Był dopiero wczesny
ranek, a ja już byłem w biurze z ogromnym uśmiechem na ustach.
Każdy kolejny dzień bycia z Mattem był jak kolejne rozdziały
cudownej bajki. Czasami zdarzały się drobne kłótnie i sprzeczki o
byle co, ale nie miał one większej wagi. W sumie, nawet je trochę
lubiłem, bo zawsze naszymi przeprosinami był słodki pocałunek.
Nie było idealnie,
ale... Ja nie chciałem, żeby było idealnie. Przecież wciąż
pamiętałem jak taka „ślepo idealna miłość” Andreasa się
skończyła. Było dobrze. Było nam dobrze.
Mimo że wciąż
miał swój osobny pokój często spał razem ze mną. Cudownie było
mieć go tak blisko siebie przez całą noc. Czując jak jego klatka
piersiowa zaczyna się podnosić i opadać coraz wolniej, jak oddech
staje się miarowy. Cudownie było zasypiać z myślą, że on jest
cały czas przy mnie, że nigdzie się nie wybiera.
Zupełnie jakbym
wciąż miał resztki obaw, że to wszystko jednak okaże się
fikcją, snem... Że pewnego dnia obudzę się, a go już nie będzie.
Albo co chyba gorsze- że będę dla niego nikim. Starałem się
jakoś odpędzić tę myśl od siebie, ale po prostu nie potrafiłem.
Przecież byłem
pewien swoich uczuć i wiedziałem, że Matthias czuje to samo. Ale
wciąż bałem się, że całe to moje szczęście pęknie w ułamku
sekundy jak bańka mydlana. Robiłem wszystko, co mogłem, żeby
jakoś wyzbyć się tego lęku, ale potrzebowałem na to czasu.
Miałem obok siebie
cudownego, uczciwego, a przede wszystkim kochającego nad życie
mężczyznę. To zabrzmi dziwnie, bo minęło już trochę czasu,
jednak za każdym razem, gdy pomyślę, że Matthias jest moim
chłopakiem na usta wkrada mi się uśmiech zupełnie jakbym nie
dowierzał w to. A ja każdego dnia go całowałem i zapewniałem, że
bardzo go kocham. Wiedziałem jednak, że gdy „jestem w pracy”
musiałem zachowywać pewien dystans do Matta, tak aby ten niczego
się nie domyślił wcześniej niż ja go o tym poinformuję. W
gruncie rzeczy nieco bałem się tej rozmowy, ale miałem świadomość,
że nie mogę tego przed nim ukrywać. Dlatego chciałem mu o
wszystkim powiedzieć, ale w cztery oczy, w zaciszu domowym.
Zasługiwał na długą i szczerą rozmowę, podczas której wszystko
bym mu dokładnie wytłumaczył. Nie chciałem potem jakichś
niepotrzebnych sprzeczek czy nieporozumień w tej sprawie.
Nie czułem się
zbyt dobrze wiedząc, że- jakby tego nie wytłumaczyć- w pewien
sposób go oszukuję. Mijały kolejne tygodnie, a ja za każdym razem
mówiłem sobie „Dzisiaj mu powiem”. Tylko zazwyczaj, chociaż
zaczynało się na dobrych chęciach, również na tych dobrych
chęciach się kończyło.
Zawsze znajdywałem
jakąś wymówkę: a to było za późno, a to byliśmy zmęczeni, a
to nie wiedziałem jak to ubrać w słowa. Ale czas minął bardzo
szybko i zanim się obejrzałem nastał listopad. Dwa miesiące. Dwa,
cholernie długie miesiące kłamstw.
Nie tak powinno być,
nie to nazywamy szczerością w związku. Nie chciałem go oszukiwać,
ale nie wiedziałem też jak to wszystko odplątać. Sprawy się
bardzo pokomplikowały i wyjście z tego wszystkiego stało się
znacznie trudniejsze niż początkowo przewidywałem. Bo przecież
miał przyjechać tylko na tydzień. Miał tu ze mną mieszkać,
pracować, a po tych siedmiu dniach wrócić do Graz. I mieliśmy się
już nigdy więcej nie spotkać. Ale szybko nawiązała się
przyjaźń, miłość, pojawił się związek, który myślę oboje
traktujemy jako coś poważnego. Nie spodziewałem się, że on tak
bardzo namiesza w moim życiu... Gdybym teraz jakoś mógł cofnąć
czas, o wszystkim powiedziałbym mu od razu, już przy pierwszym
spotkaniu... Ale czy mogłem przypuszczać, że po zaledwie 3
miesiącach zostaniemy parą?
Gdyby tylko wszystko
w życiu było takie proste, łatwe i przyjemne...
-Cześć Conchy-
przywitał się całując w policzek i powodując tym samym, że
serce zaczęło mi być sto razy szybciej. Nie miał nawet pojęcia
jak bardzo wtedy się hamowałem, żeby nie rzucić się na niego i
pocałować w należyty sposób...
-Dzień dobry
wszystkim, dzień dobry kochana!- gdy do biura wszedł Rene w
wyjątkowo- żeby nie powiedzieć podejrzanie- dobrym nastroju
zacząłem się zastanawiać, o co im wszystkim chodzi... Szczerzyli
się do mnie jak głupi do sera co na pewno nie było zbiegiem
okoliczności. Czy oni wszyscy się czegoś nawąchali, czy jak..?
-Conchita, musimy
porozmawiać- spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, a ten
kontynuował- Znamy się już długo, dobrze wiesz, że zawsze jestem
z tobą w stu procentach szczery i mówię prawdę, nawet jeśli nie
zawsze jest bardzo miła, więc nie będę owijał w bawełnę-
dlatego owija w bawełnę, mówiąc dlaczego nie będzie owijał w
bawełnę. Tak to ma… głębszy sens- Nie wiem, czy możesz uznać
tą informację za dobrą czy złą... Ale chcę Ci ją przekazać
właśnie dzisiaj, bo jutro przecież Twoje urodziny- zaraz... że
co?- Jedziesz na Eurowizję- powiedział na jednym wydechu, a ja
przez chwilę myślałem, że się przesłyszałem.
-Co?- spytałem dość
niemądrze
-ORF wybrał cię
jako reprezentantkę Austrii na Konkursie Piosenki Eurowizji!-
wykrzyknął radośnie porywając mnie w swoje ramiona i obracając
się dookoła.
Miałem ochotę
krzyczeć i płakać ze szczęścia naraz. Tak bardzo marzyłem, aby
pewnego dnia chociaż pojechać na Eurowizję i posłuchać tych
wspaniałych muzyków z przeróżnych zakątków Europy, a tymczasem
to właśnie JA będę jednym z występujących na scenie. Nie ma
nawet słów, żeby opisać jak bardzo byłem wtedy szczęśliwy,
czułem, że wreszcie mam przed sobą ogromną szansę na to, aby
zaistnieć na scenie muzycznej i na to, żeby podzielić się z
Europą poglądami na nierzadko brutalną rzeczywistość, jaka nas
otacza.
Byłem tak
pochłonięty euforią, że kompletnie tracąc rozum i zapominając o
peruce i sztucznych rzęsach odwróciłem się w stronę Matthiasa i
przyciągnąwszy go bliżej obdarzyłem namiętnym pocałunkiem.
Odpłynąłem na kilka sekund napawając się jego ustami, lecz po
chwili gdy dotarło do mnie, co ja wyprawiam, odskoczyłem od niego
jak poparzony.
-Przepraszam... Nie
wiem, co mi do łba strzeliło, nie powinnam- grałem idiotkę bojąc
się, że Matt dowie się prawdy. Zasługiwał na nią, ale na litość
boską- nie w taki sposób i nie w takim miejscu!
W tej chwili
natychmiast wykreowałem w głowie milion przeróżnych scenariuszy,
jeden gorszy od drugiego. Ale TEGO się nie spodziewałem...
-Tom, dlaczego ty
się tłumaczysz z tego, że mnie pocałowałeś? No chyba że te
przeprosiny i skrucha tyczą się długości pocałunku. Bo był on
krótki. Stanowczo za krótki....-powiedział niskim głosem i
pocałował mnie łapczywie.
-To ty wiesz? Ale...
Jak? Od kiedy?- z wielką niechęcią oderwałem się od niego i
spytałem nie mogąc pojąć, jakim cudem on sam wszystkiego się
domyślił. Czy to wina mojego niedopatrzenia? A może zasługa jego
intuicji?
-Wiesz, w sumie to
podejrzewałem to od dłuższego czasu. Ale pewności nabrałem
zaledwie kilkanaście dni temu, kiedy zauważyłem ten karton
sztucznych rzęs i tych wszystkich malowideł... Czekałem tylko,
kiedy mi o tym powiesz- wyjaśnił patrząc mi prosto w oczy, a mi
było tak strasznie głupio, że miałem ochotę zapaść się pod
ziemię...
-Ja wiem, powinien
był ci to powiedzieć od razu, przepraszam... Nie umiałem, bałem
się... Zrozum, że to nie jest dla mnie łatwe- tłumaczyłem
patrząc na niego błagalnym wzrokiem modląc się, aby
najczarniejszy ze scenariuszy nie spełnił się nawet w części...
Tak bardzo chciałem, żeby coś powiedział, nakrzyczał... Żeby
zareagował w jakikolwiek sposób. Tymczasem stał wciąż
naprzeciwko mnie ze wzrokiem, z którego nic nie mogłem odczytać.
Nie miałem pojęcia, co się za chwilę stanie i ta niewiedza mnie
zabijała. Zabijała z każdą kolejną sekundą powodując coraz
większe wątpliwości. W przerażeniu oczekując choćby słowa ze
strony Matthiasa znowu ogarnęły mnie czarne myśli... Co jeśli on
uzna, że nie byłem wobec niego szczery? Co jeśli powie, że go
zraniłem? Co jeśli powie, że podle go oszukałem? Co jeśli powie,
że nie umie żyć z osobą, taką jak ja? Co jeśli powie, że to
już koniec..?
-Tom, mi to
kompletnie nie przeszkadza- uśmiechnął się delikatnie, a ja
skarciłem siebie w myślach, że w ogóle przez myśl mogło mi
przejść, że mogło być inaczej. Chociaż, de facto mógłbym mieć
wtedy pretensje tylko i wyłącznie do siebie...- I nie obchodzi mnie
nic innego... A wiesz czemu?- spojrzałem wyczekująco, ale
odpowiedź, którą usłyszałem spowodowała, że przez chwilę
miałem wrażenie jakby moje serce na moment przestało bić...- Bo
cię kocham.
Jego słowa odbijały
się echem w mojej głowie. To, że Matthias zdobył się na odwagę,
aby to wyznać było ogromnym wyczynem. Doskonale zdawałem sobie
sprawę, że to wszystko jest dla niego czymś zupełnie nowym i
najzwyczajniej w świecie potrzebuje trochę czasu, aby wszystko
sobie poukładać. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że mnie
kochał, ale wiedziałem jednak, że może minąć trochę czasu
zanim usłyszę to z jego ust. Niby zwykłe dwa słowa, dziewięć
liter, a wywołują tak piękne i miłe uczucie w sercu. Zwłaszcza
wypowiedziane z taką prostotą, pięknem i przede wszystkim
szczerością w głosie...
-No pocałujże go w
końcu!- głos Rene szybko wyrwał mnie z zamyślenia. Na chwilę
kompletnie zapomniałem o bożym świecie i w ogóle nie zwracałem
uwagi na to, że nie jesteśmy tu sami...
Spojrzałem na
Matta, który uśmiechnął się powoli przybliżając się do mnie i
szepcąc wprost do ucha:
-Naprawdę cię
kocham...-pewność, jaką dostrzegłem w jego oczach nie
pozostawiała żadnych złudzeń... Przymykając oczy pocałowałem
go wkładając w to wszystkie emocje, jakimi go darzę. Zupełnie
tak, jakbym tym pocałunkiem chciał mu pokazać jak bardzo go
kocham...
Zgromadzeni w biurze
zaczęli gwizdać i bić brawa. Zaśmiałem się między pocałunkami
zarzucając mu ręce na szyję.
W końcu oderwaliśmy
się od siebie nie mogąc już złapać tchu. Oparł czoło o moje
patrząc na mnie tymi pięknymi, ciemnoniebieskimi oczami
przepełnionymi miłością. Czułem wtedy coś tak niesamowitego,
czego nigdy wcześniej przy nikim nie poczułem. Czułem się
prawdziwie i mocno kochany. Wiedziałem, że on naprawdę i
kompletnie bezinteresownie mnie kochał, a jedyne o co prosił w
zamian, to odwzajemnienie tej miłości. I to właśnie dostawał...
Oddałem mu całe
swoje serce, wiedząc, że to nie będzie błędem. Zaryzykowałem,
bo tak naprawdę nie miałem żadnej gwarancji, że nam się uda. I
niczego nie żałuję. W końcu mogę powiedzieć, że jestem
najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. I nie muszę prosić o nic
więcej, poza tym, żeby było już tak na zawsze...
Cały kolejny dzień
spędziliśmy siedząc z całym zespołem i próbując ustalić plan
na najbliższe tygodnie, przede wszystkim skupiając się na
znalezieniu odpowiedniej piosenki na tak wielką imprezę jak
Eurowizja, która jednocześnie będzie idealnie pasowała do moich
możliwości wokalnych. Chociaż wtedy nie odczuwałem większej
presji, wiedziałem, że prędzej czy później mnie dopadnie. Nie
byłem też przekonany, jak na tą wiadomość zareagują Austriacy,
chociaż znajdą się pewnie tacy, co będą to kochać i tacy, co
nienawidzić. Zawsze powtarzam, że nie przejmuję się opiniami
ludzi, którzy nic o mnie nie wiedzą. Ale nie oznacza to wcale, że
jest mi to całkowicie obojętne. I na pewno milej będzie, mając
jakieś wsparcie ze strony rodaków... Poza tym, słuchając tych
wszystkich rad i opinii zacząłem mieć wątpliwości, czy będę w
stanie stanąć na wysokości zadania. Czy Conchita będzie...
Rozmowa bardzo się
przedłużyła i zanim się obejrzałem był już wieczór. Tak
bardzo chciałem stamtąd już wyjść i spędzić chociaż część
tych moich urodzin z Matthiasem, ale wiedziałem jednocześnie, że
pewne rzeczy nie mogą zaczekać. W gruncie rzeczy byłem trochę
zawiedziony, że nawet tego jednego dnia, nie mogę spędzić w
całości z rodziną i przyjaciółmi. Z każdą kolejną godziną,
przez którą wpatrywałem się w ekran telefonu zaczynałem coraz
bardziej podejrzewać, że zapomniał... Ale, czy mógłby? Czy mój
własny chłopak mógł zapomnieć o najważniejszym dniu mojego
życia? O moich 25* urodzinach? Rene wszystkim poprzydzielał
niekończącą się listę zadań do wykonania, więc teoretycznie z
tego całego zapracowania mógł... Mógł najzwyczajniej w świecie
zapomnieć. A ja nie mogłem mieć do niego o to pretensji, chociaż
cichy zawód w sercu jest. Bo sądziłem, że spędzimy ten dzień we
dwójkę, może za miastem, może u moich rodziców. Myślałem, że
mógłbym go wreszcie przedstawić wszystkim swoim znajomym, że
moglibyśmy gdzieś wyjść, napić się, potańczyć. Albo po prostu
siedzieć w domu. Ale chciałem ten dzień spędzić z nim, a nie w
studio. Tak właśnie go sobie wyobrażałem, ale wyszło jak wyszło.
Dlatego zawsze powtarzam, że oczekiwania są bardzo niebezpieczne,
bo możemy się na kimś zawieść, nawet jeśli ta osoba de facto
nie jest niczemu winna. Ale czy zapomnienie o urodzinach własnego
chłopaka można nazwać brakiem winy?
-Dobranoc i do
jutra.
Rene zatrzymał się
tuż pod moim domem uśmiechając się do mnie delikatnie zupełnie
jakby się nic nie stało.
-Dziękuję i
dobranoc- odpowiedziałem wysiadając auta. Na zewnątrz panował
nieprzyjemny chłód i ciemność. Zasłoniłem szyję wiedząc, że
mój głos, chociaż zawsze jest dla mnie na wagę złota, to w tym
przypadku nawet jeszcze bardziej. Nerwowo szukałem kluczy w
kieszeniach płaszcza. Robiłem to w tak niefortunny sposób, że gdy
ostatecznie je odnalazłem natychmiast wypadły mi z ręki spadając
z brzdękiem na chodnik. Schyliłem się wypuszczając jednocześnie
perukę z rąk.
Podmuch wiatru
poderwał ją do góry, na szczęście zatrzymała się w krzakach.
Czując narastające poirytowanie podszedłem zdejmując ją szybko
po drodze wchodząc w największą kałużę na całej ulicy.
„Zajebiśce, no po
prostu zajebiśćie!” przekląłem w myślach wszystkie wydarzenia
dnia dzisiejszego i tego, który tą ulicę budował. Czy dziury nie
są po to, żeby je likwidować? I dlaczego, do jasnej cholery, jest
tu tak ciemno?!
W końcu udało mi
się jakoś uspokoić i otworzyć zamek w drzwiach. Wszedłem na
klatkę schodową i od razu poczułem się o niebo lepiej. Bo było
tam jasno, bo było tam ciepło i bo nie wiał tam wiatr. Wziąłem
kilka głębokich wdechów czując jak moja frustracja opada.
Nie o takich
urodzinach marzyłem...
Leniwym krokiem
wchodziłem po schodach, a jedyne, czego wtedy pragnąłem to ciepła
kąpiel i ciepłe łóżko. Cóż, mało romantyczne...
Tuż przed drzwiami
poczułem przyjemny i delikatny zapach. Nacisnąłem klamkę, a na
korytarzu dostrzegłem z obu stron pas kilkudziesięciu wysokich
palących się świec i wąskie przejście zostawione między nimi.
Powoli i ostrożnie szedłem w głąb mieszkania starając się
żadnej z nich nie zgasić. Widok, jaki tam zastałem zaparł dech w
piersiach. Rozglądałem się dookoła patrząc na te setki świec,
porozkładane na prawie każdym centymetrze kwadratowym podłogi, na
meblach, na stolikach i w całej kuchni czując jak do oczu zaczynają
mi napływać łzy.
Odwróciłem się i
zobaczyłem stojącego za sobą Matthiasa. Lecz zanim zdążyłem
cokolwiek powiedzieć, ten zaczął śpiewać....
Cały czas patrzył
mi prosto w oczy, a ja miałem przeczucie jakby każdy wers tej
piosenki był zadedykowany właśnie mnie. Wprost rzuciłem się na
niego i przytuliłem do siebie nie mogąc już powstrzymać łez.
-Wszystkiego
najlepszego- wyszeptał, po czym złożył na moich ustach delikatny
pocałunek. Skarciłem siebie za to, że w ogóle mogło mi przyjść
do głowy, że zapomniał o moich urodzinach...
Złapał mnie za
rękę prowadząc do pięknie nakrytego stołu. I chociaż
wiedziałem, że z jego talentem kucharskim w życiu nie ugotowałby
takich smakołyków, to jednak musiał w to włożyć mnóstwo starań
i czasu. W ten cały wystrój. Jeszcze raz rozejrzałem się po
salonie mimowolnie uśmiechając się pod nosem. Usiadłem na kanapie
opierając się o nią łokciami i patrząc na twarz Matthiasa.
Przybliżyłem się całując go czule.
-Dziękuję-
powiedziałem cicho na co ten tylko się uśmiechnął ponownie
złączając nasze usta w pocałunku.
Ponownie poczułem
jak całe moje ciało zadrżało, a w brzuchu pojawiło się dobrze
znane, przyjemne uczucie. Położyłem dłoń na jego rozgrzanym
policzku przymykając oczy i delikatnie rozchyliłem usta, co on
natychmiast wykorzystał pogłębiając pocałunek. Wplotłem ręce
w jego włosy jeszcze mocniej przyciskając do siebie. Jego miękkie
i słodkie usta wprawiały mnie w obłęd, a dotyk jego dłoni
pobudzał wszystkie zmysły. Wyglądało to na to, że z iskier,
które były między nami od samego początku w końcu wykrzesał się
prawdziwy żar i ogień. I nie zapowiadało się na to, żeby któryś
z nas chciał go ugasić...
Powoli zaczynało
nam już brakować tchu, ale żaden z nas nawet przez chwilę nie
pomyślał o przerwaniu. Czułem jak jego chłodne ręce błądzące
po moich plecach stopniowo zaczęły zjeżdżać coraz niżej
zatrzymując się na moim udzie. Miałem wrażenie jakby było we
mnie coś rozpalającego całe moje ciało i wszystkie zmysły. Po
raz kolejny przeszła mnie fala gorąca i dreszczy.
Odchyliłem głowę
łapczywie wdychając powietrze, a Matthias natychmiast zaczął
składać pocałunki na mojej szyi. Przymknąłem lekko oczy w pełni
oddając się jego pieszczotom.
Ciepło jego ust
przyprawiało mnie o zawroty głowy i miałem coraz większe
przeczucie, że emocje zaczynają brać nad nami górę.
Ponownie pocałował
mnie namiętnie, a ja wydobyłem z siebie cichy jęk tak bardzo nie
chcąc tego przerywać. Byłem bezbronny, to było silniejsze ode
mnie. Zanim się obejrzałem znaleźliśmy się w pozycji leżącej
ani na chwilę nie odrywając się od siebie. Myślę, że oboje
dobrze wiedzieliśmy do czego to zmierza, dlatego szybko oderwałem
się od niego delikatnie odsuwając się. Jeszcze chwila, a naprawdę
straciłbym nad sobą panowanie i moglibyśmy się posunąć za
daleko.
-Myślę, że....
Ekhm- odchrząknąłem niezbyt wiedząc jak ładnie to ubrać w słowa
jednocześnie nie raniąc Matthiasa- Myślę, że to powinno trochę
poczekać- dodałem nawet nie patrząc na niego, bo doskonale
wiedziałem, że gdybym to zrobił mógłbym kompletnie stracić
rozum.
-Tak... Chyba...
Chyba trochę nas poniosło- uśmiechnął się niewinnie
Zaśmiałem się pod
nosem. Trochę..?
-To... Na czym
stanęliśmy?- spytałem patrząc na niego niepewnie. W jego
spojrzeniu wciąż tliła się namiętność i pożądanie.
Dostrzegłem błysk w jego oku, a chwilę później pochylił się
nade mnąc całując mnie namiętnie, a ja po raz kolejny tego
wieczora poczułem tysiące motylków w brzuchu...
-Na kolacji-
wyszeptał przerywając i jak gdyby nigdy nic nakładając mi
sałatkę. Przygryzłem dolną wargę wiedząc, że po tych
wszystkich wrażeniach dnia dzisiejszego ciężko mi będzie
zasnąć...
Obudziłem się
czując coś bardzo nieprzyjemnie mokrego na twarzy.
-Matthias, no
zlitujże się...-wymamrotałem z lekkim zażenowaniem w głosie. Czy
on kompletnie oszalał, czy się upił? Obróciłem się w jego
stronę, ale słysząc cichy pisk natychmiast się poderwałem.
Tuż obok ujrzałem
zwiniętą w pościel małą, brązową osierścioną kulkę.
Delikatnie podniosłem kołdrę wyciągając z niej psiaka. Ten
zaczął wesoło machać ogonkiem kładąc tyciusią łapkę na moją
rękę i wydając z siebie cichy dźwięk. Bardzo ostrożnie wziąłem
go na ręce zauważając karteczkę przyczepioną na obróżce-
„Kocham Cię, M.”
Z szerokim uśmiechem
na twarzy spojrzałem na Matthiasa, który właśnie usiadł obok
mnie.
-I jak, podoba się
prezent?- uśmiechnął się do mnie szelmowsko doskonale wiedząc
jaka będzie moja odpowiedź na to pytanie. Od kiedy tylko pamiętam
marzyłem o tym, żeby mieć psa, ale rodzice nigdy nie mieli czasu,
a potem gdy się wyprowadziłem do Wiednia sam nie miałbym się jak
nim zaopiekować...
-Skąd wiedziałeś,
że o tym marzyłem?- spytałem na chwilę odrywając wzrok od małego
-No wiesz...-
zaśmiał się- Dobra, Rene mi pomógł. Tak samo jak z tą kolacją
wczoraj. Pamiętasz jak kazał mi jechać do galerii?
Zaraz, zaraz...
Czyli oni to sobie wszystko, dokładnie i ze szczegółami
zaplanowali? Cały czas knuli za moimi plecami przygotowując tak
cudowne niespodzianki? A ja dałem się na to wszystko nabrać i
naprawdę zacząłem myśleć, że zapomnieli...
-No to Ci się udała
niespodzianka.. Pytanie tylko, jak my teraz nazwiemy ten nasz
„skarb”?
-Nie sądzisz, ze
Bartie będzie idealne? [dop.aut.: Bart(niem.)=broda]
-O tak- przytaknąłem
przytulając Bartiego do siebie. Matthias objął mnie ramieniem i
pocałował delikatnie.
-Okej, przyznasz, że
jesteśmy trochę... pokręconą rodzinką jak na ten świat-
parsknąłem zastanawiając się jak bardzo komicznie usiało to
wyglądać: dwóch wielkich facetów wtulonych w siebie z małym
szczeniaczkiem na rękach. Nawet jak nasze czasy brzmi to... dziwnie.
-Wiesz, od czegoś
trzeba zacząć budowanie tej rodziny- patrzył mi prosto w oczy, a
ton głosu miał bardzo poważnie brzmiący. Delikatnie musnąłem
jego usta uśmiechając się do siebie w duchu.
Próbowałem
wyobrazić sobie, jakby to było mieć swoją własną rodzinę-
ukochanego przy boku, gromadkę dzieci bawiących się w ogrodzie i
wielki dom wypełniony głośnym śmiechem.
Nigdy nie
wykluczałem możliwości założenia rodziny, ale nigdy też się
nad tym głębiej nie zastanawiałem. Myślałem, że na takie myśli
przyjdzie czas. Po trzydziestce, po czterdziestce...
Ale... Cholera.
Czy właśnie
przeszło mi przez myśl, że chciałbym zostać ojcem? Po raz
pierwszy w życiu, o tym pomyślałem. Po raz pierwszy poczułem, że
chciałbym mieć prawdziwą, własną rodzinę. I nie z kimś tam. Z
Nim... I ta myśl zaczynała mnie przerażać...
-Tom... Wszystko
okej?
Matthias znał mnie
lepiej niż ktokolwiek inny i wiedziałem, że dobrze wyczuje, kiedy
skłamię...
-Co z nami będzie?-
spytałem prosto z mostu, a chwilę później żałowałem, że nie
ugryzłem się na czas w język... To nie jest czas na tak poważne
rozmowy. Jesteśmy parą od dwóch miesięcy i nie możemy od siebie
wymagań deklaracji na całe życie. Bardzo poważnych deklaracji.
Nie mamy nawet
pewności co przyniesie nam jutrzejszy dzień, więc po co zamartwiać
się tym, co będzie za rok, dwa, dziesięć, trzydzieści? Kochamy
się i jesteśmy razem i tylko to się liczy...
-Thomas- złapał
mnie za rękę robiąc głęboki wdech. Już sam fakt, że zwrócił
się do mnie moim pełnym imieniem dał mi do zrozumienia, że sprawa
jest naprawdę poważna. I tak w istocie było...- Mogę Ci obiecać,
że będziemy żyli długo i szczęśliwie, że będziemy mieli
wielką gromadkę dzieci i stadko piesków, wielki dom u wybrzeży
oceanu i każdy dzień będzie idealny... Ale tego nie zrobię. Nie
zrobię, bo oboje wiemy, że takie rzeczy zdarzają się tylko w
bajkach albo komediach romantycznych. Ale powtórzę i będę ci to
powtarzał zawsze: kocham cię. A co będzie dalej? Nie wiem i
szczerze nie dbam o to. Chcę Cię po prostu zawsze mieć obok
siebie. Chce z Tobą zasypiać i z Tobą się budzić... Chcę się
śmiać i płakać, kłócić i godzin, krzyczeć i szeptać,
obrzucać się śnieżkami i skakać do basenu, wieszać bombki na
choince i tłuc się pisankami... Chce Ciebie i tylko Ciebie-
wyszeptał, a chwilę później pocałował mnie namiętnie.
Wtuliłem głowę w
jego tors czując jak po policzkach spływają mi łzy. Nie mogłem
sobie wyobrazić piękniejszych słów. Wiedziałem, że to jest
właśnie to, o czym zawsze marzyłem- prawdziwa miłość.
Matthias się bardzo
zmienił. Z początku nieśmiały i niepewny swoich uczuć stopniowo
zaczął oswajać się z myślą, „Okej, ja go kocham. I nie ma w
tym nic złego”. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że to
niekoniecznie jest miłe, łatwe i szybkie. Ludzie potrzebują na to
tygodni, miesięcy, a nawet lat. Są tacy, których to przerasta.
Którzy nie potrafią udźwignąć piętna bycia „innym”, bycia
„gorszym”. Są ludzie, których bardzo łatwo jest zranić i nie
zawsze po upadku są w stanie się podnieść. Robiłem wszystko, co
w mojej mocy, żeby pomóc mu przez to przejść. Starałem się być
delikatny, nie narzucać się, dać mu pewną przestrzeń osobistą i
pozwolić spokojnie wszystko przemyśleć. Na każdym kroku
okazywałem mu wsparcie i zapewniałem, że zawsze może na mnie
liczyć. Jednak mimo moich ogromnych i szczerych chęci, nie było
nic więcej, w czym mógłbym mu pomóc. To jest bardzo mocno
zakorzenione w jego umyśle i to on musi pogodzić się ze swoją
„innością”. Każdy z nas musi. Dlatego byłem bardzo szczęśliwy
i w pewnym sensie dumny, że tak dobrze poradził sobie z tym. Powiem
szczerze, że nie spodziewałem się, że pójdzie to tak szybko.
Nie ma już żadnych
zahamowań, żeby mnie pocałować, nie boi się mojej bliskości i
nie boi się powiedzieć, że mnie kocha. Co więcej, jest przekonany
o tym, że mnie kocha i całkowicie się z tym pogodził.
Uśmiechnąłem się
pod nosem na wspomnienie naszego pierwszego spotkania. Tak bardzo
byłem wdzięczny, że spotkałem wtedy tego Toma. Tak bardzo byłem
wdzięczny, że poznano mnie z Matthiasem. Tak bardzo byłem
wdzięczny, że zgodził się ze mną wyjechać. Tak bardzo byłem
wdzięczny, że był przy mnie, gdy tego najbardziej potrzebowałem.
Tak bardzo byłem wdzięczny, że mnie nie zostawił. Tak bardzo
byłem wdzięczny, że mnie pokochał...
Gdzieś tam u góry
ktoś skrupulatnie planuje, jak się dalej potoczy to nasze życie...
I nawet jeśli dawno zna odpowiedź, może lepiej gdy nam teraz nic
nie powie?
*przypominam tylko,
że chociaż Conchita/Tom obchodzi dzisiaj swoje 26. urodziny to
akcja dzieje się w 2013 roku, jeszcze przed Konkursem Piosenki
Eurowizji :)