czwartek, 25 czerwca 2015

Bezpieczny cz.II

-Świetnie- mruknął w jednej chwili podchodząc do Thomasa i całując go namiętnie przyciskając do ściany. 
Po raz kolejny ogarnęła go fala dreszczy, a szybkie bicie serca znowu dało o sobie znać. Kompletnie oddał się temu uczuciu nie przejmując się kompletnie niczym. Podążał za głosem serca, które kazało mu walczyć o to, co dla niego ważne. Żaden z nich nie zastanawiał się wtedy nad tym, co dokładnie przyniesie im przyszłość, o ile w ogóle cokolwiek przyniesie. Po prostu całowali się nie skupiając się na niczym innym poza sobą samym. Po prostu byli. Razem.

Mijały kolejne dni i można by rzec, że wszystko zaczynało w końcu się układać. Z dnia na dzień Tom stawał się coraz śmielszy i nie bał się już dotyku czy pocałunków ukochanego. Jednak wciąż to wszystko było dla niego trudne i wiedział, że jeszcze wiele pracy przed nim zanim dojdzie do etapu sprzed tego feralnego wydarzenia. Wydawać by się mogło, że cała ta sytuacja jest dość niecodzienna- Tom uczył się żyć i kochać na nowo, co wcale nie było tak proste jakby to się mogło wydawać. I chociaż czasami było ciężko, to wiedział, że zawsze może liczyć na Felixa. Stwierdzenie, że go kocha to za dużo powiedziane, ale nie mógł zaprzeczyć, że coś do niego czuje. Sam nie umiał nazwać tego uczucia, ale miał nadzieję, że z czasem wszystko się poukłada. Z Felixem przy jego boku.
Wtulił się mocniej w jego bluzę chcąc poczuć jego ciepło. Wieczorami gdy byli już tylko we dwoje wreszcie oboje mogli być sobą i nie musieli nic przed nikim udawać. Wszystko wtedy wydawało się o wiele prostsze i łatwiejsze. Bo mieli siebie, kochali się nawzajem i przeszli już przez tak wiele razem, że wydawać by się mogło, że nie ma przeszkody, która mogłaby ich zatrzymać.
Wystarczyło, że Tom spojrzy na Felixa, tak jak teraz z najcudowniejszym uśmiechem jaki kiedykolwiek widział i uroczymi rumieńcami na policzkach, a wszystkie wątpliwości znikały niemalże natychmiast.
Thomas przyciągnął go do siebie obdarzając znacznie bardziej namiętnym pocałunkiem niż kiedykolwiek. Wiedział, że doprowadza Felixaa do pomieszania zmysłów przez co oboje tracili głowę zatapiając się w pocałunkach. Może dlatego żadne z nich nie słyszało, jak drzwi do mieszkania Neuwirtha otworzyły się niespodziewanie i stanął w nich policjant, który właśnie pełnił swoją wartę przed budynkiem. Widok, który zastał na kanapie, z pewnością daleko odbiegał od tego, czego młody mężczyzna mógł się spodziewać toteż stanął jak wryty wypuszczając solidną latarkę z ręki, która potoczyła się po panelach aż do komody. Felix natychmiast oderwał się od chłopaka mając ogromne wyrzuty sumienia. Z chwilą gdy chłopak wybiegł z mieszkania nawet nie zamykając za sobą drzwi wiedział już, że niezwłocznie poinformuje o tym jego przełożonego i czekają go bardzo poważne konsekwencje. Ale nie to martwiło go najbardziej. Tom wstał z kanapy łapiąc się za głowę. Felix wiedział, że za żadne skarby nie powinien dopuścić do takiej sytuacji i nie miał absolutnie nic na swoją obronę.
-Tom, przepraszam, wiem, że to nie tak powinno wyglądać, ja...
-Felix... co teraz będzie?
-Zapewne stracę odznakę i czeka mnie proces i...
-Proces?
-Jako funkcjonariusz publiczny nadużyłem swoich praw i zawiodłem nadzieję, jakie pokładał we mnie komendant główny... A jeśli wciąż będziemy ze sobą nie mogę im przecież wyjaśniać, że to był jeden nic nie znaczący raz, prawda? Wszystko stracone, cholera jasna!
Felix nie był w stanie zapanować nad furią jaka go opanowała, zrzucił stos gazet ze stołu krzycząc i klnąc jak jeszcze nigdy wcześniej. Tom cofnął się w stronę ściany nie widząc już tego samego człowieka, w którym się zakochał.
-Śmiało idź i im to powiedz. Skoro chluba policjanta jest ważniejsza niż ja- wyminął go z oczami pełnymi łez i zamknął się w swoim pokoju nie chcąc już nic o nim słyszeć.
Leżał godzinami płacząc i użalając się nad samym sobą. Nie miał już siły udawać, że to wszystko nie ma dla niego żadnego znaczenia.
-Idź sobie, powiedziałem, że nie chcę Cię znać!- nie miał już ochoty udawać miłego po raz kolejny słysząc pukanie do drzwi.
-To ja...- drzwi otworzyły się i stanął w nich nie kto inny jak Rene- Dzwonił do mnie komendant,Tom co... co tutaj się stało?
Thomas po raz kolejny wybuchnął płaczem, a kompletnie zdezorientowany i zmartwiony Rene natychmiast podszedł do niego przytulając z całych sił
-Boże, gdybym tylko wiedział, że tak to się skończy...
-Rene, ja naprawdę go kocham, rozumiesz? Naprawdę- rozpłakał się jeszcze mocniej
-To dlaczego... dlaczego pozwoliłeś mu odejść? Jego kariera i tak już jest skończona, odchodząc wcale mu nie pomożesz...
-Bo on wolał ją ratować. A zaczynałem już wierzyć, że... Że to wszystko to coś wyjątkowego. Tak bardzo bałem się kochać, a on tak bardzo starał się o mnie, tak bardzo walczył... Jak ja mogłem dać się tak okropnie oszukać i wykorzystać?
Rene spojrzał na jego pełne łez oczy zupełnie pozbawione tego blasku, który widział od kilku dni. Teraz, gdy już znał powód tego wyjątkowo dobrego nastroju Toma i zaczął mieć w końcu nadzieję, że wszystko zacznie się układać jeszcze ciężej było mu znaleźć słowa pocieszenia. Dlatego przytulił go jak najmocniej tylko potrafił i starał się jakoś uspokoić. Głaskał go po głowie jak małe dziecko, które rozbiło sobie kolano i zniszczyło ulubione rolki, chociaż sprawa w rzeczywistości była o wiele poważniejsza. W końcu chłopak zmęczony płaczem i ciągłym rozmyślaniem nad tym, co zaszło zasnął wtulony w poduszkę. Rene przykrył go kocem i po cichu zszedł do kuchni robiąc sobie kawę. Doskonale wiedział, że nie może zostawić go samego dlatego zatelefonował do małżonki informując ją, o tym, że dzisiejszej nocy nie wróci do domu.
Traktował Toma jak syna, może dlatego, że sam nie miał dzieci. Znał go od kilku lat, ale przez ten czas obserwował jak bardzo się zmienia i dojrzewa. Od początku zafascynował go ten młody chłopak mający tak wiele pomysłów i nie bojący się niczego. Poznawał go i przy okazji siebie samego ucząc się tak wielu rzeczy o życiu. Mógł brać z niego przykład, bo naprawdę Tom był tego godny. Jednak ten zawsze darzył go ogromnym szacunkiem. Cenił sobie jego zdanie i rady i słuchał się jak rodzonego ojca. Wiedział, że może mu zaufać i może na niego liczyć, bo w przeciwieństwie do prawdziwych rodziców Rene nie okrzyczałby go i nie zakazał zrobić czegoś. Jednak po tym wszystkim, co spotkało Toma Berto dłuższy czas nie mógł sobie wybaczyć, że właśnie ten jeden raz nie zaufał swojej intuicji i nie zabronił mu wyjść ze studia wcześniej. Przez te dwa dni, gdy nie było nawet wiadomo, gdzie on jest i czy w ogóle jest żywy Rene nie mógł spać, jeść, ani nawet oddychać. Obiecywał przecież jego rodzinie, że nic mu się nie stanie. I chociaż nie był w żaden sposób odpowiedzialny za to, co go spotkało czuł, że było coś, co mógł zrobić, aby temu zapobiec. Dlatego po tym okropnym wydarzeniu nie spuszczał Toma ani na krok widząc jak z dnia na dzień staje się cieniem siebie. Pojawienie się Felixa bardzo go zmieniło, a Rene od razu zauważył, że chłopak cały czas się uśmiecha i chociaż nie domyślał się, że tę dwójkę łączy coś więcej niż przyjaźń, to był naprawdę wdzięczny za serce, które Felix wkłada w swoją pracę. Teraz sam już nie wiedział, co ma doradzić Thomasowi.
Chłopak powoli schodził po schodach wciąż cierpiąc po wydarzeniach wczorajszego wieczora. Stanął niemalże jak wryty, gdy w swoim salonie ujrzał siedzącego na kanapie Felixa- zupełnie tak jakby nic się nie stało. Spojrzał wymownie na opartego o ścianę Rene, lecz ten nie odezwał się ani słowem idąc w stronę korytarza.
-Sądzę, że powinniście ze sobą szczerze i poważnie porozmawiać- odezwał się w końcu zakładając kurtkę i wychodząc z mieszkania.
-Możesz mi do jasnej cholery powiedzieć, co ty robisz w moim mieszkaniu? Komendant nie przyjął bajki o jednorazowym wybryku i postanowiłeś znaleźć sobie nagrodę pocieszenia? Uprzedzę cię- ja nią nie będę.
-Nie, Tom. Byłem u komendanta i powiedziałem mu wszystko, jak na spowiedzi.
-Świetnie. Mam ci pogratulować może jeszcze?
-Tom, ja wiem, że zachowałem się jak idiota, ale ja też mam prawo czasami spanikować. Bałem się, tak samo jak ty bałeś się mi zaufać. Nigdy nie powiedziałem, że moja praca jest najważniejsza, ale nigdy nie zaprzeczyłem też jakoby nie liczyła się dla mnie w ogóle. I wiesz co? Komendant wylał mnie na zbity pysk, a minutę później spytał czemu jeszcze nie biegnę o ciebie zawalczyć. I wtedy właśnie zrozumiałem, że byłem zwykłym tchórzem. Ale każdy ma prawo czasem się bać, prawda?
-Tak, ale...
-Wiesz dlaczego tutaj przyszedłem?- przerwał mu bezpardonowo- Bo kocham cię jak idiota i mogę nawet sprzątać ulice bylebyś ty był obok mnie. Bo liczysz się tylko ty- podszedł bliżej całując go namiętnie jak jeszcze nigdy wcześniej.
Sam był zaskoczony swoim zachowaniem, bo nawet jeśli jako policjant był odważny i nie bał się niczego, to w życiu prywatnym bardzo często nie umiał w sobie tej odwagi znaleźć. To desperackie zachowanie jeszcze mocniej utkwiło go w przekonaniu, że na nikim w życiu nie zależało mu tak jak właśnie na Thomasie. Doskonale czuł szybkie bicie jego serca i dreszcze przechodzące po całym ciele. Bo mógł sobie wmawiać co chce, jednak Felix doskonale wiedział, że żaden człowiek nie zareagowałby w taki sposób na pocałunek kompletnie obojętnej mu osoby. Neuwirth nie umiał już dłużej udawać przed nim i przed samym sobą, że nic się nie dzieję. Mijały kolejne sekundy, a żaden z nich nie przerwał tego pocałunku. Z czasem ręka Toma błądząca po koszuli Felixa natrafiła na jego guziki chaotycznie odpinając każdy z nich ani na sekundę nie przerywając coraz to bardziej namiętnych pocałunków. Idealnie ze sobą współgrali każdym, nawet najdrobniejszym ruchem. Wiele osób w takiej sytuacji oddaje się swojemu pożądaniu nie do końca zastanawiając się, co będzie jutro. W ich przypadku zdecydowanie tak nie było. Chociaż wielu mogłoby to uznać za stanowczo za duży pośpiech i za daleki krok jak na początek znajomości oni wiedzieli, że nie jest to przygoda na jedną noc. Zdecydowanie nie jest...
Tom otworzył leniwie oczy wyciągając się w łóżku. Ciepła ręka Felixa obejmowała go czule w pasie uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch, którego jej właściciel by nie poczuł. Tom odwrócił się w jego stronę podpierając się na łokciu i delikatnie dotknął ręką jego rozgrzany policzek przygryzając wargę.
-Stało się coś?-spytał znienacka otwierając oczy w głębi duszy czując obawę, że Tom uzna tę noc za błąd- Tom..?- powtórzył zmartwiony długim milczeniem szatyna
-Znaczy... Bo chcę żebyś wiedział, że ja nigdy tak nie robię. Nigdy, a wczoraj po prostu...
-...wczoraj stało się coś czego teraz żałujesz?- starał się jak mógł aby jego głos brzmiał całkowicie naturalnie, ale z każdą chwilą coraz trudniej było mu to ukrywać.
-Nie żałuję tego, co stało się między nami. Trochę nie nadążam za własnymi uczuciami, ale wiem, że wczorajsza noc była cudowna... Nie chcę po prostu abyś uznał mnie za takiego, co szuka szybkiego pocieszenia w łóżku z pierwszą lepszą osobą... Bo gdybyś był mi obojętny to nigdy, przenigdy wczorajszy wieczór nie skończyłby się tak, jak się skończył...
-Wiem- powiedział cicho subtelnie całując jego lekko drżące usta. Wiedział jak ciężkie było wypowiedzenie tych słów dla chłopaka i jedyne czego pragnął, to uświadomić mu, że nie ma czego się bać- Tom, ja wiem, że ciężko będzie sprawić, abyś zaczął na nowo mi w pełni ufać i wybaczył mi tę straszną głupotę, ale... Ja będę czekał tak długo jak będzie to konieczne...
-Na co?
-Na ciebie- odpowiedział ani na sekundę nie odrywając się od tych cudnych czekoladowych tęczówek, których właściciel całkowicie namieszał w jego sercu i w całym życiu.
-Już mnie masz... -kolejny namiętny pocałunek, którym obdarzył go chłopak jeszcze bardziej utwierdził go w przekonaniu, że jego słowa są jak najbardziej prawdziwe.
-Pójdę przygotować jakieś śniadanie, dobrze skarbie?
Tom uśmiechnął się delikatnie kiwając głową czując jak jego policzki z każdą kolejną chwilą coraz bardziej się rumienią jak u nastolatki przeżywającą swoją pierwszą, i jak wówczas jej się wydaje, jedyną miłość. Chociaż może w ich przypadku właśnie tak będzie?

KOOOOOOOONIEC♥
resztę możecie dopisać sobie sami ;) 
Możecie podzielić się pomysłami w komentarzach :D




środa, 24 czerwca 2015

Bezpieczny ♥

Wiedeń powoli budziły pierwsze promienie wiosennego słońca. Po ulicach leniwie przewijały się kolejne samochody, których skądinąd z każdym kwadransem pojawiało się coraz więcej i więcej. Ludzie wychodzili na ulice chcąc nacieszyć się wolną sobotą i wyjątkowo piękną jak na koniec marca pogodę. Thomas westchnął ciężko odchodząc od kuchennego okna. Sięgnął po czajnik nalewając sobie kolejną już kawę co rzecz jasna nie uszło uwadze jego menadżera, który rzucił mu bardzo znaczące, surowe, a zarazem przepełnione ojcowską wręcz troską spojrzenie. Chłopak przewrócił oczyma w głębi duszy dobrze wiedząc, że Rene ma rację, lecz był zbyt uparty aby to przyznać. Poza tym, wciąż był na niego zły.
-Jakbym wyszedł na krótki spacer w słońcu to od razu bym się obudził- burknął przechodząc obok niego i rozkładając się na fioletowej sofie.
-Tom...- upomniał go Berto. Doskonale zdawał sobie sprawę, że chłopak najzwyczajniej w świecie droczy się z nim i chce mu zrobić na złość. Przecież nigdy nie lubił chodzić na spacery- Rozmawialiśmy już o tym, wielokrotnie... Przez kilka dni musisz po prostu zostać w domu.... Nikt nie chce ci zrobić na złość, Tom- dodał już łagodniej siadając na skrawku kanapy i delikatnie odgarniając kosmyk czarnych włosów z jego twarzy.
Neuwirth zachowywał się prawdę mówiąc jak dziecko, które boczy się na rodziców za to, że nie pozwalają mu wieczorem wychodzić samemu z domu. A przecież wszystko to, co robią, robią tylko i wyłącznie dla jego dobra. I nie robią tego bez przyczyny. Rene, który już przecież jest prawie na półmetku stulecia nie ma własnych dzieci. Może właśnie dlatego o swojego podopiecznego troszczy się podwójnie- jako jego menadżer i drugi ojciec. Pamięta przecież jak podczas wrześniowej wizyty w rodzinnym mieście Thomasa obiecywał jego rodzicom, że gdziekolwiek ich syn uda się „służbowo” on będzie miał na niego oko i nie pozwoli aby cokolwiek złego mu się stało. I chociaż tak naprawdę wtedy nie miał żadnych poważniejszych powodów, aby uspokajać państwa Neuwirth rozumiał ich troskę po tych wszystkich okropieństwach, które wyczytali w internecie jak i również w listach do nich samych zaadresowanych. Rene wielokrotnie przekonywał ich, że to tylko głupie pogróżki i tych ludzi nie stać nawet na bezpośrednią konfrontację z Conchitą, a co dopiero na zrobienie jej krzywdy. Tym bardziej wiedział, że musi teraz poświęcać Thomasowi więcej czasu i uwagi, bo chłopak nie do końca zdaje sobie sprawę, że teraz nie ma w tym nic śmiesznego.
I chociaż był w pełni świadomy tego, że jest on uparty i nie ma mowy aby w jakikolwiek sposób go do tego przekonać po kilku godzinach monotonnego naciskania w końcu zgodzi się. Choćby i nawet wyłącznie dla świętego spokoju. Ale zgodzi się. Dlatego gdy już uzyskał pozytywną odpowiedź wychodząc z mieszkania Neuwirtha mógł czuć się o wiele spokojniejszy. Natychmiast poradził chłopakowi zamknięcie drzwi i położenie się do łóżka grożąc przy tym palcem, że on to wszystko potem sprawdzi. Tom zaśmiał się tylko pod nosem potulnie mu potakując. Leniwie wyjrzał przez okno obserwując odjeżdżające auto Berto po czym usiadł przy stole sam nie wiedząc, co ma ze sobą zrobić.
Słysząc pukanie podszedł do drzwi biorąc głęboki wdech. Przez chwilę zawahał się czy nie zaszyć się gdzieś w pokoju a następnie udać przed Rene, że nie słyszał żadnego dzwonka, ale... Doskonale wiedział, że to by tylko pogorszyło całą tą sprawę. Szybkim ruchem nacisnął klamkę otwierając drzwi jakby bojąc się tego, co zastanie po drugiej stronie. Ku jego zdziwieniu stał przed nim młody szatyn, który z pewnością nie mógł być wiele starszy od niego. Uśmiechał się do niego delikatnie sprawiając wrażenie bardziej jakby przyszedł tutaj w sprawach osobistych niż zawodowych. Tom przez chwilę poczuł lekkie wątpliwości czy aby na pewno stojący przed nim chłopak jest tym zapowiadanym przez jego menadżera.
-Dzień dobry, młodszy sierżant Felix Muller..
Tom ocknął się w końcu odsuwając się nieco na bok zapraszając mężczyznę do siebie. Bacznie obserwował każdy jego ruch, sam nie do końca wiedząc czemu. Przypatrywał mu się jak rzadkiemu zjawisku, którego nie potrafił pojąć zupełnie tak, jakby sposób w jaki ściąga i odwiesza swój płaszcz był w stanie opowiedzieć mu jakim tak naprawdę jest człowiekiem. Z uśmiechem na ustach zaprosił „gościa” do salonu częstując go domowymi ciasteczkami i gorącą kawą. I chociaż z początku bardzo się temu całemu pomysłowi sprzeciwiał teraz czuł nie do końca wyjaśnioną potrzebę zrobienia dobrego pierwszego wrażenia. Bo przecież skoro mają ze sobą spędzać 24 godziny na dobę to powinni się jakoś dogadywać, prawda?
Thomas starając się i siląc na zbędne uprzejmości nie miał nawet pojęcia jak bardzo tym spotkaniem podekscytowany jest Felix. Bo chociaż nikomu nie mówił to cholernie fascynowała go postać Conchity od pierwszej chwili, w której ją ujrzał. Czuł się jak napalona nastolatka, która po latach ubóstwiania swego bożyszcza w końcu ma okazję stanąć z nim oko w oko.

-Wiesz Tom...- zaczął niepewnie stawiając kubek świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego robiąc krótką pauzę jakby sam zastanawiał się, co tak naprawdę chce powiedzieć, jak ma to powiedzieć i czy to w ogóle ma jakiś sens- Tak sobie myślałem, że spacer by nam chyba dobrze zrobił, nie sądzisz?- po kilkunastu dniach siedzenia w domu i poznawania siebie nawzajem Felix zaczynał już rozumieć Toma.
Chłopak zdziwiony tym, co właśnie usłyszał oderwał wzrok od niczym się nie wyróżniającej w swej budowie i wyglądzie szklanki delikatnie zerkając na autora tych słów. Początkowo sam nie wiedział, co ma w takiej sytuacji odpowiedzieć, bo chociaż rachunek "za" i "przeciw" wypada bardzo niekorzystnie, to wie, że nie ma nic lepszego dla niego w tej chwili jak wyrwać się z tych czterech ścian choćby i na godzinę.
Felix uśmiechnął się delikatnie czując, że dobrze wie, jaka będzie odpowiedź Thomasa. I chociaż może nie powinien tego robić, to czuł w głębi serca, że musi, sam nie do końca wiedząc czemu. Ta niewyjaśniona potrzeba troszczenia i opiekowania się Tomem była silniejsza niż cokolwiek innego-nawet rozsądek. Felix doskonale zdawał sobie sprawę, że Tom źle czuje się zamknięty w czterech ścianach odseparowany od wszystkich i wszystkiego. Wiedział, że to krótkie wyjście może i nie ma aż tak cudownej i uzdrowicielskiej mocy, ale chciał chociaż spróbować. Chwila pozornej wciąż wolności na świeżym powietrzu, to jedyne, co może mu dać skoro ten odrzuca jego pomoc. Gdzieś tam jednak czuł, że może jakimś sposobem uda mu się zyskać jego zaufanie i wydusi z siebie to, co od kilku dni go gryzie. Chociaż nie umiał do końca tego wytłumaczyć miał w sobie takie coś, że gdy widział albo czuł, że kogoś bliskiego coś trapi czy gryzie nie umiał zachowywać się w stosunku do tego obojętnie. Sam nie wiedział czemu, ale od pierwszej chwili, kiedy go spotkał poczuł niewyjaśnioną i z pewnej perspektywy wręcz intrygującą więź. Chociaż z początku lekko nią i całą osobą Thomasa był lekko przerażony przez co rozmowa zupełnie się nie kleiła, szybko jednak przekonał się, że naprawdę bardzo wiele mają ze sobą wspólnego. Prawdę mówiąc powinien sam na siebie być zły za to, że tak szybko przywiązuje się do osób. Zwłaszcza, że jest w pracy i jego zadaniem jest chronić, aby żaden podejrzany typ nie ważył się nawet tknąć go palcem. Tom przy bliższym poznaniu jest naprawdę bardzo miłym, inteligentnym i zabawnym chłopakiem. Lecz Felix w pełni rozumiał jego początkowy lęk i niechęć. Zapewne facet, który podstępem porwał go i omalże nie poderżnął mu gardła z początku również wydawał się miły i otwarty. I chociaż brunet skrupulatnie starał się sprawiać wrażenie niezbyt wzruszonego całym tym zajściem, Felix od razu wszystkiego się domyślił. Nie do końca rozumiał tylko dlaczego udaje silniejszego, niż jest. Przecież to nie żaden wstyd, a stwierdzenie wprost, że najzwyczajniej w świecie się boi jest jak najbardziej zrozumiałe i naturalne wręcz. Jednak wciąż Tom pozostawał dla niego wielką zagadką do rozwikłania...
Tom na chwilę zatrzymał się przed drzwiami wyjściowymi jakby bojąc się nie tyle tego, co czeka go za nimi, ale samym faktem, że już za chwilę znajdzie się za nimi. To pewnego rodzaju paraliżujące podekscytowanie zmieszane z lekką dozą strachu ogarnęło całe jego ciało. Nie był w stanie ruszyć się nawet o milimetr ani wydobyć z siebie choćby pół słówka, co nie uszło uwadze jego towarzysza. Felix przez chwilę zawahał się chcąc coś powiedzieć lecz w porę ugryzł się w język. Stał tuż za nim gotowy na każdy jego ruch. Gotowy aby w każdej chwili pójść za nim, gotowy w każdej chwili gdy ten odwróci się chcąc uciec przytulić go z całych sił i nie wypuszczać ze swoich ramion dopóki chłopak się nie uspokoi. Thomas po chwili odwrócił się w stronę szatyna spoglądając na niego pytającym wzrokiem zupełnie jakby w twarzy chłopaka mógł znaleźć odpowiedź na dręczące go pytania. Po chwili jednak uśmiechnął się po raz pierwszy od kilku dni i pewnym ruchem nacisnął klamkę pchając metalowe drzwi. W jednej chwili podmuch delikatnego wiosennego wietrzyku sprawił, że Neuwirth znowu poczuł się beztrosko i szczęśliwie. Widząc to na twarzy Felixa pojawił się mimowolny delikatny uśmiech.
-Idziesz?- odwrócił się Tom wciąż z promienistym uśmiechem i szczęściem wręcz epatującym z twarzy.
Przeszli na drugą stronę ulicy kierując się uliczkami, o których Felix wcześniej nawet nie miał pojęcia. Pochodził z zupełnie innego dystryktu tak więc podążał tuż za brunetem zgodnie z jego zadaniem nie odstępując go nawet na krok, ale również w obawie, że zagubi się w tych krętych i bardzo do siebie podobnych wiedeńskich uliczkach. Nagle Tom stanął jak wryty na widok dwóch mężczyzn rozmawiających w pobliżu małej kawiarenki. Felix nie zdążył nawet zapytać się, o co chodzi gdy chłopak wybuchając płaczem odwrócił się i pobiegł. Przerażony brunet od razu rzucił się za nim bojąc się go zgubić z oczu chociaż na chwilę. Bezskutecznie wołał go prosząc aby się zatrzymał, bo chłopak nie zatrzymał się nawet przed drzwiami swojego budynku mieszkalnego.
Felix niedbale zatrzaskując drzwi pobiegł za Thomasem. Wpadł do mieszkania bez słowa przyciągając go do siebie i tuląc mocno, na co chłopak jeszcze mocniej się rozpłakał. Był kompletnie zdezorientowany zachowaniem chłopaka, jeszcze nigdy nie widział go w takim stanie i nie miał bladego pojęcia, co zrobić. Więc robił to, co mógł- przytulał go mocno i szeptał słowa pocieszenia głaskając po głowie jak troskliwy ojciec, albo starszy brat. Powtarzał, że wszystko jest w porządku, że już jest bezpieczny i nigdy nie pozwoli, aby taka sytuacja się powtórzyła. I nie były to tylko puste słowa...
-Tom, nie płacz już. Nie pozwolę, aby ktoś Cię skrzywdził... Nigdy- powiedział zerkając na chłopaka, po czym nachylił się całując go subtelnie. Przez mniej niż ułamek sekundy zawstydził się tym, co zrobił, ale gdy tylko ich usta po raz pierwszy się spotkały poczuł przyjemne dreszcze na całym ciele. To jedno z tych uczuć, którego za żadne skarby nie da się opisać, a nawet jeśli komuś uda się znaleźć na to cudowne określenia to nigdy nie będą one równie cudowne, co to właśnie uczucie. Zawahał się bojąc się, że Tom go odepchnie i skrytykuje za brak profesjonalizmu, ale gdy tylko pogłębił pocałunek, wszystkie czarne myśli odpłynęły w niepamięć. Czuł rozpierające go od zewnątrz szczęście i radość. I choć wydawać by się mogło, że to jeszcze za mało, żeby nazwać to właśnie uczucie miłością, to Felix doskonale czuł, że z każdym kolejnym dniem zakochiwał się w nim coraz bardziej. I nic nie mogło tego zmienić. Delikatnie przejechał ręką po policzku Toma, na co ten wydał z siebie cichy pomruk zarzucając mu ręce na szyję. Było idealnie.
Po chwili chłopak niespodziewanie przerwał pocałunek i nawet na sekundę nie spoglądając w oczy Felixa odwrócił się szybkim krokiem kierując się w stronę sypialni i jednym ruchem zamykając drzwi wybuchając płaczem, czego niestety Felix nie mógł już zobaczyć. Stał wbity w ziemię nie wiedząc czy biec za nim, czy dać czas na przemyślenie tego wszystkiego. Chociaż szczerze mówiąc to nie miał żadnych podstaw domniemania, że jest w ogóle nad czym myśleć. Bo to on go pocałował, nie na odwrót. I chociaż powtarzał sobie, że tak właśnie należy myśleć, wciąż gdzieś w podświadomości kryła się nadzieja. Bo to, że go nie odepchnął, zbluzgał czy spoliczkował o czymś świadczy, prawda..?
Każdy kolejny dzień był coraz bardziej niezręczny zarówno dla Toma jak i dla Felixa. Kontakty między nimi ograniczały się czasami jedynie do wspólnego posiłku, a czasem nawet Felix musiał zaglądać kilka razy dziennie do pokoju Toma, gdyż ten cały dzień się z niego nie wychylał. Felixowi trudno było zrozumieć zachowanie chłopaka, które z początku interpretował jako ucieczkę od szczerej rozmowy i jej konsekwencji. Jednak zdawało mu się, że z każdą kolejną godziną jego nadzieje na cokolwiek więcej między nimi coraz bardziej odbiegały w strefę marzeń dla idiotów. Bo chociaż odpierał od siebie to stwierdzenie ile tylko mógł, to chyba naprawdę pokochał tego chłopaka całym sercem.
-Tom, mogę ci zająć chwilę?
W końcu wydusił z siebie coś, na co tak długo zbierał siłę i odwagę. Wiedział, że nie zniesie kolejnej godziny gdybań i rozmyślań pod tytułem „A co jeśli..?”. Chciał po prostu jasno wiedzieć, na czym stoi. Nawet jeśli miał przeczucie, że nie do końca jest przygotowany na każdą możliwą odpowiedź. Adresat tego pytania zawahał się przez chwilę czując jednak, że nie wypada mu przecież powiedzieć "nie". Doskonale zdawał sobie sprawę, o czym będzie chciał z nim porozmawiać Felix i właśnie tej rozmowy najbardziej się bał.
-Zapewne domyślasz się, o co chodzi- zaczął wyczytując Neuwirthowi z myśli- ale już po prostu dłużej tak nie mogę...
-Tak więc po prostu zapomnijmy o tym, co się stało. Ja byłem roztrzęsiony, ty desperacko chciałeś mi pomóc no i... stało się...
-Nie, Tom. Nie pocałowałbym cię z byle powodu, a ty z byle powodu nie oddawałbyś moich pocałunków... Nie wmówisz mi, że między nami kompletnie nic się nie dzieje.
-Chryste, odwracasz kota ogonem. Chwila słabości jeszcze nic nie znaczy.
-A więc dla ciebie była to chwila słabości?
-...sądzę, iż można tak to nazwać.
-Sądzisz? Thomas, czy ty w ogóle słyszysz jak absurdalnie to brzmi?
-Dla ciebie może to być i absurdalne, ale to prawda.
-Prawdą jest to, że tamten pocałunek nic dla ciebie nie znaczył..?
-Owszem.
-... i żaden kolejny tego nie zmieni?
-...owszem- odpowiedział już ze znacznie mniejszą pewnością w głosie, obawiając się tego, co tym razem strzeli mu do głowy.

-Świetnie- mruknął w jednej chwili podchodząc do Thomasa i całując go namiętnie przyciskając do ściany.


***
że tak powiem.... ciąg dalszy nastąpi xD 

A każdego, kto chociaż odrobinę zainteresowany poproszę o jakiś komentarz ;) 

środa, 24 grudnia 2014

Epilog, bo wszystko musi mieć jakiś koniec.

Obudziły mnie promienie popołudniowego słońca. Leniwym krokiem podszedłem do okna tarasowego i otworzyłem je na oścież. Rozsiadłem się w miękkim fotelu i przymykając oczy odpłynąłem myślami do czasów, gdzie było tak kolorowo i beztrosko. Pamiętam dokładnie każdą chwilę spędzoną z Matthiasem, każdy jego pocałunek, każde czułe słowo… Na moje usta wkradł się lekki uśmiech na wspomnienie tamtych dni lecz zimny podmuch wiatru natychmiast sprowadził mnie na Ziemię przypominając tym samym to, co stało się prawie rok temu…
Nawet po tak długim czasie samo wspomnienie feralnego wieczora przywołuje żal i smutek. Wiele godzin rozmyślałem nad tym ale wciąż nie jestem w stanie pojąć dlaczego ten człowiek tak postąpił i co nim kierowało? Czy to była moja wina? Czy zraniłem go w jakiś sposób?
Skąd u ludzi bierze się ta nienawiść i obrzydzenie do inności? Dlaczego pomiędzy słowami „inny” a „gorszy” tak wiele z nas stawia znak równości? Czy to wynik tego, że nie rozumiemy, czy że nie chcemy zrozumieć? A może po prostu wolimy siedzieć cicho i nie wychodzić przed szereg? Może Ci, co rozumieją boją się, że zostaną potraktowani tak samo jak ci „odmieńcy”?
Dla mnie to po prostu nieludzkie, że tak wiele milczy gdy tylu osobom dzieje się krzywda… Niestety musiało dojść do tragedii, żeby ludzie otworzyli oczy. O tym postrzale na Gali Life Ball mówiono we wszystkich austriackich i zagranicznych mediach. W wielu przypadkach przerwano transmitowane programy, aby przekazać tą informację. Nie tylko Wiedeń był wstrząśnięty- wstrząśnięta była cała Austria, cała Europa. Cały świat…
Żyłem sądząc, że takie coś nigdy mi się nie przydarzy. Sądziłem, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach i kompletnie nie doceniałem tego, co miałem. Żyłem tak, jakby świat miał się nigdy nie skończyć i przyzwyczaiłem się do miłości Matta tak bardzo, że stało się to dla mnie jak chleb powszedni. A przecież nie każdego spotyka tak wielkie szczęście i tak silna, prawdziwa miłość. Nie doceniałem go i nie poświęcałem mu tyle czasu, ile bym mógł. I chociaż staram się dziękować za każdą minutę spędzoną z nim nie sposób się odgonić od myśli, że tak wiele ich straciliśmy. . .
Każdego dnia cierpiałem tęskniąc za nim coraz bardziej. Brakowało mi jego pocałunków, jego „kocham cię”, brakowało mi tak naprawdę wszystkiego. Nawet tych naszych kłótni o nic, które zawsze szybko się kończyły, o żaden z nas nie umiał długo wytrzymać obrażony na drugiego. Więc jak ja miałem wytrzymać bez niego?
Jak mogłem wstawać z tego łóżka, w którym prawie każdego wieczora zasypiałem wtulony w niego i w którym codziennie budziłem się widząc uśmiech na jego twarzy? Jak mogłem siadać do stołu, przy którym razem się wygłupialiśmy, przy którym prowadziliśmy tak ważne rozmowy? Jak mogłem wchodzić do biura, gdy wciąż w każdym najdrobniejszym szczególe pamiętałem ten magiczny moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałem „kocham cię” z jego ust?
Powtarzałem sobie, że muszę być silny, że nie mogę się załamywać i użalać. Że gdyby Matthias zobaczył mnie w takim stanie najpewniej podszedłby i strzelił mi mocno w twarz i miałby co do tego pełne prawo. Bo staczałem się, naprawdę się staczałem.
Czasami w nocy zaczynałem nawet płakać z bezsilności i tęsknoty, mimo że wiedziałem że to nie pomoże już ani mu, ani tym bardziej mnie. Ludziom zdaję się, że łatwo jest tak żyć bez ukochanej osoby, ale tak wcale nie jest. Nawet jeśli na początku myślisz, że trzymasz się świetnie,to prędzej czy później to cię dopadnie. . Tygodniami obwiniałem się za to, co się stało. Bo przecież to jest wszystko moja wina. Może gdyby nie ten jeden cholerny wieczór dalej bylibyśmy szczęśliwi razem? A może. . . Może dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak bardzo go kocham?
Przymknąłem oczy nie próbując w żaden sposób powstrzymać łez. Pierwszy raz od tygodni byłem w naszym mieszkaniu i czułem się tutaj cholernie źle. Bo nie było tu jego. . .
Umierałem. Usychałem każdego kolejnego dnia bez niego. I nie byłem pewien co bym ze sobą zrobił gdyby nie wciąż te resztki nadziei, że jutrzejszy dzień może być trochę lepszy od dzisiejszego
-Tak słucham. . . Tak, przy telefonie. . . A co się stało. . ? Boże, dziękuję za telefon, już jadę!
Wybiegłem z domu nawet się nie przebierając. Odpaliłem szybko auto łamiąc po drodze wszystkie możliwe przepisy drogowe.
Jechałem jak szalony wymijając pod prąd i kompletnie ignorując czerwone światła w głowie mając tylko jedną myśl. To naprawdę cud, że swoim szarżowaniem za kierownicą nie spowodowałem żadnego wypadku. Nawet nie wiedziałem, że jestem w stanie tak dobrze prowadzić autem przy takiej prędkości. . . Zahamowałem z piskiem opon pod szpitalem omal nie kasując stojącego opok Opla. Wbiegłem do budynku i nawet nie czekając na windę rzuciłem się do klatki schodowej.
-Gdzie on jest?
Pielęgniarka spojrzała na mnie jak na jakiegoś szaleńca. Uśmiechnęła się niewyraźnie podchodząc do lekarza i mówiąc mu coś pokazując na mnie. Ten podziękował jej i nie mówiąc nic pokazał ręką że mam iść za nim. Miałem wrażenie jakby serce miało mi za chwilę podejść do gardła. Rozglądałem się nerwowo patrząc na sale, które mijaliśmy. W końcu otworzył drzwi po lewej stronie korytarza. Przez chwilę stałem w letargu próbując jakoś ogarnąć myślami wszystko, co się teraz dzieje. Spojrzałem jeszcze raz na lekarza pewnym krokiem wchodząc do sali.
-Matthias. . .- wyszeptałem nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Leżał w tej białej pościeli przypiętych do tych wszystkich rurek i innych aparatur. Leżał patrząc na mnie słabym wzrokiem delikatnie się uśmiechając. Chociaż bardzo chciałem, żeby się wybudził z każdym kolejnym dniem nadzieje na to, że jeszcze kiedykolwiek będę mógł spojrzeć w te piękne ciemnoniebieskie oczy malały. Lekarze nie potrafili odpowiedzieć na żadne z moich pytań i kazali mi być przygotowanym na wszystkie, nawet najgorsze, możliwości. A myśl, że go stracę zabijała mnie. Gdybym on umarł. . . ja nie miałbym po co żyć.
Podbiegłem do niego i wprost rzuciłem się na jego łóżko przytulając go do siebie. Ponownie powtórzyłem jego imię wybuchając płaczem. Nie sposób nawet opisać jak
-Aż tak się za mną stęskniłeś?- spytał próbując jakoś zażartować, ale chyba nie był świadomy jak długo czekałem na tą chwilę.
-Matthias, byłeś w śpiączce 1 rok 3 miesiące 9 dni i 7 godzin- powiedziałem na chwilę odsuwając się od niego, aby móc spojrzeć w jego oczy- Nawet nie wiesz jak mi ciebie brakowało. Już myślałem, że straciłem cię na zawsze- wyszeptałem delikatnie go całując. Jeszcze nigdy w życiu tak delikatny pocałunek nie spowodował takich dreszczy i tak szybkiego bicia serca. Nie liczyło się kompletnie nic. Ani lekarze w pokoju, ani ludzie na korytarzu, ani tłumy dziennikarzy na zewnątrz. W tej chwili myślałem tylko o nim.
-Kocham cię. Kocham cię najmocniej na świecie- ponownie wtuliłem się niego nie mogąc już powstrzymać łez.
Powtarzałem mu to za każdym razem, kiedy do niego przychodziłem. Brałem go za rękę i po prostu do niego mówiłem. O wszystkim i o niczym. Mówiłem o wszystkim, co działo się w moim życiu. O każdej nowej piosence napisanej dla niego, o każdej sprzeczce z Nicole i o tym, jak bardzo mi go brakuje. Płakałem błagając, aby mnie nie zostawiał wiedząc, że bez niego jestem słaby, samotny i nie mam po co żyć. On dodaje mi otuchy i nadziei i pozwala w każdej drobnostce zauważyć piękno i źródło szczęścia. Bez niego nic nie miałoby sensu. . .

Po tygodniu mogłem w końcu wrócić z nim do domu. Nie chciałem myśleć o tym ile czasu nam zostało, po prostu nie chciałem. Chociaż musiałem być przygotowanym na każdą okoliczność, wolałem korzystać z każdego dnia, tak jakby miał był to ten ostatni. Bo przecież de facto tak mogło być. . .
-Siadaj sobie spokojnie, a ja zaraz zrobię ci coś do zjedzenia. . .- powiedziałem rzucając torby na podłogę sypialni. Tak bardzo cieszyłem się, że w końcu jest znowu ze mną w domu i znowu mam go obok siebie- To co byś zjadł?
Matthias siedział jakby w zamyśleniu kompletnie ignorując moje pytanie. Od kiedy wyszliśmy ze szpitala zauważyłem, że nie jest tak samo jak dawniej. Siedział cały czas przygnębiony uśmiechając się niewyraźnie od czasu do czasu. A ja zaczynałem się już poważnie martwić, czy na pewno wszystko jest w porządku. . . Naturalne jest to, że może się czuć lekko zagubiony w całej tej sytuacji. Nie chciałem w niczym go naciskać i starałem się być jak najdelikatniejszy. Dlatego nie rozumiałem, czy to ja robię coś źle, czy on po prostu musi sobie wszystko poukładać. Był bardzo długo w śpiączce i zdawałem sobie sprawę, że to wcale nie jest dla niego łatwe. Ale przecież ma mnie, a to wszystko dookoła: nasze mieszkanie, nasza sypialnia, nasz pies nie są dla niego niczym nowym. Tym bardziej nie mogłem zrozumieć powodu jego dziwnego zachowania.
-Tom, możemy porozmawiać?
-Oczywiście. A coś się stało?
Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby Matthias był aż tak czymś przejęty. Siedział z poważną miną, przez którą delikatnie przebijało się. . . zdenerwowanie, zmartwienie?
-Tak. Ja. . . ostatnio trochę życia przegapiłem i dotarło do mnie coś bardzo ważnego. Ominęło mnie wiele, a nikt nie odda mi tych przespanych miesięcy. . . Więc muszę zacząć korzystać z życia jak najbardziej to możliwe. . .
-Umm, co masz na myśli?
-Poczekaj, daj mi dokończyć. Dzisiaj uświadomiłem sobie jedną, ale bardzo ważną rzecz. . .- spuścił wzrok jakby zastanawiając się co ma tak naprawdę powiedzieć. A ja wpatrywałem się z niego z wyczekiwaniem już kompletnie nic z tego nie rozumiejąc. Co on sobie tak ważnego uświadomił?- Dobra, wiem, że może nie do końca tak się to powinno załatwiać, ale. . . Powiem to prosto z mostu: Tom, ja już nie chcę być twoim chłopakiem. To jest kompletnie bez sensu.
Poczułem ukłucie w sercu i ogromny ból spowodowany tymi słowami. Czy on naprawdę to powiedział? Czy to już koniec. . ? Siedziałem z przerażeniem analizując sens jego słów. I nagle to wszystko zaczynało mi się układać w jedną spójną całość. To jego dziwne zachowanie, ten dystans, który zachowywał w stosunku do mnie. I chociaż jego słowa i wszystkie znaki, jakie mi wysyłał świadczyły tylko o jednym to ja wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Kochałem go bardzo mocno i nie wyobrażałem sobie życia bez niego. I wtedy, tamtego okropnego wieczora, kiedy całe moje życie wywróciło się do góry nogami, kiedy leżałem obok niego na ziemi, całując i szepcąc, że go kocham miałem wrażenie, że on czuje do mnie to samo. Więc, co się zmieniło przez te półtorej roku?
Nagle przestał mnie kochać? Czy może. . . nigdy mnie nie kochał?
Nie, to jest kompletnie bez sensu. . . Dlaczego w takim razie rzucałby się świadomie ryzykując własne życie chcąc ocalić moje? Więc dlaczego uważa, że nasz związek nie ma sensu? Dlaczego uważa, że nasza miłość nie ma sensu?
Może znów dopadły go myśli o chorobie, znowu nie chce, abym „marnował swoje życie” z kimś, kto i tak wkrótce umrze. . . Ale, dlaczego miałby znowu rezygnować ze mnie chcąc mojego szczęścia, skoro tyle razy powtarzałem mu już, że szczęśliwy będę tylko i wyłącznie z nim, nawet jeśli kiedyś go zabraknie. . . Chciałem być przy nim i wspierać go we wszystkim. Musiał wiedzieć, że bardzo go kocham i za nic w świecie nie pozwolę popełnić mu tego samego błędu po raz drugi.
-Więc, Tom. . . Wyjdziesz za mnie?
-Zaraz. . . co?- spytałem kompletnie zszokowany patrząc na klęczącego przede mną Matthiasa nie rozumiejąc już absolutnie nic z tego wszystkiego. Czy on mi się właśnie oświadczył?
-Jak to co? Kocham cię i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. I wiem, że to może jest bardzo zuchwałe, ale niezależnie od tego ile dni mi jeszcze pozostało, chcę każdy z nich spędzić z tobą. Chcę codziennie widzieć twoją nieco zaspaną twarz. Chcę cię przytulać, całować, kochać się z tobą i kochać ciebie. Czekałeś na mnie tyle miesięcy nie mając żadnej gwarancji, że kiedykolwiek się obudzę. I wiem, że dla ciebie zrobiłbym dokładnie to samo. Bo chociaż wcale tego nie planowałem to zakochałem się w tobie do szaleństwa i w końcu zrozumiałem dlaczego tak bardzo chcę spędzać z tobą każdą chwilę mojego życia. Każdego dnia po naszym rozstaniu umierałem z tęsknoty za tobą. Myślałem, że tak należy, że zasługujesz na kogoś, kto da ci szczęście i będzie przy tobie, a mnie i tak dopadło już przeznaczenie. Odszedłem od ciebie nie chcąc sprawiać ci bólu i dopiero po długim czasie doszło do mnie, że właśnie tym sprawiłem ci największy ból. Moje życie bez ciebie jest puste i szare. Bez ciebie nie mam po co żyć i nie mam dla kogo walczyć. Dzięki tobie wiem,Bo jesteś Tym Jednym Jedynym, moją jedyną i prawdziwą miłością, moją księżniczką na białym koniu. I naprawdę kocham cię bardziej niż kiedykolwiek sądziłem, że będę w stanie kogoś pokochać. Chcę spędzić z tobą resztę życia niezależnie od tego, czy zawsze będzie łatwo i kolorowo. Jedyne czego pragnę w życiu to kochać cię i mieć cię przy swoim boku. I po prostu nie chcę już czekać ani chwili dłużej. . . - zakończył spoglądając mi prosto w oczy i dopiero wtedy zaczynało do mnie docierać, że to nie jest żaden sen, a to wszystko dzieję się naprawdę- Nie mogę ci obiecać, że będziemy żyli długo, ale będę ci wierny aż do śmierci, niezależnie kiedy ona nadejdzie. Chcę być twoim mężem i dzielić z tobą wszystkie radości i troski. . . Zatem, Thomasie Neuwirth, wyjdziesz za mnie?
-. . . Tak- wyszeptałem bez chwili zawahania mrugając kilkakrotnie oczami, co i tak nie miało żadnego sensu. W słowach, które powiedział było tyle szczerości i miłości, że nie mogłem powstrzymać łez. Były to zarazem najpiękniejsze i najprostsze słowa, jakie kiedykolwiek usłyszałem i wiedziałem, że gdybym kiedykolwiek miał jakiś wątpliwości co do tego czy Matt mnie kocha, po tych słowach zniknęłyby one natychmiast. Ale wiedziałem, że on kocha mnie tak mocno jak ja jego. Uśmiechnąłem się delikatnie widząc szczęście i wzruszenie na jego twarzy. Szybkim ruchem wstał z podłogi i pocałował mnie, a ja zaplotłem ręce na jego szyi wciąż nie do końca dowierzając, że właśnie stałem się jego narzeczonym. . .
Siedzieliśmy tak wtuleni w siebie napawając się ciszą, która jest wokół nas. Nagle Matt wstał podchodząc do szuflady i wyjmując z niej coś małego. Spojrzałem na niego pytająco, ale on tylko podszedł do mnie całując, a po chwili poczułem jak nasuwa mi coś zimnego na rękę.
-I teraz jesteś moim prawowitym narzeczonym. . . Wiem, że może nie jest idealny, ale nie mam nic specjalnie przygotowanego- dodał uśmiechając się lekko.
-Jest idealny- powiedziałem patrząc na prosty złoty pierścień z bardzo drobnymi diamencikami obsadzonymi dookoła- A mi nie potrzeba nic więcej niż ciebie. . . -pocałowałem go subtelnie gładząc ręką lekko zarośnięty policzek- Wiesz, tak coś czuję, że ty ja i Bartie stworzymy nawet świetną rodzinkę- dodałem z uśmiechem biorąc małego na kolana. Lecz ten natychmiast się z nich wygramolił wskakując na Matthiasa.
-Bardzo chciałbym, żebyśmy stworzyli prawdziwą rodzinę. . .- nagle posmutniał spuszczając głowę.
-Hej, Matt, my już nią jesteśmy. . . A ty nie możesz od razu z góry zakładać tego najgorszego. Musisz wierzyć. . .
-Masz rację, muszę wierzyć. . . Mam dla kogo wierzyć.
Uśmiechnął się delikatnie, a ja przyciągnąłem go do siebie całując namiętnie. Bartie z początku zazdrosny zaczął szczekać i ciągnąć mnie za nogawkę, ale szybko odpędziłem go ręką. Teraz, kochany piesku, to on jest tylko mój. . . Tak bardzo brakowało mi go przez te miesiące. I miałem wrażenie, że mu mnie także. Wplotłem dłonie w jego włosy czując jak po całym ciele przeszedł mnie dobrze znany mi dreszcz. Po chwili poczułem jego zimne dłonie błądzące pod moją koszulką. Zaśmiałem się na wspomnienie, kiedy gdy wypomniałem mu ten fakt on żachnął się odpowiadając, że zimne ręce świadczą o tym, że ktoś dobry w łóżku. Cóż, zaraz sprawdzimy czy poza nim także. . . Ani na chwilę nie odrywając od niego ust jednym ruchem ręki zrzuciłem wszystkie naczynia wraz z obrusem z niskiego stołu w salonie. A tyle razy mówiłem mu, że musimy kupić porządną kanapę. . .
-Łooohoo, aż tak? -uśmiechnął się do mnie kokieteryjnie przygryzając wargę.
-Nie prowokuj, skarbie- odpowiedziałem akcentując ostatnie słowo wprost zdzierając z niego koszulę odrywając przy tym kilka guzików,ale. . . czy to miało jakieś znaczenie? Jeszcze bardziej pogłębiłem pocałunek czując jak wszystko w moim brzuchu wywraca się jakbym miał za chwilę eksplodować. A ja już naprawdę nie mogłem wytrzymać. . . I bardzo dobrze czułem na sobie, że on też.
-Ale Tom, naprawdę? Tak tutaj na stole. . ?
-Widzisz, taka fantazja: ty i ja kochający się na stole. Nie nogę przestać o tym myśleć od pierwszego dnia, kiedy jesteśmy razem...-wymruczałem ponownie go całując.
-Ale. . . naprawdę?- przerwał pocałunek unosząc lekko brew do góry.
-Matthias, do jasnej cholery, co jest z tobą nie tak? Jestem tutaj przed tobą prawie całkowicie nagi, a ty dalej ciągniesz bezsensowną rozmowę mając w perspektywie pierwszy najdzikszy seks ze mną w życiu?
-Moja wina, że wyglądasz tak cholernie seksownie i podniecająco jak się złościsz? -wymamrotał spoglądając na mnie
-Taaak? A moim zdaniem ty wyglądasz jeszcze seksowniej bez spodni- odpowiedziałem jednym ruchem ściągając jego jeansy. Ten uśmiechnął się do mnie figlarnie rzucając je za siebie całując mnie i przyciskając do stołu przejmując tym samym inicjatywę. Zaczął obsypywać pocałunkami moją szyję a ja odchyliłem głowę do tyłu wydając z siebie cichy jęk. Powoli zaczął zjeżdżać ustami coraz niżej i niżej. . .
-Och, Matt- wyszeptałem jego imię czując, że za chwilę zwariuję, gdy ten ponownie zaczął obcałowywać mój tors i szyję.
-Spokojnie, to był dopiero. . . wstęp- uśmiechnął się ponownie mnie całując, a po chwili poczułem zmysłowy dotyk jego dłoni na całym moim ciele. Wiłem się pod nim na stole czując jak z każdą minutą moje serce zaczyna bić szybciej. Zarzuciłem mu ręce na szyję, a Matt zupełnie jakby tylko na to czekał wymruczał coś niezrozumiałego biorąc mnie na ręce. Zaniósł mnie kładąc delikatnie na łóżku wciąż drażniąc mnie głaszcząc swymi rękoma po moich udach. I w końcu zrobił to, na co tak długo czekałem. Przymknąłem oczy w pełni oddając jego namiętne pocałunki i wydałem z siebie głośny pomruk czując jak po całym moim ciele przechodzi fala gorąca. Już prawie zdążyłem zapomnieć jakie to wspaniałe uczucie być z nim tak blisko i czuć każdy dreszcz przechodzący po jego ciele. Coraz mocniej ściskałem pościel dłońmi niechcący przygryzając jego wargę. Ten tylko jęknął wplatając dłonie w moje włosy. Po chwili przeniosłem ręce na jego plecy jeszcze bardziej przyciskając go do siebie. Jego język w moich ustach wyprawiał istne cuda o innych jego częściach ciała nawet nie wspominając. . . Czułem go całym sobą i miałem wrażenie, że zaraz oszaleję. Co chwilę wydobywałem z siebie ciche jęki zmysłowo drapiąc dół jego pleców, a on z każdą kolejną minutą sprawiał, że odczuwałem jeszcze większą rozkosz. Z całych sił wbiłem paznokcie w obramowanie łóżka czując, że już więcej nie wytrzymam. Na usta mojego narzeczonego wkradł się złowieszczy uśmieszek świadczący o tym, że najwyraźniej jest bardzo dumny z tego, że doprowadza mnie do takiego stanu. . . A doprowadzał mnie do istnego szaleństwa. Nie jestem w stanie nawet opisać rozkoszy, jaką wtedy czułem, bo nie ma żadnego porównania. Ta niesamowita bliskość fizyczna pobudzała wszystkie moje zmysły powodując, że serce biło mi jeszcze szybciej. Oderwałem się od jego ust z trudem łapiąc powietrze. Wyjęczałem jego imię wprost wbijając paznokcie w jego plecy. Poczułem jak każda komórka mojego ciała drży i wiedziałem, że za chwilę po prostu zwariuję. Przymknąłem oczy i delikatnie przygryzłem wargę wbijając głowę w pościel. Ponownie zajęczałem przeciągle kurczowo łapiąc się za brzeg łóżka mając wrażenie, że jak tak dalej pójdzie to obydwoje z niego lada moment spadniemy. Chociaż byliśmy oboje już tak nakręceni, że pewnie nawet jakbyśmy wylądowali na podłodze nie przeszkadzałoby nam to w ogóle. . . Ponownie oderwał się od moich ust zaczynając błądzić ciepłymi ustami i zimnymi rękoma po całym moim ciele. Leżałem przed nim zupełnie nagi pozwalając aby oglądał i dotykał każdy najmniejszy fragment mojego ciała, zupełnie tak jakby nigdy wcześniej go nie widział. Uśmiechnął się patrząc na mnie z obłędem i pożądaniem w oczach ponownie wracając do poprzedniej czynności, a ja po raz kolejny poczułem jak całym swoim ciałem i każdym nawet najwolniejszym dotykiem i ruchem przyprawia mnie o zawrót głowy.

-Nawet nie wiesz jak się cieszę- wyszeptałem spoglądając wciąż z niedowierzaniem na swój pierścionek i uśmiechając się do niego delikatnie- Będę twoim mężem. . .- spojrzałem ponownie na niego, ale na twarzy swojego narzeczonego nie dostrzegłem już tego samego uśmiechu, co przed chwilą.
-Tom. . . Chcę, żebyś wiedział, że niezależnie od wszystkiego zawszę będę przy tobie i zawsze będę nad tobą czuwał. . .
-Matt, nie mów tak- wyszeptałem wtulając się w jego klatkę piersiową, która szybko unosiła się i opadała czując jego szybkie bicie serca. Spojrzał na mnie jakby z wyrzutem przez chwilę wahając się czy dodać coś jeszcze. Nie chciałem nawet tego słuchać. Nie tutaj, nie teraz, nie po tym, co przed chwilą się stało. Kilka godzin temu stałem się jego narzeczonym i naprawdę ostatnie o czym teraz chciałem rozmawiać to o tym, co będzie gdy go zabraknie, Chciałem się po prostu nim nacieszyć. To jedyna stosowna rzecz, jaką mogę w tej chwili zrobić. A co ma być, to będzie.
-Tak bardzo nie chcę odchodzić. . Nie chcę żebyś. . . - zamknąłem mu usta pocałunkiem nie mogąc już tego słuchać.

-Tom! Matt! Już jesteśmy!- usłyszałem krzyk mojej mamy.
Zaśmiałem się pod nosem przypominając sobie niemalże identyczną sytuację sprzed ponad roku.
Spojrzałem na Matthiasa, który jeszcze słodko spał. Uśmiechnąłem się delikatnie całując go w czoło i jak najciszej mogłem wychodząc z pokoju.
-Cześć, Matthias jeszcze śpi- powiedziałem cicho całując wszystkich w policzek. Spojrzałem na Marię i po raz pierwszy od wielu miesięcy dostrzegłem prawdziwie szczery uśmiech na jej twarzy.
-Widzę, że wczoraj. . . świętowaliście- dodała spoglądając na porozrzucane na dywanie naczynia, koszule i guziki, a ja poczułem jak zaczynam się rumienić zawstydzony, że zostawiliśmy wczoraj dom w takim stanie. Ale wtedy nie porządek był nam w głowie. . .
-Tak jakoś wyszło, że było co świętować- uśmiechnąłem się na samo wspomnienie naszych zaręczyn. Mama posłała mi pytające spojrzenie, ale nie pytała już o nic więcej zupełnie jakby bała się odpowiedzi, którą usłyszy.
-A jak on się czuje?
-Nie jest źle. Chociaż boi się. Cholernie się boi. . .
-Boże, tak bardzo mi go szkoda. Tak bardzo mi was szkoda. . .- mówiła ze łzami w oczach. Przetarła policzki biorąc głęboki wdech i zmieniając temat- To ty się może ubierz, a ja spróbuję tutaj coś. . . ogarnąć.
Zaśmiałem się cicho wracając do sypialni. Spojrzałem na łóżko, a Matthias leniwie otworzył oczy uśmiechając się do mnie niewyraźnie.
-Stęskniłem się za tobą.
-Ja za tobą też- wymruczałem pochylając się nad nim i całując go delikatnie- Nie, nie, nie. Starczy tego dobrego. Nasi rodzice czekają w salonie. A ja nie chcę ich przyprawiać o zawał serca, bo i tak już dużo w tym salonie widzieli i nie chcę nawet wiedzieć, co on sobie pomyśleli, że my tam wyprawialiśmy. . .-plątałem jak obłąkany za wszelką cenę starając się uniknąć jego spojrzenia.
-Ooo, a czego my wczoraj nie wyprawialiśmy, kochanie?- spytał z uśmieszkiem na ustach podnosząc lewą brew do góry.
-Przestań!- dodałem czując jak cały się rumienię. Matthias zaczął się ze mnie śmiać, po czym pocałował mnie w czubek głowy głaszcząc po włosach.
-Oj no dobrze, już dobrze, moje ty małe biedactwo zawstydzone- rzuciłem mu pełne grozy spojrzenie.
-Lepiej się ubierzmy i tam chodźmy.
-O nie, nie. Najpierw to ja proponuję coś innego. . . - spojrzałem na niego wyczekująco lecz zanim zdążyłem o cokolwiek spytać poczułem jak przyciąga mnie do siebie całując namiętnie. . .

-Nienawidzę cię- wymamrotałem wychodząc z sypialni i dopinając swoją koszulę.
-A mam wrażenie, że przed chwilą to byłeś innego zdania- zaśmiał się kompletnie ignorując moje groźne spojrzenie. Musimy się zacząć ograniczać, bo jak tak dalej pójdzie to. . .
-Przepraszamy, że tak długo, ale. . .- urwałem w połowie dostrzegając błysk panujący w salonie. Wszystko stało na swoim miejscu i cała podłoga lśniła czystością. A nasi rodzice siedzieli sobie jak gdyby nic przy stole, na którym stało przepyszne śniadanie i popijali poranną kawę. Boże, kiedy oni to wszystko zdążyli zrobić. . ? Dobra, STANOWCZO musimy zacząć się ograniczać. . .
Siedliśmy do stołu i zaczęliśmy rozmawiać o zwykłych, bzdurnych życiowych rzeczach. Uśmiechałem się co chwilę potakując, chociaż tak naprawdę cały czas myślałem o jednym. Delikatnie kopnąłem Matthiasa pokazując mu pod stołem na pierścionek. Ten patrzył na mnie chwilę po czym pokiwał znacząco głową.
-Umm, mamo, mogę coś powiedzieć?- w dość bezpruderyjny sposób przerwałem opowieść mojej mamy, która najpierw spojrzała zdziwiona na mnie, a potem na resztę.
-Tak. . ?
-Bo tak się akurat złożyło, że. . . -zacząłem niepewnie nie wiedząc nawet jak im to powiedzieć- Że Matthias wczoraj mi się oświadczył, ja się zgodziłem i bierzemy ślub- powiedziałem to wszystko na jednym wydechu tak szybko, że przez chwilę nikt nic nie mówił powoli składając każde moje słowo w jedno zdanie.
-O Mój Boże, tak się cieszymy!- pierwsze na nas z gratulacjami rzuciły się oczywiście nasze matki. Naturalnie jak to zawsze w takich chwilach nie zabrakło też i łez wzruszeń.
-Nawet nie wiesz jak się cieszę. Jesteście dla siebie stworzeni. I przepraszam was jeszcze raz za to, że przez tak długi czas tego nie zauważałam. . .- dodała Maria ze łzami w oczach spoglądając na nas obojga.
W końcu podszedł mój ojciec wyraźnie wzruszony i po prostu uścisnął mnie z całych sił. Podszedł do mojego narzeczonego uśmiechnął się i powiedział coś, czego sam bym się nie spodziewał. . .
-Witamy w rodzinie, synu.

Zatrzymaliśmy się przed białymi drzwiami, a Matthias jeszcze mocniej ścisnął moją dłoń.
-Cokolwiek by się nie stało pamiętaj, że kocham cię najmocniej na świecie- powiedziałem półszeptem opierając głowę o jego czoło. Musiałem mu to teraz powiedzieć, musiał wiedzieć, że zawsze będę tuż przy nim i że go nigdy nie zostawię.
-Ja ciebie też- odpowiedział pochylając się i delikatnie mnie całując.
-Widzę, że już pan jest, zapraszam do gabinetu. . . - nagle drzwi się otworzyły i z pokoju wyszedł lekarz. Był w średnim wieku z uroczymi zmarszczkami na twarzy. Uśmiechał się do nas przyjaźnie jakby chcąc nam w ten sposób dodać otuchy zupełnie jakbyśmy byli małymi dziećmi umówionymi na szczepienie. A przecież tu chodzi o coś znacznie poważniejszego.
-Jeżeli pan tego chce, pański narzeczony może wejść z panem- Matthias odwrócił się do mnie z lekką ulgą na twarzy.
Usiedliśmy przed wielkim biurkiem całym zawalonym całą stertą papierów, zdjęć i kart pacjentów ułożonych w wysokie kolumny bo obu bokach biurka. Tak wielu ludzi szuka nadziei. . .
-No cóż, niezbyt wiem, jak to ująć w słowa. . .- powiedział przeglądając wyniki mojego narzeczonego, a ja poczułem jak ten mocno ściska moją rękę. Spojrzałem na niego uśmiechając się niewyraźnie.
-Błagam pana, niech pan mówi wprost, doktorze- powiedział z lekko drżącym głosem wyraźnie zdenerwowany i zmartwiony. Ja również bałem się tego, co za chwilę usłyszymy chociaż starałem się ukryć swoje rozbicie i wspierać Matthiasa w tym wszystkim. To wszystko było naprawdę bardzo trudne dla mnie. Od kiedy wrócił do domu nie ma dnia, w którym nie budziłbym się zastanawiając się co się stanie ze mną, kiedy on umrze.
Normalnie ludzie wcale nie zastawiają się nad takimi rzeczami. Żyją jakby wszystko to, co mają było im dane na wieczność. A przecież nikt z nas nie ma żadnej gwarancji. Mówi się, że nie znasz dnia ani godziny i tak naprawdę jest. Ale niestety zazwyczaj kiedy to zaczynamy rozumieć, zostało nam już za mało czasu. . .
Wciąż wierzyłem, że operacja Matthiasa jakoś polepszyła sytuację. Że ma więcej czasu, że być może będzie mógł podjąć jakieś leczenie, że wcale nie musi teraz umierać. . .
Wiem, że te ciche nadzieje można raczej zaliczyć do marzeń, ale. . . Kto mi zabroni marzyć?
-Nie umiem znaleźć na to, żadnego wytłumaczenia, naprawdę nie mam pojęcie jak to możliwe- przecierał oczy ze zdziwienia przewracając kolejne kartki. Serce biło mi jak oszalałe, a uścisk dłoni Matta zwiększał się z każdą sekundą.
-Pańskie wyniki są. . . takie, jakby nigdy w życiu nie miałby pan raka. . .
-Co chce pan przez to powiedzieć. . ?- spytał nieśmiało
-Że jest pan całkowicie zdrowy, panie Matthiasie. . . Naprawdę nie mam pojęcia jak to możliwe. . . Tyle lat pracuję i nigdy nie widziałem takiego przypadku. . . To cud, istny cud. . .
Obróciłem się w stronę Matta przytulając go mocno do siebie nawet nie próbując powstrzymać łez. Byłem tak wdzięczny Bogu za to, że mi go nie zabrał. Płakaliśmy oboje chyba nie do końca dowierzając w to, co usłyszeliśmy. Chociaż zawsze pozostaje cień jakiejś nadziei na cud, nie zdarzają się one codziennie. Czułem jakbyśmy dostali jeszcze jedną szansę, jeszcze jedno życie. Wiedziałem już, że teraz wszystko się ułoży. . .

Przyciągnąłem do siebie Matthiasa łapiąc za jego krawat i całując go namiętnie w mgnieniu oka pozbawiając garnituru. Zamknąłem drzwi na klucz ani na ułamek sekundy nie odrywając się od jego słodkich ust. W końcu noc poślubna jest tylko raz w życiu i nie chcę, aby ktoś nam ją zepsuł. A wiem, że są tacy, co mają notoryczną skłonność do wchodzenia nie tam, gdzie trzeba nie o tej porze, kiedy trzeba.
-Matt, coś się stało?- spytałem zmartwiony, gdy mój mąż w pewnej chwili oparł się o ścianę łapiąc się za skroń. Był bardzo blady i bałem się, że zaraz zemdleje. Zacząłem się naprawdę martwić nie mogąc odpędzić od siebie myśli o tym, że choroba mogłaby powrócić. . .
-Nie, nic mi nie jest- powiedział słabym głosem- Możemy kontynuować. . .- podszedł do mnie całując mnie delikatnie po chwili odrywając się ode mnie i sycząc z bólu.
-O nie, zapomnij o nocy poślubnej w takim stanie. . .- złapałem go za rękę prowadząc do łóżka i nakazując mu, aby się położył ani przez chwilę nie słuchając jego jęków i sprzeciwów. Po chwili wróciłem z tabletkami przeciwbólowymi i szklanką wody.
-Masz, weź to. Nie możesz się przemęczać.
-A kto powiedział, że się będę przemęczał?- posłałem mu karcące spojrzenie. Zebrało mu się na żart akurat w takiej chwili. Podszedłem kładąc się tuż obok niego i delikatnie się w niego wtulając.
-Nie tak wyobrażałem sobie naszą noc poślubną. . .
-Spokojnie, co się odwlecze, to nie uciecze- uśmiechnąłem się całując go delikatnie.
Leżeliśmy tak wtuleni w siebie trzymając się za ręce. Nie mówiliśmy nic, po prostu leżeliśmy. Uśmiechaliśmy się do siebie od czasu do czasu całując. Cieszyliśmy się samą swoją obecnością i w tamtej chwili nie potrzebowaliśmy nic więcej. Patrzył na mnie bezdźwięcznie mówiąc mi „kocham cię”. Wszystko o tym świadczyło. Każdy jego gest, każdy ruch, każdy uśmiech. To niesamowite jak dwójka ludzi potrafi po prostu być. Bez żadnych słów.
-Czy ty też nie do końca dowierzasz w to, że jesteś moim mężem?- spytał w pewnym momencie spoglądając na swoją obrączkę.
-Z jednej strony to takie niezwykłe, a z drugiej. . . Czuję jakbym od zawsze wiedział, że będziesz moim mężem. . .
-Od pierwszej chwili, kiedy się poznaliśmy?
-Nie wiem czy od pierwszej. . . Na pewno od razu poczułem pewną więź między nami, ale nie do końca potrafiłem ją jeszcze nazwać i zrozumieć. . .
-A ja chyba za bardzo bałem się próbować to zrozumieć. . .
-Najważniejsze, że nam się udało, a dziś jesteśmy. . .
-. . . małżeństwem- dokończył za mnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Uśmiechnąłem się na samo wspomnienie dzisiejszego cudownego dnia, który z pewnością jest najpiękniejszym dniem w moim życiu. Wszystko było dokładnie tak, jak sobie to zawsze wyobrażałem. Ceremonia na świeżym powietrzu w otoczeniu pięknych gór, rodziny i najbliższych przyjaciół. I ten najcudowniejszy moment kiedy usłyszałem, że jesteśmy małżeństwem, a Matthias rzucił się na mnie całując zanim nawet urzędnik zdążył mu na to pozwolić. Tak długo czekałem na ten dzień wyobrażając sobie go już od najmłodszych lat. Chociaż wtedy niezbyt rozumiałem, co to jest prawdziwa miłość. Patrzyłem na moich rodziców, którzy od zawsze byli dla mnie wzorem idealnego małżeństwa i marzyłem o tym, abym pewnego dnia spotkał swoją drugą połówkę.
Miłość jest tak cudownym uczuciem, że nawet nie mam słów, aby ją opisać. Nagle przestajesz zwracać uwagę na siebie, a druga osoba i jej dobro staje się dla ciebie najcenniejsza. Każdy twój oddech, każdy uśmiech, każdy czyn, nawet jeśli robisz to nieświadomie, robisz z myślą o tej drugiej osobie i nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele. Często zachowujemy się wręcz irracjonalnie i jak totalni szaleńcy, ale. . .  Miłość rządzi się swoimi prawami, prawda?
Pochylił się całując mnie namiętnie, po chwili dobierając się do mojej koszuli. Oderwałem się od niego spoglądając z obawą, czy nie powinniśmy dzisiaj sobie tego darować ze względu na złe samopoczucie Matthiasa. Ale on uśmiechał się do mnie szelmowsko z pożądaniem i błyskiem w oczach. W ogóle nie wyglądał na źle się czującego, a wręcz przeciwnie. Wprost rozbierał mnie wzrokiem. . .
-Ja wiem, że jest. . .- spojrzał na zegarek stojący na szafce nocnej-. . .3 nad ranem, ale nie zapominaj skarbie, że to wciąż nasza noc poślubna. A ja nie zamierzam przespać własnej nocy poślubnej. . . No chyba, że z tobą, w troszeczkę innym kontekście. . . - uśmiechnął się ponownie wpijając się w moje usta, a ja w pełni oddałem się jego pocałunkom splatając ręce na jego karku. Podczas gdy on obsypywał mnie pocałunkami ja powoli zdejmowałem jego koszulę dotykając jego rozgrzanego torsu.
Napawałem się każdą sekundą tej nocy. Każdym jego „kocham cię”, każdym pocałunkiem, każdym dotykiem. . . I mimo że zmienił się jedynie nasz stan cywilny miałem poczucie, że ta noc będzie naprawdę wyjątkowa. I nie myliłem się.

-Boże, Matthias, nie tak!- podszedłem do niego widząc jak bardzo nieudolnie próbuje uspokoić cały czas płaczące dziecko, które trzymał w ramionach bujając do góry i na boki bardziej robiąc za symulację lotu kosmicznego niż za kołysankę. Spojrzał z przerażeniem i zdezorientowaniem w oczach najpierw na mnie, a potem na malca. Powoli dał mi go na ręce zupełnie tak, jakby bał się zrobić najmniejszy ruch w obawie, że mu się coś stanie. Bał się zostać sam z nim nawet na kilka minut, a przecież to było tylko półroczne dziecko, które raczej nigdzie mu nie ucieknie. Patrzył cały czas zdenerwowany jak kołysałem Marca cicho do niego szepcąc. Malec powoli zaczął się uspokajać i spojrzał na mnie wciąż z zeszklonymi oczkami wyciągając swoją malutką rączkę i dotykając nią mojej brody. Był taki mały, że trzymając go w rękach miałem wrażenie jakby trzymał piórko. Cały czas uważnie mnie obserwował śmiejąc się co chwilę, gdy wygłupiałem się próbując go jakoś rozbawić. Wyglądał jak uroczy niewinny mały aniołek. Spojrzałem na Matta dając mu głową znak, aby podszedł bliżej po czym złożyłem delikatny pocałunek na małej główce Marca. Przytuliłem go do siebie delikatnie łaskocząc po brzuchu, a ten natychmiast uśmiechnął się od ucha do ucha radośnie wiercąc nóżkami. Odwróciłem się w stronę Matthiasa uśmiechając się do niego lekko, a ten pochylił się całując mnie delikatnie i spoglądając na małego, który rozbawiony wpatrywał się w nas jak w obrazek.
-Ja nie chcę wam zakochańce przeszkadzać, ale moglibyście oddać mi moje dziecko?
Zaśmiałem się cicho widząc Nicole z założonymi rękoma wpatrującą się w nas z wyczekiwaniem. Podszedłem do niej ponownie całując Marca i oddając jej syna w ramiona. W tym malcu było coś tak magicznego, że mając go w ramionach nie chciałem go nikomu oddać i najchętniej to ukradłbym go, wiedząc niestety, że Nicole najprawdopodobniej zabiłaby mnie za to. A może. . . To nie o Marca chodziło?
-Słuchajcie, jak tak wam dobrze idzie to czemu nie pomyślicie o własnym maluchu?
Spojrzałem na Matthiasa, który wpatrywał się we mnie przerażony jakby ktoś mu właśnie zaproponował skok na bungee, a nie małe dziecko. Wygląda na to, że raczej nie podziela mojego entuzjazmu. . .
-Wiesz, myślę, że wszystko w swoim czasie, w końcu jesteśmy dopiero miesiąc po ślubie. . .
Wróciliśmy do Wiednia po ponad tygodniu, a ja wciąż nie mogłem uwierzyć, że to wszystko stało się naprawdę. Siedziałem cały czas gapiąc się na moją obrączkę powoli zdając sobie sprawę, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem pod Słońcem. Oczywiście nie musiałem długo czekać na to, żeby fani Conchity ją zauważyli, a gdy tylko dziennikarz spytał mnie, czy oznacza to, co on myśli nawet nie musiałem odpowiadać na to pytanie, bo mój szeroki uśmiech był wystarczająco oczywistą odpowiedzią. Bardzo cieszyłem się z tak radosnej reakcji fanów, od których odebrałem tony gratulacji, listów i nawet prezentów ślubnych. Gdy tydzień później przyjechaliśmy na koncert w Paryżu i wchodziliśmy tylnym wejściem do garderoby tłumu zebranych tam ludzi zaczęli gwizdać i wiwatować, a część z nich nawet śpiewała nam Sto lat.
I gdziekolwiek byśmy się nie pojawili reakcje były prawie identyczne. A ja za każdym razem uśmiechałem się od ucha do ucha wciąż nie do końca dowierzając w szczęście jakie mnie spotkało.
Ludzie mówią, że zaczynamy coś doceniać, dopiero po tym, jak to stracimy. Dzięki Bogu moja strata nie była wieczna i każdego dnia, kiedy budziłem się obok niego dziękowałem temu komuś na górze, że nie zabrał mi go. Tak bardzo cierpiałem każdego dnia bez niego dopiero wtedy zdając sobie sprawę, jak mocne jest uczucie, którym go darzę. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę w stanie kogoś tak mocno pokochać. Po naszym rozstaniu odczuwałem wielką pustkę i starałem się jak najszybciej zapomnieć o nim, co było strasznie trudne, ale wiedziałem, że tak będzie najlepiej dla nas obojga. Sądziłem, że z jakiegoś powodu nie darzy już mnie takim uczuciem, jak wcześniej i powinienem się z tym jak najszybciej pogodzić. Ale wciąż płakałem w nocy, gdy już nikogo kto mógłby mnie za to zganić przy mnie nie było. I nawet przez myśl mi nie przeszło, że on setki kilometrów stąd robi dokładnie to samo pogrążony w rozpaczy z wizją rychłej śmierci. . .
Ale już wszystko z Matthiasem sobie wyjaśniliśmy i postanowiliśmy, że nie będziemy mówić o jego chorobie. Prawdę mówiąc to Matthias o to poprosił nie chcąc, żebym użalał się nad jego losem. Jesteśmy razem szczęśliwi i nie ma sensu psuć tego rozmowami o przyszłości. Przynajmniej na razie. . .
-Matt, coś się stało?- spytałem zmartwiony po kilku minutach obserwowania męża. Siedział na kanapie z kompletnie nieobecnym wzrokiem i jego mina wyraźnie mówiła, że coś go dręczy.
-Po prostu. . . Zawsze chciałem mieć dzieci, ale. . . Boję się, że choroba powróci, boję się, że będę musiał was opuścić. . . Boję się mieć dziecko skoro nie potrafię przestać myśleć, co będzie jeśli jutro umrę. . .
-Matt, przecież robiliśmy już tak wiele badań, a wszystkie potwierdziły to, że jesteś kompletnie zdrowy. Szansa na to, że znowu zachorujesz jest taka jak u przeciętnego człowieka. Równie dobrze ja mogę zachorować. . .
-Tom, nawet tak nie mów. . .
-Kochanie, ale tak jest. Nie możesz cały czas myśleć o chorobie. . . Jesteś zdrowy, rozumiesz?- złapałem go za ręce spoglądając w oczy. Wiedziałem, że wciąż się waha i wciąż się boi. I chociaż robiłem, co mogłem, aby odpędzić go od tych myśli, te zawsze wracały w najmniej odpowiednim momencie.
-Ja chyba nie tylko tego się boję. . . Przecież dziecko jest takie małe, kruche i bezbronne. Trzeba na każdym kroku przy nim być i się opiekować, a ja. . . A ja nie wiem czy dałbym sobie radę. Po prostu nie chcę zawieść ciebie, nie chcę zawieść naszego dziecka. . .
-Ale Matt, przecież jestem tutaj. To oczywiste, że na początku będzie ciężko, ale przez to wszystko przechodzilibyśmy razem. Wstawalibyśmy do niego w środku nocy, karmili, chodzili na spacery. . .
- . . . i uczyli chodzić. . .
- . . . i mówić. . .
- . . . i bawili się w chowanego w parku. . .
- . . . i czytali bajki na dobranoc. . .
- . . . i zaprowadzali do szkoły. . .
- . . . i pomagali odrabiać lekcje. . .
- . . . i wyprawiali przyjęcia urodzinowe. . .
- . . . i cieszyli się każdą chwilą widząc jak dorasta.
-Czyli chciałbyś mieć dziecko?- spojrzał na mnie pytając się całkowicie poważnie, czego miałem pełną świadomość.
-Tak.
-Ale. . . Teraz?
-Kiedy tylko uznasz, że naprawdę jesteś tego pewien. Matt, ja nie chcę cię do niczego zmuszać. Jak nie jesteś na to gotowy to po prostu powiedz. . .
-Jestem- wymruczał pochylając się nade mną i całując, a ja czułem się jak w niebie. I chociaż nie zawsze było prosto i przyjemnie, to po co to rozpamiętywać? Odzyskałem ukochanego, zaledwie tydzień później stałem się jego narzeczonym, a pół roku później mężem, który jest w pełni gotowy żeby założyć z nim prawdziwą rodzinę.
Czy ktokolwiek z Was mógłby sobie wyobrazić piękniejsze zakończenie. . ?

♥ KONIEC ♥

***
Ehh... No jak ja mogłabym wam to zrobić? I to jeszcze w święta... :)
Kochani unstoppables, w końcu doszliśmy do końca...
Niezbyt nawet wiem, co mam napisać, ale to chyba normalne dla mnie, bo ja  nigdy nie umiem znaleźć w takich chwilach odpowiednich słów. Tak więc powiem najprościej, jak się da: dziękuję ♥

Życzę wam, z całego serca, aby te święta były dokładnie takie, jak sobie je wymarzyliście. Aby cały czas na waszych buziach widniał szeroki uśmiech i abyście cieszyli się każdą sekundą Bożego Narodzenia, nie ważne z kim i jak je spędzacie.
Życzę również, aby nowy rok przyniósł wam wiele wspaniałych wspomnień i aby każdy dzień był dla was nową, ciekawą przygodą.

Wesołych Świąt, unstoppables! ♥

piątek, 19 grudnia 2014

Rozdział dwudziesty czwarty

Obudził mnie dopiero telefon zdenerwowanego Rene, któremu przecież obiecałem, że dzisiaj rano przyjadę wcześniej. Na śmierć zapomniałem o tej obietnicy i o dzisiejszej gali.
Złapałem się za pulsującą głowę. Spojrzałem na puste miejsce obok i wtedy tak naprawdę zdałem sobie sprawę, co ja wczoraj zrobiłem. Było mi okropnie wstyd, bo nie pamiętałem prawie nic i stanowczo przegiąłem z alkoholem. No ale, co się stało już się nie odstanie, prawda?
Miałem świadomość, że to zmienia wszystko. Czeka nas bardzo długa i poważna rozmowa, bo musimy sobie to wszystko wyjaśnić. I musimy zdecydować, co teraz z nami będzie: czy dajemy sobie drugą szansę, czy po prostu zapominamy o tej nocy.
-Bardzo przepraszam Rene, to się już naprawdę nigdy nie powtórzy- powiedziałem wbiegając do biura szybko poprawiając swoje włosy.
-Ehhh, Tom, co ja z tobą mam?
Rene był tak bardzo zajęty i zapracowany, że nawet nie zauważył moje zdenerwowania. Starałem się zachowywać jak najbardziej profesjonalnie i chociaż przez te kilka godzin gali nie myśleć o wczorajszej nocy. Ale chyba za bardzo bałem się naszej rozmowy i tego, co z niej wyniknie. . .

Wyszedłem z garderoby jeszcze raz spoglądając w lustro i poprawiając sukienkę. Nie miałem nawet siły zastanawiać się nad wyborem ubioru, więc wziąłem pierwszą lepszą. Ostatecznie, długa elegancka krwisto czerwień nie była złym wyborem.
Wyszedłem na scenę siląc się na szeroki uśmiech. Na sali zebranych było wiele niepełnosprawnych dzieci więc starałem się dla nich jak mogłem, aby chociaż na chwilę i na ich twarzy pojawił się uśmiech. Zawsze byłem pełen podziwu dla tych dzieci, poniekąd rozumiejąc jak ciężko musi im być czasami. Wiem, jak to jest, gdy ludzie oglądają się za tobą szepcąc między sobą coś na ucho. Wiem, jakie to uczucie gdy idąc szkolnym korytarzem i słysząc śmiech masz wrażenie, że wszyscy śmieją się z ciebie. Te małe dzieci, chociaż są jeszcze tak młode wiele już w życiu doświadczyły. Niejeden dorosły mógłby brać z nich przykład. Narzekamy stale na to, że za mało nam płacą, że nasze mieszkanie nie jest tak wielkie jakbyśmy sobie tego życzyli, że wszystkiego mamy za mało. . . A te dzieci? One cieszą się każdym dniem i doceniają każdą, nawet najmniejszą drobnostkę. Cieszą się, że mogą po prostu żyć i dorośli naprawdę powinni się od nich tego nauczyć. . . Widząc jak mała dziewczynka na wózku energicznie do mnie macha niemalże płacząc sam poczułem się tak wzruszony, że ze łzami w oczach zszedłem ze sceny podchodząc do niej i całując ją w oba policzki. Cieszyłem się widząc szczęście i radość na ich twarzy, gdy podawałem im rękę i przytulałem się do nich. Był to zwykły gest i naprawdę nie robiłem tego, na pokaz czy dla lepszej sławy, chociaż jutrzejsze tabloidy zapewne tak właśnie stwierdzą. Ale nie obchodziło mnie to, co powiedzą o mnie inni.
Z wielkim uśmiechem na ustach pomachałem im jeszcze raz tłumacząc, że muszę wrócić na scenę i za chwilę zaśpiewam piosenkę specjalnie dla nich.
Stanąłem na samym środku wielkiej sceny biorąc mikrofon do ręki. Spoglądałem na dzieci cały czas uśmiechając się do nich i może właśnie dlatego nie zauważyłem tego, co działo się w drugim końcu sali. . . Nagle usłyszałem strzał i poczułem jak ktoś rzuca się na mnie powalając na podłogę po chwili zwijając się w pół. Ludzie zaczęli krzyczeć i piszczeć, a niektórzy nawet uciekali w popłochu taranując siebie nawzajem. Kompletnie ignorując wszystko, co działo się dookoła mnie rzuciłem się na podłogę obok niego delikatnie dotykając dłonią jego rozgrzany policzek. Z wyraźnym grymasem bólu na twarzy powoli podniósł się wyciągając rękę w moją stronę i widząc jak nagle stracił siły szybko objąłem go ramieniem nie pozwalając mu upaść. Delikatnie przybliżyłem go do swojej sukni, która niemalże idealnie wtapiała się czerwienią w powiększającą się kałużę krwi. Spojrzał na mnie przez chwilę wyglądając jakby chciał coś powiedzieć. Syknął głośno łapiąc się za brzuch i próbując jakoś złapać oddech. Rozpłakałem się jeszcze mocniej widząc jak bardzo cierpi. Z początku nie docierało do mnie, co tak naprawdę się stało. Złapałem go za zakrwawioną rękę czując jakby za chwilę serce mi miało pęknąć. Nie mogłem pojąć jak przez tyle miesięcy mogłem się oszukiwać wmawiając sobie, że nic do niego nie czuję, że nic dla mnie nie znaczy i że doskonale poradzę sobie bez niego. A nic z tego nie było prawdą. Bo ani na chwilę nie przestałem go kochać i tęskniłem każdego dnia coraz mocniej.
-Kocham cię, Tom... i nigdy... nie przestałem.... kocham cię...-wymawiał pojedyncze słowa z ogromnym trudem, a jego twarz z każdą minutą stawała się bledsza, a w oczach nie było już tego samego blasku.
Doskonale wiedziałem, że mnie kocha i przeklinałem samego siebie w duchu, że mogłem kiedyś w to zwątpić. Przecież leżał tutaj w moich objęciach w powiększającej się kałuży krwi. Uratował mi życie poświęcając swoje własne dając mi największy dowód miłości, chociaż nigdy go o to nie prosiłem. Klęczałem tam patrząc jak miłość mojego życia powoli się wykrwawia i nie mogłem nic zrobić, żeby go uratować. . .
-Błagam, nie zostawiaj mnie Matt... kocham cię...tak bardzo cię kocham....- powtarzałem w kółko jak w amoku ani na chwilę nie odrywając od niego wzroku.
Miałem świadomość, że to mogą być nasze ostatnie minuty i wiedziałem, że jest coś, co po prostu muszę zrobić. Delikatnie odgarnąłem kosmyk jego włosów z twarz po czym pochyliłem się po raz kolejny szepcząc jak bardzo go kocham i pocałowałem go jak najdelikatniej nie chcąc w żaden sposób sprawić mu bólu, jednak Matthias natychmiast przyciągnął mnie z powrotem całując namiętnie. Zdałem sobie sprawę, że ani przez chwilę nie przestałem go kochać, a z każdym kolejnym dniem, kiedy wmawiałem sobie, że jest inaczej coraz bardziej się ośmieszałem. Jak można by było tak z dnia na dzień przestać kogoś kochać? Chociaż zranił mnie moja miłość do niego wciąż była silniejsza niż ból, który mi zadał. I wiedziałem, że jeśli coś mu się teraz stanie, jeśli nie daj Boże umrze to do końca życia nie wybaczę sobie, że zmarnowaliśmy tak wiele tygodni. Szkoda tylko, że zrozumiałem to tak późno...
Poczułem jak ktoś odciąga mnie na bok sprawdzając czy aby na pewno nic mi nie jest. Jeden z lekarzy zaczął krzyczeć przywołując do siebie kolejnych i natychmiast przystąpił do reanimacji. -Nie, Matthias nie!- krzyczałem jak opętany widząc jak lekarze bezskutecznie próbują przywrócić bicie jego serca.
Rene przyciągnął mnie do siebie starając się jakoś uspokoić ale ja rozpłakałem się jeszcze mocniej w końcu zaczynając zdawać sobie sprawę, że tracę ukochanego. Szarpałem się rozpaczliwie krzycząc i płacząc w końcu zaplątując się we własną suknię i upadając na kolana. Wybuchnąłem jeszcze większym płaczem widząc tych wszystkich lekarzy i ratowników całych we krwi biegając i schylających się nad nieprzytomnym już Mattem. Rene natychmiast przytulił mnie do siebie nie pozwalając się ruszyć ani na milimetr. Próbowałem się mu jakoś wyrwać waląc w niego pięściami, ale on znosił to wszystko jeszcze mocniej przyciągając do siebie. Zachowywałem się kompletnie irracjonalnie, ale w tamtej chwili myślałem tylko o nim. Tak bardzo nie chciałem go tracić. Był dla mnie wszystkim- był każdym oddechem, każdym uśmiechem, każdą łzą, był całym moim światem, bez którego nic już nie cieszy i nic nie ma sensu. Kochałem go ponad życie i myśl, że miałbym spędzić resztę życia bez niego po prostu mnie zabijała. Tak bardzo chciałem leżeć tam i umierać razem z nim. I chociaż nie byłem na jego miejscu cierpiałem z każdą sekundą coraz bardziej. Matt jest tak młody... Przecież on nie może umrzeć. Nie może mnie zostawić samego, po prostu nie może. To wszystko nie tak miało wyglądać. Przecież mieliśmy tak wiele wspólnych planów na przyszłość. Ale.... czymże są teraz nasze plany skoro on praktycznie umiera?

Wybiegłem z taksówki kompletnie ignorując krzyk Jacquesa za sobą. Wbiegłem do budynku szpitalnego i natychmiast wszyscy zebrani w pomieszczeniu odwrócili się w moją stronę szepcąc coś między sobą i wskazując na coś za mną. Odwróciłem głowę dostrzegając wielki telewizor zawieszony nad recepcją. Telewizja przerwała swój planowy program podając doniesienia na żywo z tego, co dzisiaj wieczorem się wydarzyło. Ujrzałem na ekranie siebie całującego Matthiasa i ponownie rozpłakałem się. Jacques wbiegł do środka natychmiast przytulając mnie do siebie i pozwalając abym wypłakiwał się w jego białą koszulę, która i tak była już cała ubrudzona przeze mnie cieniami, pudrem i rozmazanym tuszem. Nie traciłem nadziei na to, że on z tego wyjdzie chociaż z każdą kolejną godziną szanse na to malały.
-Dlaczego to tak długo trwa?- spytałem cichym głosem podnosząc wzrok i delikatnie przetarłem mokre od łez policzki.
Jacques przytulił mnie do siebie jeszcze mocniej, a ja wciąż płakałem wtulony w jego ramiona. Spojrzał na mnie pochylając się i delikatnie całując mnie w czoło zupełnie jakby to mogło w jakikolwiek sposób odpowiedzieć na moje pytanie. Jednak nie mogłem mieć o to pretensji, bo sam nie wiem, co powiedziałbym mu, gdyby był w mojej sytuacji. Byłem mu bardzo wdzięczny za to, że po prostu przy mnie był. Nie chciałem zostawać teraz sam. Potrzebowałem teraz kogoś, kto po prostu wspierałby mnie. Czułem, że mimo tych okropnych wydarzeń nie jestem z tym wszystkim sam i jest ktoś, kto podziela mój ból. Chociaż wątpię, że ktokolwiek z nich cierpiał tak bardzo jak ja.
-Ty pewnie musisz być Thomas. . . prawda?- spojrzałem do góry poznając tego samego chłopaka, który prawie rok temu zaprowadził mnie do domu Matthiasa.
-Tak, to ja. . .
-Teraz nie mogę sobie wybaczyć, że posłuchałem się Matta i nie zadzwoniłem do ciebie. . . On tak bardzo rozpaczał, że musiał od ciebie odejść. . . Płakał dniami i nocami cały czas powtarzając, że to dla twojego dobra. Ale ja wiedziałem, że źle robi ukrywając to przed tobą.
-O czym ty mówisz?- spytałem słabym głosem, ale zanim on zdążył cokolwiek odpowiedzieć podeszła do mnie niska pielęgniarka z kopertą w ręku.
-Przepraszam, to chyba dla pana...
Podała mi ją tłumacząc szybko, że znaleziono ją w kurtce Matta i zniknęła równie szybko jak się pojawiła. Spojrzałem zdziwiony na napisane na niej moje imię nazwisko. Otworzyłem ją i zacząłem czytać list, który wszystko mi wyjaśnił i wreszcie zrozumiałem słowa przyjaciela Matthiasa. . .

Kochany Thomasie!

Chcę, abyś wiedział, że kocham Cię najmocniej na świecie. Jesteś najważniejszą osobą w moim życiu, dlatego nie mogę już znieść myśli, że tak podle Cię oszukałem. Chociaż ani przez chwilę nie chciałem Cię zranić. . .

Tak naprawdę nigdy Cię nie zdradziłem. Cała ta historia została po prostu przeze mnie zmyślona, a list który przeczytałeś był tylko częścią tego planu. Uwierz mi, zrobiłem to po to, aby Cię chronić.

Jestem chory, Tom. Poważnie chory. I nie wiem nawet czy gdy będziesz czytał ten list będę jeszcze na tym świecie. Dlatego piszę do Ciebie, bo zasługujesz, żeby w końcu dowiedzieć się prawdy. Dowiedziałem się o chorobie wkrótce po Eurowizji. Wiedziałem, że to złamałoby Ci serce i nie chciałem abyś przeze mnie rezygnował z czegokolwiek. Widziałem jak bardzo zabolała Cię moja ,,zdrada", ale robiłem to żebym mógł zniknąć z Twojego życia pozwalając Ci na szczęście. Jesteś jeszcze tak młody, nie chcę żeby moja śmierć zniszczyła Ci karierę.

Wybacz mi, że tak postąpiłem, ale przynajmniej wtedy wydawało się, że to najlepsze wyjście. I nie zrozum mnie źle, odejście od Ciebie nie było ani łatwe, ani bezbolesne. Ale uznałem, że jeśli odejdę w taki sposób szybko o mnie zapomnisz, a może nawet i znienawidzisz, i ułożysz sobie życie na nowo. Bo jeśli zapomniałbyś o mnie, nie rozpaczałbyś po mojej śmierci, prawda?

Wiem, że te słowa mogą sprawiać Ci ogromny ból, za co jeszcze raz przepraszam. Proszę Cię tylko, abyś zrozumiał mnie i nie gniewał się na mnie za to, co zrobiłem nawet jeśli Cię tym zraniłem. Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Ze wszystkich ludzi na świecie pokochałeś akurat mnie i nawet nie wiesz jak wiele znaczy dla mnie Twoja miłość. Dzięki Tobie nie wstydzę ani nie boję się tego, kim jestem. Będąc przy Tobie spędziłem najpiękniejsze miesiące swojego życia.

Gdy usłyszałem swój ,,wyrok" z początku miałem żal do Boga, że teraz gdy jestem naprawdę szczęśliwy z Tobą spotkało mnie coś takiego. Teraz zrozumiałem, że tak naprawdę powinienem mu dziękować, za to, że w ogóle Cię spotkałem. Dlatego dziękuję Ci za każdą minutę. Nie mam już żadnych wątpliwości, że jesteś miłością mojego życia. I jedyne czego pragnę, to Twojego szczęścia. Bo zasługujesz na cudowne i piękne życie, którego ja Ci nie mogę dać. . .

Przepraszam, że nie mogę już być przy Tobie. . .

Na zawsze Twój,

Matthias

Płakałem cały czas siedząc i wpatrując się w ten list, nie mogąc uwierzyć, że Matthias mógł tak postąpić i poświęcić się dla mnie. Wstałem wprost wybiegając z korytarza mimo krzyków innych. Rozpłakałem się jeszcze mocniej siadając na zimnym betonie przed budynkiem nie mogąc uwierzyć w to, co przeczytałem. Miałem do siebie ogromny żal, że nic nie zauważyłem. Ile razy bolała go głowa, brzuch, a ja to wszystko ignorowałem. Po części on sam przekonywał mnie, że absolutnie nic mu nie jest, ale to w żaden sposób mnie nie usprawiedliwia.
Bardzo chciałem zrozumieć dlaczego tak postąpił, ale po prostu nie potrafiłem. Skoro byliśmy razem, to powinniśmy mówić sobie o wszystkim i wspierać się wzajemnie, prawda? Przecież mógł mi powiedzieć o wszystkim, pomógłbym mu jakoś, wspierał go, był przy nim dzień i noc. . . Dlaczego odszedł sądząc, że byłby dla mnie tylko ciężarem i bez niego byłbym szczęśliwszy? Bez niego jestem nikim. . .
Byłem potwornie zły i rozczarowany. Dlaczego takie coś musiało spotkać akurat Matthiasa? Czymże sobie zasłużył na taką okrutną karę? Dlaczego spośród tych milionów przydarzyło się to akurat jemu?
-Tom!- usłyszałem krzyk Andreasa stojącego po drugiej stronie ulicy, a po chwili przebiegł przez środek jezdni kompletni ignorując jeżdżące auta i przytulił mnie z całych sił- Przyjechałem najszybciej jak się dało, nie chcieli nas wypuścić. . . Coś się stało?- spytał widząc, że cały czas płaczę
-On mnie nigdy nie zdradził, rozumiesz? Cały ten czas mnie kochał- wyszeptałem podając mu lekko pognieciony już list i rozpłakałem się jeszcze bardziej.
-Tom, tak mi przykro. . .- wtulił się we mnie głaszcząc po głowie, a ja nie mogłem złapać tchu cały się trzęsąc z płaczu. W końcu uspokoiłem się i wycierając policzki spojrzałem Andreasowi w oczy.
- Ja przepraszam za wczoraj, nie powinniśmy byli tego robić. . . Sam nie wiem, co we mnie wstąpiło, przepraszam Andreas. . .
-Spokojnie, Tom, do niczego więcej poza pocałunkiem między nami nie doszło.
-Jak to?- spojrzałem na niego zdziwiony. Przecież doskonale pamiętam jak wchodziliśmy do sypialni, jak zacząłem się rozbierać. Byłem tak pijany, że naprawdę nie wiem, czy potrafiłbym się opanować. . .
-Kiedy zorientowałem się, co by wyprawiamy natychmiast się od ciebie oderwałem i kazałem ci bez dyskusji położyć się do łóżka. Fakt, odebrałeś to z początku trochę inaczej, bo mruczałeś coś pod nosem i nawet zacząłeś się rozbierać, ale koniec końców położyłeś się i zasnąłeś jak małe dziecko. . . Przecież ja widziałem w jakim ty byłeś stanie i wiedziałem, że wciąż go kochasz. . . I nie myliłem się. . .- spojrzał na mnie niepewnie
-Przepraszam, nie powinienem dawać ci nadziei. . .
-Ale spokojnie, Tom. Ja wcale nie czuję się jakbyś złamał mi serce. . .
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Że chyba nie jestem wcale tak szalenie w tobie zakochany, jak sądziłem, że jestem- uśmiechnął się do mnie delikatnie.
-Czyli co. . . przyjaciele?
-Przyjaciele- przytaknął przytulając mnie mocno do siebie
Poczułem jakby kamień spadł mi z serca na wiadomość, że między mną, a Andreasem do niczego nie doszło. Strasznie źle czułem się z myślą, że Matthias tak bardzo się dla mnie poświęcił, a ja szybko znalazłem sobie pocieszenie i to jeszcze w osobie Andreasa, która, mówiąc szczerze, wiele w moim życiu namieszała.
Ale nawet ta ulga nie potrafiła odpędzić nawet na sekundę moich myśli od ukochanego. Jego operacja ciągnęła się już prawie pół nocy, a za każdym razem, gdy ktoś wybiegał z sali operacyjnej nie był w stanie udzielić mi żadnej konkretnej odpowiedzi. Siedziałem tak cały czas płacząc razem z przyjaciółmi, rodzicami i matką Matthiasa. Miała ona ogromny żal do siebie za tą nieszczęsną kolację wigilijną i za to, że nie stanęła w naszej obronie. Cały czas płakała powtarzając jak bardzo jej przykro, że nie była w stanie nas wtedy zrozumieć.
Całe to zamieszanie uświadomiło jej jak bardzo się kochamy. Nie mogłem mieć jej za złe tego, co stało się w przeszłości zwłaszcza, że oboje umieraliśmy ze strachu o Matthiasa i o jego życie.
Teraz, gdy już znałem całą prawdę jeszcze bardziej boję się o to, co z nami będzie.
Boję się, że nawet jeśli Matthiasowi uda się wyjść cało z tego postrzału to dalej będzie się upierał, że nie chce, abym patrzył na jego cierpienie. Nie wiem nawet ile dni czy miesięcy mu jeszcze pozostało. . .
Boję się, że nawet jeśli Matt wróci do mnie do Wiednia nie będziemy mogli się sobą długo nacieszyć. Tak bardzo nie chciałem, żeby umierał tak wcześnie. Bo nie zasługuje na to.
Myśl o tym, że najbliższa ci osoba w życiu, Ten Jeden Jedyny może umrzeć była naprawdę straszna i okropna. Nigdy w życiu nie spodziewałbym się, że takie coś może mnie spotkać. I to właśnie był błąd. Tak bardzo żałowałem, że nie pojechałem do niego do Graz, że nie spróbowałem o niego zawalczyć. Może gdybym do niego pojechał dowiedziałbym się o jego chorobie wcześniej i wszystko potoczyłoby się inaczej?
Przecież on nie może umrzeć. . . Jest młody, zdolny i przede wszystkim kocham go tak mocno, że zwariowałbym, gdybym resztę życia musiał żyć bez niego. Ale. . . czy tutaj cokolwiek zależy jeszcze ode mnie?

***
dop. Czyli powrót do prologu. . .