnie macha niemalże płacząc sam poczułem się tak wzruszony, że ze łzami w oczach zszedłem ze sceny podchodząc do niej i całując ją w oba policzki. Cieszyłem się widząc szczęście i radość na ich twarzy, gdy podawałem im rękę i przytulałem się do nich. Był to zwykły gest i naprawdę nie robiłem tego, na pokaz czy dla lepszej sławy, chociaż jutrzejsze tabloidy zapewne tak właśnie stwierdzą. Ale nie obchodziło mnie to, co powiedzą o mnie inni.
Z wielkim uśmiechem na ustach pomachałem im jeszcze raz tłumacząc, że muszę wrócić na scenę i za chwilę zaśpiewam piosenkę specjalnie dla nich.
Stanąłem na samym środku wielkiej sceny biorąc mikrofon do ręki. Spoglądałem na dzieci cały czas uśmiechając się do nich i może właśnie dlatego nie zauważyłem tego, co działo się w drugim końcu sali. . . Nagle usłyszałem strzał i poczułem jak ktoś rzuca się na mnie powalając na podłogę po chwili zwijając się w pół. Ludzie zaczęli krzyczeć i piszczeć, a niektórzy nawet uciekali w popłochu taranując siebie nawzajem. Kompletnie ignorując wszystko, co działo się dookoła mnie rzuciłem się na podłogę obok niego delikatnie dotykając dłonią jego rozgrzany policzek. Z wyraźnym grymasem bólu na twarzy powoli podniósł się wyciągając rękę w moją stronę i widząc jak nagle stracił siły szybko objąłem go ramieniem nie pozwalając mu upaść. Delikatnie przybliżyłem go do swojej sukni, która niemalże idealnie wtapiała się czerwienią w powiększającą się kałużę krwi. Spojrzał na mnie przez chwilę wyglądając jakby chciał coś powiedzieć. Syknął głośno łapiąc się za brzuch i próbując jakoś złapać oddech. Rozpłakałem się jeszcze mocniej widząc jak bardzo cierpi. Z początku nie docierało do mnie, co tak naprawdę się stało. Złapałem go za zakrwawioną rękę czując jakby za chwilę serce mi miało pęknąć. Nie mogłem pojąć jak przez tyle miesięcy mogłem się oszukiwać wmawiając sobie, że nic do niego nie czuję, że nic dla mnie nie znaczy i że doskonale poradzę sobie bez niego. A nic z tego nie było prawdą. Bo ani na chwilę nie przestałem go kochać i tęskniłem każdego dnia coraz mocniej.
-Kocham cię, Tom... i nigdy... nie przestałem.... kocham cię...-wymawiał pojedyncze słowa z ogromnym trudem, a jego twarz z każdą minutą stawała się bledsza, a w oczach nie było już tego samego blasku.
Doskonale wiedziałem, że mnie kocha i przeklinałem samego siebie w duchu, że mogłem kiedyś w to zwątpić. Przecież leżał tutaj w moich objęciach w powiększającej się kałuży krwi. Uratował mi życie poświęcając swoje własne dając mi największy dowód miłości, chociaż nigdy go o to nie prosiłem. Klęczałem tam patrząc jak miłość mojego życia powoli się wykrwawia i nie mogłem nic zrobić, żeby go uratować. . .
-Błagam, nie zostawiaj mnie Matt... kocham cię...tak bardzo cię kocham....- powtarzałem w kółko jak w amoku ani na chwilę nie odrywając od niego wzroku.
Miałem świadomość, że to mogą być nasze ostatnie minuty i wiedziałem, że jest coś, co po prostu muszę zrobić. Delikatnie odgarnąłem kosmyk jego włosów z twarz po czym pochyliłem się po raz kolejny szepcząc jak bardzo go kocham i pocałowałem go jak najdelikatniej nie chcąc w żaden sposób sprawić mu bólu, jednak Matthias natychmiast przyciągnął mnie z powrotem całując namiętnie. Zdałem sobie sprawę, że ani przez chwilę nie przestałem go kochać, a z każdym kolejnym dniem, kiedy wmawiałem sobie, że jest inaczej coraz bardziej się ośmieszałem. Jak można by było tak z dnia na dzień przestać kogoś kochać? Chociaż zranił mnie moja miłość do niego wciąż była silniejsza niż ból, który mi zadał. I wiedziałem, że jeśli coś mu się teraz stanie, jeśli nie daj Boże umrze to do końca życia nie wybaczę sobie, że zmarnowaliśmy tak wiele tygodni. Szkoda tylko, że zrozumiałem to tak późno...
Poczułem jak ktoś odciąga mnie na bok sprawdzając czy aby na pewno nic mi nie jest. Jeden z lekarzy zaczął krzyczeć przywołując do siebie kolejnych i natychmiast przystąpił do reanimacji. -Nie, Matthias nie!- krzyczałem jak opętany widząc jak lekarze bezskutecznie próbują przywrócić bicie jego serca.
Rene przyciągnął mnie do siebie starając się jakoś uspokoić ale ja rozpłakałem się jeszcze mocniej w końcu zaczynając zdawać sobie sprawę, że tracę ukochanego. Szarpałem się rozpaczliwie krzycząc i płacząc w końcu zaplątując się we własną suknię i upadając na kolana. Wybuchnąłem jeszcze większym płaczem widząc tych wszystkich lekarzy i ratowników całych we krwi biegając i schylających się nad nieprzytomnym już Mattem. Rene natychmiast przytulił mnie do siebie nie pozwalając się ruszyć ani na milimetr. Próbowałem się mu jakoś wyrwać waląc w niego pięściami, ale on znosił to wszystko jeszcze mocniej przyciągając do siebie. Zachowywałem się kompletnie irracjonalnie, ale w tamtej chwili myślałem tylko o nim. Tak bardzo nie chciałem go tracić. Był dla mnie wszystkim- był każdym oddechem, każdym uśmiechem, każdą łzą, był całym moim światem, bez którego nic już nie cieszy i nic nie ma sensu. Kochałem go ponad życie i myśl, że miałbym spędzić resztę życia bez niego po prostu mnie zabijała. Tak bardzo chciałem leżeć tam i umierać razem z nim. I chociaż nie byłem na jego miejscu cierpiałem z każdą sekundą coraz bardziej. Matt jest tak młody... Przecież on nie może umrzeć. Nie może mnie zostawić samego, po prostu nie może. To wszystko nie tak miało wyglądać. Przecież mieliśmy tak wiele wspólnych planów na przyszłość. Ale.... czymże są teraz nasze plany skoro on praktycznie umiera?

Wybiegłem z taksówki kompletnie ignorując krzyk Jacquesa za sobą. Wbiegłem do budynku szpitalnego i natychmiast wszyscy zebrani w pomieszczeniu odwrócili się w moją stronę szepcąc coś między sobą i wskazując na coś za mną. Odwróciłem głowę dostrzegając wielki telewizor zawieszony nad recepcją. Telewizja przerwała swój planowy program podając doniesienia na żywo z tego, co dzisiaj wieczorem się wydarzyło. Ujrzałem na ekranie siebie całującego Matthiasa i ponownie rozpłakałem się. Jacques wbiegł do środka natychmiast przytulając mnie do siebie i pozwalając abym wypłakiwał się w jego białą koszulę, która i tak była już cała ubrudzona przeze mnie cieniami, pudrem i rozmazanym tuszem. Nie traciłem nadziei na to, że on z tego wyjdzie chociaż z każdą kolejną godziną szanse na to malały.
-Dlaczego to tak długo trwa?- spytałem cichym głosem podnosząc wzrok i delikatnie przetarłem mokre od łez policzki.
Jacques przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej, a ja wciąż płakałem wtulony w jego ramiona. Spojrzał na mnie pochylając się i delikatnie całując mnie w czoło zupełnie jakby to mogło w jakikolwiek sposób odpowiedzieć na moje pytanie. Jednak nie mogłem mieć o to pretensji, bo sam nie wiem, co powiedziałbym mu, gdyby był w mojej sytuacji. Byłem mu bardzo wdzięczny za to, że po prostu przy mnie był. Nie chciałem zostawać teraz sam. Potrzebowałem teraz kogoś, kto po prostu wspierałby mnie. Czułem, że mimo tych okropnych wydarzeń nie jestem z tym wszystkim sam i jest ktoś, kto podziela mój ból. Chociaż wątpię, że ktokolwiek z nich cierpiał tak bardzo jak ja.
-Ty pewnie musisz być Thomas. . . prawda?- spojrzałem do góry poznając tego samego chłopaka, który prawie rok temu zaprowadził mnie do domu Matthiasa.
-Tak, to ja. . .
-Teraz nie mogę sobie wybaczyć, że posłuchałem się Matta i nie zadzwoniłem do ciebie. . . On tak bardzo rozpaczał, że musiał od ciebie odejść. . . Płakał dniami i nocami cały czas powtarzając, że to dla twojego dobra. Ale ja wiedziałem, że źle robi ukrywając to przed tobą.
-O czym ty mówisz?- spytałem słabym głosem, ale zanim on zdążył cokolwiek odpowiedzieć podeszła do mnie niska pielęgniarka z kopertą w ręku.
-Przepraszam, to chyba dla pana...
Podała mi ją tłumacząc szybko, że znaleziono ją w kurtce Matta i zniknęła równie szybko jak się pojawiła. Spojrzałem zdziwiony na napisane na niej moje imię nazwisko. Otworzyłem ją i zacząłem czytać list, który wszystko mi wyjaśnił i wreszcie zrozumiałem słowa przyjaciela Matthiasa. . .

Kochany Thomasie!

Chcę, abyś wiedział, że kocham Cię najmocniej na świecie. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu, dlatego nie mogę już znieść myśli, że tak podle Cię oszukałem. Chociaż ani przez chwilę nie chciałem Cię zranić. . .

Tak naprawdę nigdy Cię nie zdradziłem. Cała ta historia została po prostu przeze mnie zmyślona, a list który przeczytałeś był tylko częścią tego planu. Uwierz mi, zrobiłem to po to, aby Cię chronić.

Jestem chory, Tom. Poważnie chory. I nie wiem nawet czy gdy będziesz czytał ten list będę jeszcze na tym świecie. Dlatego piszę do Ciebie, bo zasługujesz, żeby w końcu dowiedzieć się prawdy. Dowiedziałem się o chorobie wkrótce po Eurowizji. Wiedziałem, że to złamałoby Ci serce i nie chciałem abyś przeze mnie rezygnował z czegokolwiek. Widziałem jak bardzo zabolała Cię moja ,,zdrada", ale robiłem to żebym mógł zniknąć z Twojego życia pozwalając Ci na szczęście. Jesteś jeszcze tak młody, nie chcę żeby moja śmierć zniszczyła Ci karierę.

Wybacz mi, że tak postąpiłem, ale przynajmniej wtedy wydawało się, że to najlepsze wyjście. I nie zrozum mnie źle, odejście od Ciebie nie było ani łatwe, ani bezbolesne. Ale uznałem, że jeśli odejdę w taki sposób szybko o mnie zapomnisz, a może nawet i znienawidzisz, i ułożysz sobie życie na nowo. Bo jeśli zapomniałbyś o mnie, nie rozpaczałbyś po mojej śmierci, prawda?

Wiem, że te słowa mogą sprawiać Ci ogromny ból, za co jeszcze raz przepraszam. Proszę Cię tylko, abyś zrozumiał mnie i nie gniewał się na mnie za to, co zrobiłem nawet jeśli Cię tym zraniłem. Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Ze wszystkich ludzi na świecie pokochałeś akurat mnie i nawet nie wiesz jak wiele znaczy dla mnie Twoja miłość. Dzięki Tobie nie wstydzę ani nie boję się tego, kim jestem. Będąc przy Tobie spędziłem najpiękniejsze miesiące swojego życia.

Gdy usłyszałem swój ,,wyrok" z początku miałem żal do Boga, że teraz gdy jestem naprawdę szczęśliwy z Tobą spotkało mnie coś takiego. Teraz zrozumiałem, że tak naprawdę powinienem mu dziękować, za to, że w ogóle Cię spotkałem. Dlatego dziękuję Ci za każdą minutę. Nie mam już żadnych wątpliwości, że jesteś miłością mojego życia. I jedyne czego pragnę, to Twojego szczęścia. Bo zasługujesz na cudowne i piękne życie, którego ja Ci nie mogę dać. . .

Przepraszam, że nie mogę już być przy Tobie. . .

Na zawsze Twój,

Matthias

Płakałem cały czas siedząc i wpatrując się w ten list, nie mogąc uwierzyć, że Matthias mógł tak postąpić i poświęcić się dla mnie. Wstałem wprost wybiegając z korytarza mimo krzyków innych. Rozpłakałem się jeszcze mocniej siadając na zimnym betonie przed budynkiem nie mogąc uwierzyć w to, co przeczytałem. Miałem do siebie ogromny żal, że nic nie zauważyłem. Ile razy bolała go głowa, brzuch, a ja to wszystko ignorowałem. Po części on sam przekonywał mnie, że absolutnie nic mu nie jest, ale to w żaden sposób mnie nie usprawiedliwia.
Bardzo chciałem zrozumieć dlaczego tak postąpił, ale po prostu nie potrafiłem. Skoro byliśmy razem, to powinniśmy mówić sobie o wszystkim i wspierać się wzajemnie, prawda? Przecież mógł mi powiedzieć o wszystkim, pomógłbym mu jakoś, wspierał go, był przy nim dzień i noc. . . Dlaczego odszedł sądząc, że byłby dla mnie tylko ciężarem i bez niego byłbym szczęśliwszy? Bez niego jestem nikim. . .
Byłem potwornie zły i rozczarowany. Dlaczego takie coś musiało spotkać akurat Matthiasa? Czymże sobie zasłużył na taką okrutną karę? Dlaczego spośród tych milionów przydarzyło się to akurat jemu?
-Tom!- usłyszałem krzyk Andreasa stojącego po drugiej stronie ulicy, a po chwili przebiegł przez środek jezdni kompletni ignorując jeżdżące auta i przytulił mnie z całych sił- Przyjechałem najszybciej jak się dało, nie chcieli nas wypuścić. . . Coś się stało?- spytał widząc, że cały czas płaczę
-On mnie nigdy nie zdradził, rozumiesz? Cały ten czas mnie kochał- wyszeptałem podając mu lekko pognieciony już list i rozpłakałem się jeszcze bardziej.
-Tom, tak mi przykro. . .- wtulił się we mnie głaszcząc po głowie, a ja nie mogłem złapać tchu cały się trzęsąc z płaczu. W końcu uspokoiłem się i wycierając policzki spojrzałem Andreasowi w oczy.
- Ja przepraszam za wczoraj, nie powinniśmy byli tego robić. . . Sam nie wiem, co we mnie wstąpiło, przepraszam Andreas. . .
-Spokojnie, Tom, do niczego więcej poza pocałunkiem między nami nie doszło.
-Jak to?- spojrzałem na niego zdziwiony. Przecież doskonale pamiętam jak wchodziliśmy do sypialni, jak zacząłem się rozbierać. Byłem tak pijany, że naprawdę nie wiem, czy potrafiłbym się opanować. . .
-Kiedy zorientowałem się, co by wyprawiamy natychmiast się od ciebie oderwałem i kazałem ci bez dyskusji położyć się do łóżka. Fakt, odebrałeś to z początku trochę inaczej, bo mruczałeś coś pod nosem i nawet zacząłeś się rozbierać, ale koniec końców położyłeś się i zasnąłeś jak małe dziecko. . . Przecież ja widziałem w jakim ty byłeś stanie i wiedziałem, że wciąż go kochasz. . . I nie myliłem się. . .- spojrzał na mnie niepewnie
-Przepraszam, nie powinienem dawać ci nadziei. . .
-Ale spokojnie, Tom. Ja wcale nie czuję się jakbyś złamał mi serce. . .
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Że chyba nie jestem wcale tak szalenie w tobie zakochany, jak sądziłem, że jestem- uśmiechnął się do mnie delikatnie.
-Czyli co. . . przyjaciele?
-Przyjaciele- przytaknął przytulając mnie mocno do siebie
Poczułem jakby kamień spadł mi z serca na wiadomość, że między mną, a Andreasem do niczego nie doszło. Strasznie źle czułem się z myślą, że Matthias tak bardzo się dla mnie poświęcił, a ja szybko znalazłem sobie pocieszenie i to jeszcze w osobie Andreasa, która, mówiąc szczerze, wiele w moim życiu namieszała.
Ale nawet ta ulga nie potrafiła odpędzić nawet na sekundę moich myśli od ukochanego. Jego operacja ciągnęła się już prawie pół nocy, a za każdym razem, gdy ktoś wybiegał z sali operacyjnej nie był w stanie udzielić mi żadnej konkretnej odpowiedzi. Siedziałem tak cały czas płacząc razem z przyjaciółmi, rodzicami i matką Matthiasa. Miała ona ogromny żal do siebie za tą nieszczęsną kolację wigilijną i za to, że nie stanęła w naszej obronie. Cały czas płakała powtarzając jak bardzo jej przykro, że nie była w stanie nas wtedy zrozumieć.
Całe to zamieszanie uświadomiło jej jak bardzo się kochamy. Nie mogłem mieć jej za złe tego, co stało się w przeszłości zwłaszcza, że oboje umieraliśmy ze strachu o Matthiasa i o jego życie.
Teraz, gdy już znałem całą prawdę jeszcze bardziej boję się o to, co z nami będzie.
Boję się, że nawet jeśli Matthiasowi uda się wyjść cało z tego postrzału to dalej będzie się upierał, że nie chce, abym patrzył na jego cierpienie. Nie wiem nawet ile dni czy miesięcy mu jeszcze pozostało. . .
Boję się, że nawet jeśli Matt wróci do mnie do Wiednia nie będziemy mogli się sobą długo nacieszyć. Tak bardzo nie chciałem, żeby umierał tak wcześnie. Bo nie zasługuje na to.
Myśl o tym, że najbliższa ci osoba w życiu, Ten Jeden Jedyny może umrzeć była naprawdę straszna i okropna. Nigdy w życiu nie spodziewałbym się, że takie coś może mnie spotkać. I to właśnie był błąd. Tak bardzo żałowałem, że nie pojechałem do niego do Graz, że nie spróbowałem o niego zawalczyć. Może gdybym do niego pojechał dowiedziałbym się o jego chorobie wcześniej i wszystko potoczyłoby się inaczej?
Przecież on nie może umrzeć. . . Jest młody, zdolny i przede wszystkim kocham go tak mocno, że zwariowałbym, gdybym resztę życia musiał żyć bez niego. Ale. . . czy tutaj cokolwiek zależy jeszcze ode mnie?

***
dop. Czyli powrót do prologu. . .

środa, 17 grudnia 2014

Rodział dwudziesty trzeci

Stałem jak wryty niezbyt wiedząc jak mam się zachować. Nie widzieliśmy się tak długo, było tyle rzeczy, o które chciałbym go spytać, tak wiele wciąż pozostawało tajemnicą... Minęło sporo czasuMiałem podejść z uśmiechem od ucha do ucha i rzucić mu się w ramiona zupełnie tak jakby nigdy nic między nami się nie działo?
Zanim zdążyłem choćby drgnąć próbując cokolwiek zrobić on natychmiast podszedł do mnie przytulając mnie do siebie. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe, bo kompletnie nie spodziewałem się tak serdecznej reakcji i byłem trochę. . . zawstydzony?
-Co ty tutaj robisz?- spytałem w końcu. Przecież wyjechał i miał nigdy nie wracać. Coś się zatem zmieniło?
-A wiesz, Kolumbia chyba nie do końca jest dla mnie. Poza tym, stęskniłem się za starym, dobrym Wiedniem i za niektórymi też. . .
Spojrzałem na niego lekko zdziwiony. Jak to się stęsknił?
-A ty co tutaj robisz? Matt wysłał cię na zakupy?- Andreas zaśmiał się, a ja delikatnie przygryzłem wargę po chwili czując jakby moje serce na moment przestało bić.
-Nie, nie wysłał. . . Rozstaliśmy się niedawno. . .
-Ojej, przepraszam, nie wiedziałem. Ale coś się stało? Znaczy, jeśli to jakiś nieprzyjemny temat, to przepraszam, że tak się wtrącam, ale po prostu. . . Kiepsko wyglądasz, więc chyba coś się musiało stać. . .
-Nie, spokojnie, skąd mogłeś wiedzieć? To trochę długa historia i. . .
-Rozumiem, przepraszam. . .- zmieszał się wiercąc się w miejscu jakby nie wiedział, co ze sobą zrobić.
-A ty na długo zostajesz w Wiedniu?- zmieniłem temat
-Nie wiem, na razie nie mam żadnych innych planów.
-I wciąż mieszkasz tuż obok?- uśmiechnąłem się, a Andreas tylko zaśmiał się głośno.
-Tak, wciąż tuż obok.
-To może wpadłbyś dzisiaj na kolację? Opowiem ci wtedy wszystko dokładnie. . .
-W porządku, siódma?
-Idealnie- uśmiechnąłem się ponownie ściskając go na pożegnanie, a ten jeszcze pomachał do mnie energicznie i zniknął za rogiem. Stałem jeszcze chwilę wpatrując się przed siebie, gdzie jeszcze przed sekundą znajdował się Andreas.
-Widzisz, a ja idiota nawet zapomniałem ci pogratulować zwycięstwa! Byłeś fenomenalny! -Dzięki- uśmiechnąłem się przytulając go.
-I z tego, co widziałem jeszcze wtedy między wami wszystko było w porządku, prawda?- spytał nieśmiało spoglądając na mnie jakby był niepewny, czy wypada pytać o to tak prostu z mostu. Może gdyby powiedział to dwa tygodnie temu rozpłakałbym się na samą myśl o tym, jak dobrze było między nami i jak dobrze było nam ze sobą. I chociaż niektórzy może i mają rację mówiąc, że czas wcale nie leczy ran to z pewnością pozwala się nam do niego przyzwyczaić tak, że po pewnym czasie przestajemy odczuwać go tak mocno, a z czasem nawet o nim zapominamy. Może w moim przypadku jest tak samo?
-Tak, wtedy jeszcze tak...
-Więc co się stało, Tom? Pokłóciliście się o coś?
-Nie chodzi o kłótnię, ale o zdradę...
Andreas spojrzał na mnie zdziwiony, a jego reakcja nie mogła mnie dziwić bo każdy, któremu o tym mówiłem nie mógł w to uwierzyć. Przynajmniej nie czułem się kompletnym idiotą wiedząc, że nie tylko ja uznawałem nas za „parę idealną”.
Opowiadałem o wszystkim Andreasowi, który cały czas uważnie mnie słuchał składając całą tą historię w całość. Nie sądziłem nawet, że po tym wszystkim będę się w stanie tak przed Andreasem otworzyć. Po tym nieszczęsnym pocałunku, który zobaczył Matthias cały czas obwiniał się za wszystko i zaraz po tym, jak Matt wrócił do domu i pogodziliśmy się przyszedł do nas, żeby nas przeprosić i życzyć nam powodzenia. Widziałem, że to wcale nie było dla niego łatwe i zrozumiałem, że naprawdę coś się w nim zmieniło. Zaraz po tym wyjechał tłumacząc, że nie chce stać nam na drodze. Poświęcił się i wyjechał z Austrii tylko po to, żebyśmy mogli być szczęśliwi z Matthiasem.
Może to dlatego miałem wrażenie, że to nie jest ten sam Andreas, który w tak podły sposób mnie oszukał i wykorzystał? Zawsze wierzyłem w to, że ludzie mogą się zmienić, jeżeli naprawdę bardzo tego chcą. Ale jego przemiana naprawdę mnie zadziwiła.
Gdy mówiłem mu o tym wszystkim, co ostatnio wydarzyło się w moim życiu słuchał uważnie dodając mi otuchy i starając się z całych sił jakoś pocieszyć. I nie było to tylko kiczowate „Tom, nie przejmuj się, będzie dobrze. . .” W jego słowach i sposobie, w jakim je wymawiał było coś takiego, co naprawdę było bardzo krzepiące i. . . szczere. Poświęcał dla mnie swój czas, chociaż wcale go o to nie prosiłem. Z początku sądziłem, że wciąż jest na siebie zły za to, jak mnie potraktował i jak namieszał mi w życiu, ale to wszystko po prostu nie miało sensu. Kto poświęcałby tyle czasu i cierpliwości drugiemu człowiekowi tylko ze względu na swoje poczucie winy? Czułem i byłem w pełni przekonany, że Andreasowi zależy na mnie, bo nie da się ukryć, że jesteśmy sobie bardzo bliscy. Chociaż nie do końca byłem w stanie powiedzieć, że jest moim przyjacielem. . . Zupełnie tak jakbym przewidywał co się wydarzy. . .
Przez następne dni dawałem mu się wyciągać na zakupy i do kin widząc jak bardzo stara się mi polepszyć humor. Byłem mu bardzo wdzięczny za to wszystko, co dla mnie robi. Jacques i Tamara byli oboje bardzo zajęci, a od kiedy Nicole spotkała swojego nowego chłopaka chodziła cały czas w skowronkach ciesząc się, że w końcu znalazła tego jednego jedynego. Nie chciałem im się narzucać i zawracać głowy swoimi problemami. A skoro Andreas chciał pomóc, to czemu mam się na to nie zgadzać?
W gruncie rzeczy cieszyłem się, że stosunki między nami są takie dobre. Można powiedzieć, że staliśmy się przyjaciółmi zupełnie zapominając o tym, co kiedyś było między nami. Muszę przyznać, że bardzo dobrze czułem się przy nim wiedząc, że między nami wszystko jest okej. Nie chciałem, żeby wciąż się obwiniał i wstydził podejść do mnie i przytulić. Zaczynaliśmy wszystko od nowa nie odwracając się za siebie i starając się nie pamiętać złego. Zależało mi na tym, żebyśmy znów mogli śmiać się i wygłupiać jak za dawnych czasów. Chociaż wcześniej kompletnie nie spodziewałem się, że jeszcze kiedykolwiek będę w stanie w ogóle się do niego odezwać. Życie jednak potrafi czasami być zaskakujące. . .

Dzisiejszy dzień był bardzo piękny, choć męczący. Po długich godzinach spędzonych w studio dałem się w końcu namówić Andreasowi na mały wypad. Nie miałem serca mu odmawiać widząc jak cieszy się jak małe dziecko, a poza tym. . . Chyba też mi się coś należy od życia, prawda?
-O Boże, umieeeraaam!- rzucił się na kanapę, a ja tylko zaśmiałem się pod nosem przynosząc z lodówki zimną oranżadę.
-Dawno się tak nie ubawiłem i nie wymęczyłem. . .
-Ja też! I za to właśnie kocham wesołe miasteczka!
-O tak, o tym już się zdążyłem przekonać- zaśmiałem się przypominając sobie naszą zeszłoroczną wyprawę. Andreas cieszył się jak małe dziecko i zaciągał mnie na każdą możliwą atrakcję, zupełnie tak jak w tym roku. Pod tym względem się nie zmienił. . .
-Tak, stare dobre czasy- uśmiechnął się delikatnie, ale gdy tylko nasze spojrzenia się skrzyżowały natychmiast spuścił głowę.
-Napijesz się czegoś?- spytałem otwierając pełen barek. Bardzo rzadko sięgałem po alkohol, ale naprawdę miałem już wszystkiego dość. Nic mi się nie układa, nie potrafię się nawet na niczym skupić i użalam się nad sobą jak małe dziecko.
Andreas z lekkim zawahaniem przystał na moją propozycję. Zmieniliśmy temat relaksując się i po prostu ciesząc z faktu, że w końcu możemy normalnie porozmawiać, bez kłótni, żalu i awantur.
-Pocałuj mnie- rzuciłem od tak w połowie konwersacji. Andreas spojrzał na mnie z przerażeniem i zdziwieniem w oczach najpewniej uznając, że jestem po prostu pijany i bredzę. A tak wcale nie było...
-. . . słucham?
-Pocałuj mnie- powtórzyłem z jeszcze większym przekonaniem w głosie. Fakt, może i trochę wypiłem, ale to nie dlatego mu to zaproponowałem. Nie chciałem się zastanawiać do czego może dojść i co się stanie z naszą przyjaźnią. Tak bardzo chciałem, aby to zrobił, aby znów mnie pocałował, aby znów wyszeptał, że mnie kocha. Przecież doskonale widzę, że wciąż coś do mnie czuje, a i on nie był mi do końca obojętny . . Andreas przez chwilę wahał się czy powinien to robić, ale dobrze widziałem w jego oczach, że pragnie tego nawet jeszcze bardziej niż ja.
W końcu wstał podchodząc do mnie i całując namiętnie, a ja poczułem jak serce zaczęło mi bić tysiąc razy szybciej, zakręciło mi się w głowie, a nogi miałem jak z waty. Przyciągnąłem go do siebie jeszcze bardziej nawet na sekundę nie odrywając się od jego ust. Wszystkie te procenty buzowały w moich żyłach przyprawiając mnie o zawroty głowy. W tej chwili nie chciałem się zastanawiać, co robimy i co mnie tak naprawdę do tego podkusiło. Po prostu widząc go czułem szybkie bicie serca i te same motylki w brzuchu, co podczas gdy byliśmy razem. Wiem, że to może się wydawać głupie i nieodpowiedzialne, ale w tamtej chwili kompletnie o to nie dbałem. Poszedłem za głosem serca wcale nie przejmując się tym, co się może zdarzyć. Może wtedy nie sądziłem, że to wszystko zajdzie aż tak daleko?
Powoli rozpinałem guziki jego koszuli podczas gdy on obsypywał moją szyję pocałunkami. To uczucie, które mi wtedy towarzyszyło, nie pojawiło się przy nikim innym. Nie mogłem powiedzieć, że nic mnie z nim nie łączy i nic do niego nie czuję, bo w przeciwnym razie nie poszedłbym z nim do łóżka. Chociaż to wszystko było strasznie poplątane i skomplikowane miałem przeczucie, że nie popełniamy błędu. W końcu stara miłość nie rdzewieje. . .
Andreas brutalnie przerwał nasz pocałunek zatrzymując się tuż przed drzwiami sypialni.
-Nie, Tom, przecież ja po prostu wykorzystuję cię i twoją chwilę słabości. . . Nie, nie możemy tego zrobić.
-Możemy- przyciągnąłem go do siebie całując i zamykając drzwi nogą przed wścibskim Bartim, który niestety dzisiaj ze mną spać nie będzie. . .
Nie miałem nawet siły tłumaczyć Andreasowi tego wszystkiego, bo nie chciałem po prostu psuć tego momentu. Jest nam ze sobą dobrze, więc po co rozmyślać nad tym, co jest między nami, skoro oboje dobrze wiemy, że coś jest? Chociaż nie mogę powiedzieć, że go kocham, to na pewno jest dla kimś więcej niż byłym chłopakiem. 
Kimś znacznie więcej. . .


***********
Bezsensowne jest ponownie przepraszanie Was za (być może) ponownie złamane serce? ♥

sobota, 13 grudnia 2014

Rozdział dwudziesty drugi


Pamiętałem jak pierwszy raz po powrocie od Rene przekroczyłem próg mieszkania. Wszędzie dookoła panowała pustka, a Matthias zgodnie z moją prośbą spakował wszystkie swoje rzeczy i zniknął. Podszedłem do stołu biorąc do ręki małą karteczkę czytając cicho to, co było na niej napisane: „Przepraszam. Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy -M.” Rozpłakałem się wtedy po raz kolejny , bo chyba dopiero gdy to przeczytałem zdałem sobie sprawę, że to naprawdę jest koniec. Nie wiem na co ja liczyłem, może na jakiś cud, na to, że Matt jednak nie odejdzie, a zawalczy jakoś o mnie. Miałem do niego żal, że nawet tego nie był w stanie powiedzieć mi wprost, chociaż tak naprawdę nie dałem mu na to szansy. Absurdalne wydawało mi się, że mógł napisać coś takiego, bo przecież doskonale wiedział, że tylko z nim jestem i będę szczęśliwy. Z czasem jednak, stopniowo i powoli, zaczynałem się do tego wszystkiego przyzwyczajać.

-Chodzi o to, że rozstałem się z Matthiasem- wydusiłem to w końcu z siebie spoglądając na nich wszystkich siedzących przy stole. Jacques niespodziewanie wybuchnął śmiechem, a ja nie potrafiłem pojąć, o co mu chodzi. Co w tym było do jasnej cholery śmiesznego?!
-Żartowniś z ciebie Tom.
-Uwierz mi, chciałbym, żeby to był żart- dodałem łamiącym głosem będąc na siebie zły, że znowu nie potrafię powstrzymać łez. Chyba dopiero gdy zobaczyli mnie płaczącego dotarło do nich, że jestem całkowicie poważny i to, co mówię jest smutną prawdą. Nicole natychmiast rzuciła się przytulając mnie do siebie z całych sił, a ja tylko rozpłakałem się jeszcze mocniej. Przez chwilę panowała kompletna cisza, bo cóż można powiedzieć w takiej chwili?
-Ale. . . co się stało? Przecież niedawno wszystko było w porządku. . .
-Też tak myślałem. Tylko wtedy nie wiedziałem, że mnie zdradził. . .
-CO?!
-Zdradził mnie, a gdy o wszystkim się dowiedziałem nawet nie próbował zrobić nic, żeby ratować nasz związek. . . Kompletnie nic. . .
-Nie no, zabiję go, po prostu zabiję!- poderwał się krzycząc jak szalony natychmiast z kieszeni wyciągając telefon i wyciskając jakiś numer. Chodził z jednego końca pokoju w drugi klnąc pod nosem i rzucając telefon na dywan- Zajebię gnoja. . .
-Jacques- natychmiast upomniała go Nicole. Jeszcze nigdy nie widziałem go tak wściekłego i wiedziałem, że gdyby Matthias był tutaj obok, najpewniej dawno leżałby już na ziemi. 
-No co?! Ma mu może to ujść płazem, jak go znajdę to chyba mu. . .- natychmiast zamilkł widząc jak jeszcze bardziej się rozpłakałem.
-Boże, Tom. Nie przejmuj się nim, on nie jest tego wart, rozumiesz? Jesteś cudowny, młody, przystojny, całe życie przed tobą- przytulał mnie do siebie głaszcząc po głowie, zupełnie tak, jakbym był małym dzieckiem.
Tak, całe życie przede mną. Całe życie. . . bez niego.
Chociaż wcale nie było to proste starałem się jakoś zapomnieć o tym wszystkim zachowując w pamięci tylko te dobre wspomnienia z Matthiasem, których przecież było tak wiele. To on był przy mnie kiedy pogrążałem się w depresji, to on był przy mnie kiedy dowiedziałem się, że moje marzenia się spełniły, to on był przy mnie, kiedy po tak długim czasie zdecydowałem się wyznać wszystko rodzicom, to on był przy mnie gdy płakałem, to on był przy mnie gdy wygrałem.
Więc jak mogłem od tak o nim zapomnieć, jakby nigdy nie pojawił się w moim życiu? Nawet jeśli nie do końca zdawałem sobie z tego sprawę, to stał się ważną częścią mojego życia. Wiedziałem jednak, że najlepiej dla mnie będzie jeśli postaram się o nim zapomnieć i żyć dalej swoim życiem.
I o dziwo miałem wrażenie jakby zaczynało mi się to powoli udawać. Zaczynałem się przyzwyczajać do tego, że budzę się sam, jem sam, wychodzę sam i zasypiam sam. To w gruncie rzeczy nie było aż tak trudne jak zdawało się być na początku.
Wystarczyło tylko zrozumieć, że moje łzy, krzyki i rozpacz nic nie zmienią. Matthiasa już ze mną nie ma, ale przecież to nie koniec świata.
Nie miałem nawet odwagi powiedzieć o tym wszystkim rodzicom. Chociaż jak się okazało, nie musiałem tego robić. Mama od razu wyczuła słysząc mój głos, że coś jest nie tak. Zadzwoniła do Nicole, która powiedziała jej wszystko, a już następnego dnia przyjechali do mnie oboje.
Tłumaczyłem im całą sytuację, a oni, myślę że jak wszyscy nie mogli w to uwierzyć. Doskonale pamiętałem te kilka ostatnich dni, kiedy byliśmy razem. Nic, absolutnie nic nie wskazywało na to, że coś jest nie tak, że Matthias już mnie nie kocha. Przecież robił mi śniadania do łóżka, wygłupiał się ze mną, a nawet spał. Więc jak ja mogłem w ogóle wyobrazić sobie, że to wszystko tak szybko i boleśnie się skończy?
Czy zatem to ja byłem aż tak ślepy, żeby nic nie zauważyć, czy Matthias tak idealnie to wszystko ukrywał? Nawet nie chciałem wiedzieć od kiedy mnie zdradzał i z kim. Bałem się, że prawda o tym może jeszcze mocniej złamać mi serce, a tego bym nie przeżył. Wolałem myśleć, że było to tylko jednorazowe, że była to chwila słabości, ale. . .
-Kochanie, ja wiem, że to on cię zawiódł, ale. . .
-Nie, mamo, to nie o to chodzi. Myślę, że z tą kobietą to jednak. . . Nie wiem, może zakochał się w niej, może zrozumiał, że mnie nie kocha, może ma innego. . .
-Nie spróbujesz nic zrobić? Nie poznaję cię, Tom. Przecież byłeś w nim tak bardzo zakochany. . .
-I nadal jestem, mamo. . . Ja już nie wiem, co robić. . .
-Jeśli kogoś kochasz, daj mu odejść, jeśli do ciebie wróci jest Twój, jeśli nie nigdy nie był. . .
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Że dobrze robisz synu. I nawet nie wiesz jaka jestem z ciebie dumna- wyszeptała przytulając mnie do siebie, a ja delikatnie uśmiechnąłem się przez łzy.
To zadziwiające jak wiele jest się w stanie zrobić dla ukochanej osoby, nawet zrezygnować z własnego szczęścia. . . Bo chociaż to mnie bolało, wiedziałem, że po prostu tak trzeba.
Trzeba wziąć to na siebie i żyć dalej. Przecież mam tak wiele. . .
Mam najcudowniejszych na świecie fanów, których strasznie ostatnio zaniedbałem. Starałem się jak mogłem, ale wiedziałem, że muszę najpierw wziąć się w garść i zrobić ze sobą porządek.
Powoli wszedłem na scenę za wszelką cenę starając się uśmiechnąć się jak najszczerzej. Ale na widok tych wszystkich ludzi krzyczących i piszczących wniebogłosy uśmiech sam cisnął mi się na twarz. Właśnie tego potrzebowałem. . .
Zacząłem śpiewać i kompletnie zapomniałem o Matthiasie, o jego zdradzie i o naszym rozstaniu. Po prostu cieszyłem się każdą minutą, kiedy mogę przebywać z moimi fanami i dzielić się z nimi swoją największą pasją. Śpiewałem jak zwykle w każdy pojedynczy wers wkładając całe swoje serce i całą duszę zupełnie tak, jakby on stał naprzeciwko mnie i to do niego kierowałem słowa . . .

No one could have witnessed what you did to me. . .

Wiedziałem, że powstanę jak feniks i stanę się jeszcze silniejszy. Potrzebuję na to tylko czasu. . .
-Świetny występ- Rene natychmiast mnie uściskał zaraz po tym, jak zszedłem ze sceny.
Weszliśmy do garderoby, a Rene natychmiast zamknął za nami drzwi.
-A teraz powiedz mi, jak się czujesz? Wszystko w porządku?
-Tak, jest coraz lepiej- uśmiechnąłem się delikatnie zdając sobie sprawę, że po raz pierwszy mówiąc to, mówię prawdę.
-Nawet nie wiesz jak się cieszę. . .
-Ja też. . . I cieszę się, że w końcu mogę wrócić na scenę. . .
-A propos, masz zaproszenie na występ jako gość honorowy na gali charytatywnej w filharmonii, bierzesz?
-Ależ oczywiście!
-Zatem odpocznij sobie przez te dwa tygodnie i pamiętaj, jakby cokolwiek się działo dzwoń, przyjeżdżaj choćby i w środku nocy, dobrze? - spojrzał na mnie uważnie, a ja uśmiechnąłem się delikatnie w odpowiedzi- Podwieźć cię do domu?
-Nie, dziękuję. Wybiorę się chyba jeszcze na małe zakupy.
-Zgoda, to do zobaczenia.

Spacerowałem godzinami po wszystkich możliwych galeriach i butikach starając się sobie znaleźć jakieś zajęcie. Wiedziałem, że gdybym wrócił do domu znowu siedziałbym tam sam i znowu rozmyślał nad tym, nad tym już nie ma sensu. Ale nawet tutaj w galerii nie mogłem odpędzić od siebie myśli, co by było gdybym nie przeczytał tego listu, gdyby ta kobieta go nigdy nie wysłała. Może gdyby Rene zgubił akurat ten jeden list gdy wnosił ich całą stertę do naszego mieszkania nigdy nie dowiedziałbym się o tej zdradzie i wciąż bylibyśmy razem?
Ale ile warte byłoby życie w kłamstwie? Matthias i tak prędzej czy później ze mną zerwał, albo cały czas brnął w kolejne kłamstwa starając się, aby jego zdrada nie wyszła na jaw. I chociaż wiedziałem, że zadawanie sobie pytań typu: „co by było, gdyby. . .” było tylko marnowaniem czasu i zawracaniem sobie głowy. I ponownym zadawaniem sobie bólu.
Musiałem się pogodzić z naszym rozstaniem, a nie dobijać myślami, że do tego wszystkiego wcale nie musiało dochodzić. . .
-Thomas. .?
Omal mnie nie zamurowało gdy usłyszałem tak dobrze znany mi głos. Przez chwilę zdawało mi się, że już kompletnie zwariowałem i mam zwidy i urojenia, ale za chwilę znowu usłyszałem swoje imię. Ale jak to w ogóle jest możliwe? Przecież wyjechał stąd i miał już tu nigdy nie wracać. Mieliśmy obydwoje swoje własne życie, a nasze drogi miały się już więcej nie skrzyżować. Więc. . . Co on tu robi? Powoli odwróciłem się nie mogąc uwierzyć własnym oczom. To on. To naprawdę on. . .