sobota, 29 listopada 2014

Rozdział siedemnasty

Tak bardzo cieszyłem się, że Matthias w końcu w pełni się przede mną otworzył i wyznał, co mu leży na sercu. Myślę, że oboje bardzo potrzebowaliśmy tej rozmowy, aby móc zrozumieć siebie nawzajem. To już nie jest jakiś tam związek bez zobowiązań, ale coś o wiele bardziej poważniejszego. I oboje doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę.
Mieszkamy razem, pracujemy razem, żyjemy razem i sypiamy razem, w każdym tego słowa znaczeniu. . . Nie powinniśmy niczego przed sobą ukrywać i o wszystkim mówić sobie wprost. Jeśli coś nam się nie podoba albo jest nam z czymś źle powinniśmy bez nawet chwili zawahania powiedzieć o tym głośno. Czyż nie na tym polega zaufanie i szczerość w związku?
Rozmowa z Matthiasem uświadomiła mi bardzo wiele rzeczy. Naturalnie pojawił się temat mojego nieszczęsnego pocałunku z Andreasem bo tego incydentu nie można tak po prostu zostawić bez żadnego komentarza. Tak bardzo bałem się, że Matt nie do końca potrafić mi już zaufać i wciąż czuje się zraniony i zawiedziony. Bo przecież to ja o niego walczyłem, to ja zapewniałem go o swojej miłości i to ja powinienem na każdym kroku udowadniać mu, że żadne moje słowo nie było kłamstwem. A co ja zrobiłem? Coś dokładnie odwrotnego.
Ale Matthias gdy powiedziałem mu o swoich obawach wydał się bardzo zdziwiony. Wyjaśnił mi, że zabolał go widok Andreasa całującego mnie, ale nie dlatego, że poczuł się zdradzony, tylko dlatego, że poczuł jakby się czuł gdyby mnie stracił. Uświadomił sobie, że to, co do mnie czuje jest nawet silniejsze niż sam przypuszczał i nie mógłby mnie zostawić choćbym nie wiem jak go zranił. Za bardzo mnie kochał, żeby ze mnie zrezygnować. . . Ja też nie chciałem go stracić.
Ale ostatnie tygodnie były naprawdę ciężkie. Wyjazd do Kopenhagi zbliżał się ogromnymi krokami a mnie zaczynały dopadać coraz większe wątpliwości. Czy poradzę sobie z tym wszystkim?
Tak bardzo chciałbym, żeby wszystko dobrze się potoczyło. Nie chciałem przynieść wstydu trzeci rok z rzędu nie zapewniając Austrii awansu do finału. Nie chciałem zawieść tych wszystkich, którzy we mnie wierzyli i nie chciałem też dać powodu do triumfu tym, którzy z góry skazywali mnie na porażkę. I wszystko czego potrzebowałem to dobra piosenka, która pomoże mi to wszystko osiągnąć. . .
-Matt, gdzieś ty był, zaczynałem się już martwić. . .- powiedziałem próbując jakoś spojrzeć w jego oczy.
-Przecież mówiłem ci, że muszę coś załatwić. Ale pewnie nawet tego nie pamiętasz. . .
Miał rację. Miał cholerną rację. Przez ostatnie tygodnie nawet nie miałem dla niego w ogóle czasu. Przychodziłem zmęczony nie mając siły na rozmowę, a co dopiero na jakieś czułości. Ja. . . Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz ze sobą spaliśmy. Jezu, jak ja mogłem go tak zaniedbać?
 -Przepraszam Matt, ja... - gwałtownie poderwałem się z kanapy po chwili, a wszystko wokół zawirowało i nagle stało się czarne. . .

-. . . Wszystko w porządku, tylko po prostu musi odpocząć . . Spokojnie, zostanę z nim. . . Dobrze, jakby coś dam znać. . . Tak. . . Dzięki wielkie- odłożył telefon na szafkę odwracając się w moją stronę- O, moja śpiąca królewna się obudziła- uśmiechnął się delikatnie siadając na łóżku obok mnie i delikatnie całując. Miałem wrażenie jakbym spał całą wieczność. Tak bardzo stęskniłem się za jego ustami. ..
-Z kim. . . z kim rozmawiałeś?
-Dzwoniłem do Rene powiedzieć, że przez najbliższe kilka dni zostajesz ze mną w domu.
-Dramatyzujesz, nic mi nie jest. . .
-Nic ci nie jest? Tom, straciłeś przytomność na prawie pół godziny, wiesz jak mnie przestraszyłeś? Ja tu od zmysłów odchodziłem. . .-spojrzałem na jego bladą twarz zdając sobie sprawę, że naprawdę napędziłem mu strachu. Widząc jego troskę i lęk w oczach ogarnęło mnie poczucie winy. Nie chciałem go martwić. . .- Na szczęście już nie masz takiej gorączki. . .- dodał przykładając zimną dłoń do mojego czoła- Byłeś cały rozpalony i niestety tym razem chyba nie dzięki mnie- uśmiechnął się głaszcząc mnie po policzku a ja delikatnie podniosłem głowę całując go mając wrażenie jakby wszystkie dotychczasowe dolegliwości zniknęły w mgnieniu oka. Poczułem -Dobra, starczy tego dobrego. Przecież ty się musisz położyć, odpoczywać, zjeść czy coś. . .- dukał sam nie do końca przekonany o tym, co mówi.
-Yhym- wymruczałem kompletnie ignorując to, co mówi ponownie przyciągając go do siebie na łóżko wciąż nieco rozdartego między poczuciem obowiązku opieki nade mną, a pobudzającą zmysły wizją alternatywnego spędzenia tej nocy. Jednak to drugie chyba było silniejsze. . .

Obudził mnie dźwięk dzwonka do drzwi, a ja nawet nie drgnąłem licząc, że ten ktoś zaraz sobie stąd pójdzie. Ale za chwilę zaczął pukać. . .
-Maaaatt, no idź otwórz te cholerne drzwi. . . Może to Rene. . .
-Nie, spokojnie, to pewnie twoja mama- wymruczał nawet nie podnosząc głowy z poduszki
-Moja mama?- spytałem z przerażeniem, a Matthias natychmiast się dobudził.
-O cholera!- zerwał się z łóżka zaplątując się w kołdrę i z hukiem lądując na dywanie. Przeklął pod nosem po chwili wstając i zaczął się nerwowo rozglądać po pokoju. Ponownie usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Wstałem nerwowo zakładając na siebie pidżamy.
-No błagam idź, bo zaraz coś zacznie podejrzewać! . . . Matt!-krzyknąłem, gdy ten prawie wybiegł z pokoju.- Weź się na miłość boską ubierz!- rzuciłem mu leżący tuż obok szlafrok.
-Boże, a co ja mam jej powiedzieć?
-Nie mam pojęcia, wymyśl coś! Byle szybko!
Matt pobiegł na korytarz, a ja szybko wślizgnąłem się z powrotem do łóżka chcąc zachować pozory bycia chorym. Wolałem sobie nawet nie wyobrażać co by było gdyby drzwi nie były zamknięte i moja matka weszła tutaj i nas tak zobaczyła razem w łóżku. . .
Usłyszałem jak wchodzi do środka i wita się z Mattem.
-Wybacz, że otwieram w takim stanie, ale właśnie brałem prysznic i. . .
-Prysznic o trzynastej?- spytała spoglądając na niego z delikatnym uśmiechem wchodząc do pokoju. Podeszła do mnie całując w policzek, a ja zaśmiałem się cicho z miny Matthiasa.
-Tak jakoś wyszło, że musieliśmy trochę odespać noc i. . .
-Tak, sen to właśnie to, czego potrzebowaliśmy!- rzuciłem starając się jeszcze jakoś uratować całą tą beznadziejną sytuację w jakiej się znaleźliśmy.
- Wiecie jacy wy uroczy jesteście jak tak się rumienicie?- zaśmiała się spoglądając na nas obojga- I nie musicie się mi z niczego tłumaczyć przecież jesteście dorośli i możecie robić, co . . Jeju, ale mam nadzieję, że Wam nie przerwałam?
-Nie, nie. Skądże, nie- szybko zaprzeczyliśmy zgodnie, a ta tylko zaśmiała się pod nosem.
-Uff. To wy się tutaj jeszcze chwilę sobą nacieszcie, a ja pójdę Wam coś ugotować moje biedaki, bo na pewno jesteście bardzo głodni po takiej. . . nocy.
Zaśmiała się ponownie z naszych min i rumieńców na twarzy zamykając za sobą drzwi.
-Twoja mama zawsze jest taka. . . wyluzowana?
-Wiesz, chyba tak. Ale, że aż TAK to nie wiedziałem!
Spojrzałem na niego, po czym oboje wybuchnęliśmy śmiechem.

-Tom, na miłość boską, zdejmijże te słuchawki, zostaw już tego laptopa i chodź do łóżka.
-Matthiasie, ja wiem, że tobie to tylko jedno w głowie, ale ja mam tutaj ważniejsze rzeczy do robienia. . .
-Wiesz. . . ja wiem, że twoja mama jest spooooko, ale jest tuż za ścianą więc nie wiem czy chciałaby słu. . .
-Zzzamknij się, no!- przerwałem mu w połowie nie chcąc nawet wiedzieć, co mu chodziło po głowie. Ten zaśmiał się siadając obok na łóżku. Już miałem wyłączać, ale zobaczyłem, że mam nowego maila. . .
-Tom. . . Tom, coś się stało? - spytał zdezorientowany widząc jak po moich policzkach spływają łzy. Siedziałem czując jak drżą mi ręce i serce szybko bije. Tego się po prostu nie da opisać słowami. . .
-Ja. . . Ja nawet nie wiem co powiedzieć na to. . .
Odłączyłem słuchawki puszczając od początku i pokazując mu tekst. Patrzyłem na niego obserwując jego reakcję. . .

Waking in the rubble
Walking over glass
Neighbors say we’re trouble
Well that time has passed
Peering from the mirror
No, that isn’t me
Stranger getting nearer
Who can this person be?

You wouldnt know me at all
Today
From the fading light I fly

Rise like a phoenix
Out of the ashes
Seeking rather than vengeance
Retribution
You were warned
Once I'm transformed
Once I’m reborn
You know I will rise like a phoenix
But you're my flame

Go about your business
Act as if you’re free
Noone could have witnessed
What you did to me

Cause you wouldn’t know me today
And you have got to see
To believe
From the fading light I fly

Rise like a phoenix
Out of the ashes
Seeking rather than vengeance
Retribution
You were warned
Once I'm transformed
Once I’m reborn

I rise up to the sky
You threw me down but
I'm gonna fly

And rise like a phoenix
Out of the ashes
Seeking rather than vengeance
Retribution
You were warned
Once I'm transformed
Once I’m reborn
You know I will rise like a phoenix
But you’re my flame . . .


-Boże. . . Rene ci to wysłał?
-Tak. Dostał to dzisiaj rano i wysłał mi na wypadek jakbym zmienił zdanie. . .
-I . . ?
-I to jest właśnie to Matthias. To jest właśnie ta piosenka, na którą czekałem całe życie. To jest to. . .

wtorek, 25 listopada 2014

Rozdział szesnasty

Zgadzając się na propozycję Matthiasa nie miałem pojęcia, że ów wizyta odbędzie się akurat w dzień Wigilii Bożego Narodzenia. Poznanie rodziców swojego partnera to już wielkie wydarzenie. A co dopiero spędzenie z nimi świąt...
Widziałem jak bardzo on przejmował się tym wszystkim. Biegał po sklepach za jakimiś upominkami, nawet próbował przygotować niektóre dania świąteczne. Zupełnie tak, jakby miał tym „wykupić” łaskę i błogosławieństwo swoich rodziców. Mimo wszystko myślę, że panikował, bo przecież chce im tylko przedstawić swojego chłopaka, a nie męża i ojca własnych dzieci. Znaczy. . . Dobra, to ostatnie można pominąć. . .
Myślę, że nie byłby aż tak przestraszony i zmartwiony, gdyby wcześniej wyznał swoim rodzicom prawdę. I nawet jeśli w przypadku moich rodziców oni od razu domyślili się wszystkiego sądzę, że chociaż w tym przypadku mogą to zauważyć równie szybko, to na wybuch euforii raczej nie należałoby liczyć.
I wiem, że w tym momencie zakładałem coś z góry, tak naprawdę nie znając jego rodziców, ale. . . Już po pierwszym spotkaniu i opowieści o studiach prawniczych wiedziałem, że to nie są rodzice tak wspierający jak moi. Dodatkowo jego ojciec ma bardzo wybuchowy charakter, boję się, że może powiedzieć zbyt dużo i zbyt głośno. . . Ale najbardziej martwię się o Matthiasa. Bo chociaż wiem, że stara się mi udowodnić jak tylko może, że jest samodzielny i pewny tego, co robi, to jednak ja wciąż nie mam pewności, czy zniósłby odrzucenie rodziców. . .
I nie mogę mieć mu za złe tego strachu przed tym, co będzie, bo sam nie jestem sobie w stanie wyobrazić jak ja zareagowałbym na coś takiego.
Po prostu nie mogłem patrzeć na te jego trzęsące się ręce i zagubienie w oczach. Doskonale pamiętam, że przed wizytą u moich rodziców też się denerwował. Więc może. . . on po prostu musi wszystko bardzo przeżywać? Niby widzę przez to, że mu bardzo zależy na tym wszystkim i wiem, że chciałby żeby wszystko było idealnie, ale. . . Oboje wiemy, że nie wszystko takie będzie. I nie chodzi tutaj o to, żeby z góry skazywać nas na porażkę, tylko po prostu należy się przygotować na każdą ewentualność. . . Jeśli mnie polubią i zaakceptują nasz związek to świetnie! A jeśli nie, to przecież nie będzie koniec świata. Chociaż dla Matta na pewno byłoby to bolesnym doświadczeniem.
Gdyby tylko było coś, co mógłbym zrobić. . . Wiedziałem, że widząc go cierpiącego również nie mógłbym cieszyć się z niczego. Ale, co ja tak naprawdę mogę?
Jedyne co mogę, a nawet muszę zrobić, to pokazać się jego rodzicom z jak najlepszej strony. Nie chodzi, żeby udawać idealnego, ale nie trzeba od razu pokazywać wszystkich swoich wad. Bynajmniej, nie wypada jeśli się chce zrobić dobre wrażenie. A ponoć to pierwsze zostaje w naszej podświadomości na długo. . .
I znowu dopadły mnie myśli, jak rozwiązać sprawę z Conchitą. Powinienem im mówić tak od razu, na pierwszym spotkaniu? Co jeśli uznają mnie za jakiegoś czubka? Powiedzą, że kompletnie zwariowałem i mam zły wpływ na ich syna. Nie, tego nie chcę. . .
A z kolei jeśli zacznę ukrywać przed nimi ten fakt to przecież nie mogę tego robić w nieskończoność. Prędzej czy później dowiedzą się prawdy, a wtedy mogą się poczuć urażeni, że nie poinformowałem ich o tym wcześniej. Albo uznają mnie za czubka.
I nie wiem, która z tych opcji jest gorsza. . . Bardzo nie chciałbym zawieść Matthiasa. Ale czy w ogóle mam na to jakikolwiek wpływ. . ?
-Boże, człowieku, na co ci tyle tych toreb?
Widok Matthiasa obładowanego prostokątnymi torbami był dość uroczy i zabawny, nie powiem. Wyglądał jakby się gdzieś wybierał na co najmniej miesiąc. Chryste, nawet ja tyle nie biorę jak wylatuję służbowo na dzień. . . Dobra, na dwa. Zaraz. . . to jest kaczka? Na miłość boską, po co mu na Wigilię KACZKA?
-Matt, ja nie chcę Cię martwić, ale to jest Wigilia, a nie Święto Dziękczynienia dla Ubogich. . .
-Wiem, że to Wigilia, skarbie- zaakcentował ostatnie słowo z ironicznym uśmiechem na twarzy. Bardzo śmieszne, kotku, baaardzo.
-Więc możesz mi wyjaśnić po co ci do cholery kaczka?
-No, żeby zrobić pieczeń na kolację Wigilijną? Tom, ja wiem, że w tych okolicach króluje karp, ale uwierz mi- nie ma nikogo w Graz u kogo na dwudziestego czwartego grudnia na stole nie pojawiłaby się tradycyjna pieczeń z kaczki. . .Poza tym, wziąłem jeszcze parę innych drobiazgów. . .
Czy on właśnie nazwał cztery torby wypchane niemalże po brzegi „paroma drobiazgami”? Muszę to sobie koniecznie gdzieś zapisać, na wypadek jakby kiedyś znowu zaczął marudzić na wszystkie moje ubrania, peruki i inne „niezbędne kobiece akcesoria”, którymi jest zawalona połowa naszej sypialni.
-To co, jedziemy?
-Jedziemy. . .
A mieliśmy jakieś wyjście?

Jeżeli wcześniej myślałem, że nie będę w ogóle zestresowany to byłem w błędzie. I to ogromnym błędzie. . . Z każdym kolejnym przejechanym kilometrem serce biło mi coraz szybciej, a przez głowę przechodziły chyba najgorsze scenariusze z możliwych. Niech żyje zawsze niezawodna siła pozytywnego myślenia!
Tak bardzo chciałem wypaść dobrze przed jego rodzicami. I nie tyle dla siebie, co po prostu dla niego. Nie chciałem go zawieść. Nie mogłem go zawieść ponownie. . .
Spojrzałem na wielki dom z ogrodem pod nosem uśmiechając się na wspomnienie tego czerwcowego wieczora. . .
-Wiesz. . . Gdy się poznaliśmy w ogóle nie sądziłem, że zaledwie pół roku później powrócę tutaj jako twój chłopak.
-Uwierz mi, ja tym bardziej- jego niebieskie oczy wpatrzone były we mnie, a ja miałem wrażenie jakbym zaczął w nich tonąć. Powoli przybliżył swoją twarz do mojej kładąc ciepłą rękę na moim policzku.
-Matt, zauważą- wyszeptałem w obawie. Jednak on zdawał się kompletnie nie przejąć tym faktem, bo odpowiedział tylko „To niech zauważą” po czym pocałował mnie tak, że na chwilę kompletnie zapomniałem o bożym świecie.
Szybko oderwał się ode mnie wychodząc z samochodu. Podszedłem do bagażnika wyjmując część znajdujących się ta toreb i dopiero wtedy do mnie dotarło, że już nie ma odwrotu, już nie ma dokąd uciec.
A mnie naprawdę zaczynały zżerać nerwy. Byłem kompletnie rozbity i wciąż nie mogłem podjąć decyzji czy mówienie im o Conchicie jest dobrym pomysłem. Ale czy w tym wypadku w ogóle cokolwiek można nazwać „dobrym pomysłem”? Musiałem zaryzykować i tak naprawdę strzelać w ciemno. I niezależnie od tego, jakie będą tego konsekwencje, będę musiał się z nimi pogodzić.
-Matt, mówić im?
Był moją ostatnią deską ratunku. Spojrzałem na niego błagalnie, licząc na prostą i treściwą odpowiedź, która mogłaby mi pomóc. Przynajmniej wiedziałbym, że wina jest po obu stronach.
Widziałem jak przez chwilę się waha, odwrócił się w moją stronę chcąc coś powiedzieć, lecz zanim zaczął otworzyły się przed nami drzwi i ujrzałem stojącą w nich kobietę w eleganckiej długiej sukni z delikatnymi rumieńcami na policzku skrzętnie przysłoniętymi warstwą pudru.
Po chwili ocknąłem się witając z nią i, jak na dżentelmena przystało całując w rękę. Uśmiechnęła się jakby lekko zawstydzona i uścisnęła syna zapraszając nas do środka.
Rozejrzałem się dookoła zauważając, że niewiele się zmieniło od kiedy pierwszy i ostatni raz się tu pojawiłem.
Nerwowo poprawiłem koszulę i muszkę, których za często nie miałem zwyczaju zakładać. Poczułem jak jego dłoń delikatnie otarła się o moją i automatycznie podniosłem wzrok. Matt spojrzał na mnie zupełnie tak, jakby chciał mnie jakoś uspokoić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. To zabawne. . . Jeszcze nie tak dawno temu to on był na moim miejscu, a ja pełniłem rolę „pocieszyciela”. Ale na każdego przychodzi jego kolej.
Wszedłem do salonu i pierwszym, co rzuciło mi się w oczy była gigantycznych rozmiarów choinka
i wielki, okrągły stół zastawiony apetycznie pachnącymi i wyglądającymi daniami. W zasadzie cały pokój pełen był drobnych ozdób i girland. Na kominku starannie ułożone były zdjęcia w dużych eleganckich czarnych ramkach. Podszedłem bliżej biorąc do ręki jedno z nich.
-To ja z siostrą na obozie. Miałem wtedy może z 13 lat, a ona 17- stał tuż za mną uśmiechając się delikatnie
-Twoja siostra była bardzo piękna- powiedziałem niepewnie przez chwilę zastanawiając się, czy nie popełniłem jakiegoś wielkiego faux-pas takim komentarzem.
-Tak, była bardzo miła i zawsze mogłem z nią o wszystkim porozmawiać. Bardzo mi jej brakuje. . .
Przymknął oczy zupełnie tak, jakby chciał ochłonąć, żeby nie wybuchnąć płaczem. Bez chwili zawahania przytuliłem go mocno do siebie mając kompletnie za nic to, że jego rodzice siedzieli tuż obok.
-Zapraszamy do stołu.
Szybko zająłem miejsce obok Matta naprzeciwko jego mamy widząc srogi i nieprzyjazny wzrok jego ojca. Byłem w stu procentach pewny, że jeśli jego wzrok mógłby zabijać, to już dawno leżałbym tu martwy.
Czy ja mówiłem wcześniej coś o dobrym pierwszym wrażeniu. . ?
-Mamo, tato. . . Bo właściwie to chciałbym wam wyjaśnić pewną bardzo ważną kwestię- zaczął gdy już kolacja zbliżała się ku końcowi. Czy on właśnie chce im powiedzieć, że. . ?- Bo nie wszystko jest tak, jak myślicie. Jestem gejem, a Tom to więcej niż mój przyjaciel, bo chłopak- ostatnie zdanie wypowiedział tak szybko, że sam przez chwilę musiałem się zastanowić nad tym, co powiedział. Poczułem jak delikatnie łapie moją dłoń pod stołem zupełnie jakby chciał jakoś siebie udobruchać. Chociaż lekko denerwowałem się jaka będzie ich reakcja w głębi duszy byłem bardzo dumny z Matthiasa, że w końcu powiedział im wszystko, o czym już dawno powinni wiedzieć. Naprawdę byłem dumny. . .
-Słucham?!
Matka Matta rzuciła mężowi pełne grozy spojrzenie po chwili odwracając się do nas z lekkim uśmiechem.
-No cóż, trochę nas zaskoczyłeś synu. . . Ale mimo wszystko bardzo się cieszymy, że nam o tym powiedziałeś i przedstawiłeś Toma. . . Prawda, kochanie? - ponownie odwróciła się w stronę męża trącając go lekko łokciem. Ten tylko naburmuszył się jeszcze bardziej nie mówiąc nic- To powiedz nam, Thomas. . . Czym się zajmujesz, jak się poznaliście?
Omal nie zakrztusiłem się herbatą gdy usłyszałem to pytanie. Odwróciłem delikatnie głowę rzucając Mattowi pełne przerażenia spojrzenie.
-Tom jest artystą. Piosenkarzem i projektantem- byłem ogromnie wdzięczny Matthiasowi, że wziął to na siebie, bo sam nie mam bladego pojęcia, co miałbym jej odpowiedzieć
-O, piosenkarzem? A mógłbyś nam coś zaśpiewać? Jestem bardzo ciekawa twojego głosu.
Odchrząknąłem lekko przez chwilę obawiając się, że w jakiś sposób rozpoznają mój głos. . . Ale i tak jest już za późno. . .
-Stille Nacht, Heil'ge Nacht, Alles schläft; einsam wacht Nur das traute hoch heilige Paar Holder Knab' im lockigen Haar, Schlafe in himmlischer Ruh. . .
-Widzisz, Stefan, a ty mówiłeś, że w Austrii nie ma żadnych talentów, a tu proszę! Bliżej niż myślałeś!
-A daj mi spokój! A jak mam inaczej myśleć jak u nas albo jakieś wyjce, albo raperzy albo jacyś psychopaci myślący, że są babą i jak nie zgolą brody to będą sławni. Żenada kompletna.
-I tu się z panem nie zgodzę. Po pierwsze znam wielu bardzo dobrych austriackich wokalistów, może mi pan wierzyć. A po drugie. . . Nie zgodzę się z pana opinią o Conchicie. Ona taka nie jest.
-Taak? A co, znasz ją osobiście chłopcze?- zaśmiał się, a ja wziąłem głęboki wdech i w końcu zebrałem się na odwagę mówiąc stanowczym tonem:
-Tak, znam. Nawet bardziej niż osobiście. . .


Zatrzymał się tuż przed domem omal nie wjeżdżając na krzew rosnący obok. Przeklął siarczyście waląc ręką w kierownicę. Był naprawdę wściekły i nigdy nie widziałem go w takim stanie. Nie wiedziałem jak zareaguje, gdy będę się starał jakoś go pocieszyć dlatego po prostu siedziałem cicho nie chcąc denerwować go jeszcze bardziej. Wsiadając do samochodu sądziłem, że jakoś po drodze się uspokoi i będziemy mogli potem normalnie porozmawiać. Ale gdy dojechaliśmy było niewiele lepiej, więc po prostu stwierdziłem, że nie będę go drażnił.
Wyszedł z samochodu trzaskając drzwiami nawet nie wyjmując kluczyków z auta.
Siedziałem tam przez chwilę zastanawiając się co mam ze sobą zrobić. Po chwili wysiadłem zamykając samochód i pobiegłem do naszego mieszkania.

Wszedłem niedbale zamykając drzwi nogą i rzucając kurtkę na szafkę. Ujrzałem Matthiasa stojącego opartego o ścianę ze wzrokiem utkwionym w pustą przestrzeń przed nim. Słysząc mnie obrócił się w moją stronę otwierając usta, aby coś powiedzieć, ale nawet nie dałem mu zacząć i pocałowałem go tak, jak chyba jeszcze nigdy przedtem.
Doskonale pamiętałem wieczór moich urodzin, kiedy niewiele zabrakło, abyśmy oboje stracili głowę. Tym razem jednak wiedziałem, że żaden z nas tego nie przerwie. . .
Zacząłem powoli cofać się w kierunku sypialni, a Matt automatycznie szedł za mną zupełnie tak, jakbyśmy działali jako jedność. Jedność w wymiarze, którego wcześniej nie zaznaliśmy. . .
Szybkim ruchem zdjąłem buty rzucając je byle gdzie, kompletnie ignorując, że jeden z nich wylądował przez przypadek na stole. Z równą niedbałością pozbywałem się i byłem pozbywany kolejnych części garderoby. I wtedy to kompletnie nie miało znaczenia czy lądują one na podłodze, na krześle, czy nawet i na lampie. . .
Na chwilę oderwał się ode mnie spoglądając mi w oczy, zupełnie jakby chciał spytać, czy tym razem nie jest wciąż za wcześnie. Ale zarówno on jak i ja wiedzieliśmy, że jesteśmy na to bardziej niż gotowi, więc jedyne co dostał w odpowiedzi to kolejny pełen pasji, namiętności i miłości pocałunek. Pchnąłem lekko drzwi po paru krokach czując jak oboje lądujemy na miękkim łóżku. Znowu przez całe moje ciało przeszedł dreszcz, a jego ciepły oddech na karku powodował, że momentami aż kręciło mi się w głowie.
Przyciągnąłem go do siebie ponownie wpijając się w jego usta i wplatając ręce w jego włosy kompletnie niszcząc resztki jego świątecznej fryzury. Ale jemu to wcale nie przeszkadzało, bo wydał z siebie cichy pomruk pogłębiając pocałunek. Miałem wrażenie, że te wszystkie uczucia towarzyszące mi od momentu, kiedy się poznaliśmy za chwilę zostaną w pełni uwolnione. . .

Leżałem wciąż czując jego szybkie bicie serca nawet nie zauważając, że jak na koniec grudnia przystało temperatura w pokoju była dość niska.
-Wesołych świąt, Matt.
-Wesołych. . .
Wyszeptał subtelnie, a ja musnąłem jego usta i ponownie położyłem głowę na jego klatce piersiowej. Leżeliśmy tak wtuleni w siebie, jeden obok drugiego, bliżej niż kiedykolwiek wcześniej nie mówiąc nic. Napawaliśmy się ta chwilą i tą niesamowitą bliskością z uśmiechem na ustach. Zupełnie jakby nie do końca dowierzając w to, co się dzisiaj stało. I jestem całkowicie pewien, że żaden z nas ani na chwilę nie pomyślał o wielkiej porażce jaką była kolacja w Graz.
Bo jak można by było myśleć o tym w takiej chwili?

Siedziałem nad powoli już stygnącą kawą czekając kiedy on wyjdzie z łazienki. Na samo wspomnienie tego, co się wczoraj stało przez całe moje ciało przechodziły dreszcze. Czekałem tak niecierpliwie zastanawiając się czy skoro nasz związek jest teraz na wyższym poziomie to nie wypadałoby wyjaśnić paru kwestii. A przede wszystkim tego mojego nieszczęsnego pocałunku z Andreasem. Bo chociaż minął już prawie miesiąc Matt wciąż w żaden sposób nie skomentował tej sprawy. Domyślałem się, że być może ma coś do powiedzenia, ale nie chce mnie ranić skoro i tak już mi wybaczył. No właśnie, przecież on nawet nie powiedział mi wprost, że mi wybacza.
Ale przecież. . . wrócił do mnie, wciąż traktuje mnie jak swojego chłopaka, zdecydował się wyznać rodzicom, że jest gejem i im mnie przedstawić i spędził ze mną cudowną noc, o jakiej nawet nie marzyłem. Czy robiłby to wszystko gdyby wciąż miał do mnie żal za tą jedną, głupią chwilę zapomnienia?
Po długim czekaniu usłyszałem dźwięk zamykanych drzwi i chwilę później wszedł do kuchni siadając tuż naprzeciw mnie. Jego lekki zarost i mokre, zmierzwione włosy kontrastowały z pełnym powagi spojrzeniem. Podniósł wzrok delikatnie przygryzając wargę, a ja nie mam pojęcia czemu zaczynałem się obawiać, że jednak coś było nie tak. . .
-Tom, musimy chyba porozmawiać. Poważnie porozmawiać- na dźwięk tych słów serce zaczęło mi być jeszcze szybciej. Czy on. . ?
-. . . chodzi o wczorajszą noc?
W końcu wydusiłem to z siebie patrząc mu wprost w oczy. Zaczynałem się obawiać, że tym razem to on uważa, że chyba się trochę zapędziliśmy, a to wszystko było swoistym „pocieszeniem” za to, co stało się w domu jego rodziców. Może on inaczej to sobie wyobrażał? Może właśnie chciał żeby to wszystko potoczyło się tak jak w dzień moich urodzin? Przy romantycznym nastroju, kolacji i ciszy? Może wszystko zepsułem. . ?
-Nie, broń Boże- zaprzeczył szybko, a ja odetchnąłem z ulgą. Jak ja w ogóle mogłem myśleć, że było inaczej?- Wczorajsza noc była najwspanialsza w moim życiu. I był to najpiękniejszy prezent gwiazdkowy, jaki kiedykolwiek dostałem. . .- uśmiechnąłem się spuszczając głowę czując jak moje policzki prawie płoną, idiota- ale. . . To nie o to chodzi.
-Więc o co?
Powoli podniosłem wzrok zdając sobie sprawę, że ja tak naprawdę już nic z tego nie rozumiem. Jeśli to nie o wczorajszą noc chodziło to o co? Co było tak ważne, że musieliśmy o tym porozmawiać dzisiaj tu i teraz?
-Chodzi o tą wczorajszą kolację i moich rodziców. I sądzę, że jest parę kwestii, które musimy sobie raz na zawsze wyjaśnić, żeby więcej takich sytuacji nie było.
Spojrzałem na jego poważną twarz zdając sobie sprawę, że zabrzmiało to dość tajemniczo i groźnie. . . Przez chwilę próbowałem jakoś domyślić się co może być dokładnym tematem tej rozmowy, ale przez dłuższy czas nie przychodziło mi do głowy nic sensownego.
Lecz nagle w mojej głowie zapaliła się czerwona lampka i przypomniała mi się scena tuż przed tym jak jego matka otworzyła nam drzwi. Doskonale pamiętam, że po tym jak spytałem, czy mam mówić im o swoim „drugim życiu” Matt zastanawiał się chwilę, a potem chciał coś powiedzieć, lecz było już za późno. A może. . . A może chciał wtedy poprosić, abym tego nie robił?
Bądź co bądź, dopóki nie wszedłem z nimi w polemikę na ten temat wszystko układało się nawet dobrze. Ojciec rzecz jasna nie sprawiał wrażenia zadowolonego z faktu, że jesteśmy razem, ale nie powstrzymywał się od opryskliwych komentarzy, a matka za wszelką cenę starała się w dalszym ciągu utrzymać miłą, świąteczną atmosferę. Gdy tylko usłyszała, że to ja jestem Conchitą jej uśmiech nie był już tak wyraźny, a ojciec Matta całkowicie wpadł w furię. I nie przejmowałbym się ani jednym złym słowem na mnie, gdyby nie to, że w pewnym momencie zaczął wykrzykiwać homofobiczne a nawet heteroseksistowskie komentarze obrażając nie tylko mnie, ale przede wszystkim swojego syna. Wyrzucił mu wszystkie żale jakie zbierały się w nim od czasu jego wyprowadzki kompletnie ignorując żonę, która próbowała go jakoś uspokoić. Padło bardzo wiele gorzkich słów, a nie tak to miało wyglądać. Przecież na początku zapowiadało się bardzo dobrze, a potem. . .
Cholera. Co jeśli ja wszystko zniszczyłem. . ?


sobota, 22 listopada 2014

Rozdział piętnasty

Przywarłem do niego jeszcze mocniej chcąc poczuć, że jest tuż obok. Ten obrócił się w moją stronę i mimo półmroku panującego w sypialni dostrzegłem delikatny uśmiech na jego twarzy. Nie ma wątpliwości, że każdy z nas na swój sposób przeżył tą rozłąkę. Obydwoje cierpieliśmy przez to, co zrobiłem i obydwoje tak samo tęskniliśmy. I najwidoczniej ta tęsknota okazała się silniejsza niż ból.
Najwidoczniej Matt kochał mnie tak mocno, że chociaż zraniłem go i zawiodłem jego zaufanie nie mógł żyć beze mnie. A ja mogłem być mu za to tylko wdzięczny.
Na początku wydawało mi się, że musimy bardzo poważnie porozmawiać o tym, co zaszło i o tym, co teraz będzie. Ale gdy tylko spróbowałem jakoś delikatnie zacząć temat w jego oczach widziałem coś takiego, że miałem wrażenie, że samo wspomnienie tego feralnego wieczora wciąż powoduje ukłucie w sercu. Spojrzał wtedy na mnie i z pełnią przekonania w głosie powiedział, że co się stało, to się nie odstanie i najlepiej jak po prostu spróbujemy. . . zacząć wszystko od nowa. Miałem wrażenie, że to z pewnością nie jest dobry pomysł, bo na dłuższą metę nie można się zachowywać, jakby się nic nie stało.
Ale teraz widzę, że to jest jedyne rozsądne rozwiązanie. Matthias dobrze wie, że cholernie żałuję tego, co zrobiłem i już nigdy nie popełnię tego samego błędu. Więc może i lepiej, że nie będziemy tego roztrząsać?
Spojrzałem w jego ciemne oczy zupełnie jakbym wciąż nie dowierzał, że on tu jest. To zabawne, że nawet nie zwróciłem uwagi jak szybko stał się dla mnie tak bliski, że nawet nie wyobrażałem sobie jednego dnia bez niego. Od początku między nami była pewnego rodzaju chemia sprawiająca, że rozumieliśmy się praktycznie bez słów i zanim się obejrzeliśmy między nami wytworzyła się pewnego rodzaju więź. Bardzo silna więź, której przerwanie strasznie boli.
Zupełnie tak, jakbyśmy całe życie wychowywali się razem, tylko w dwójkę i nagle rozdzielono nas.
Matt stał się dla mnie kimś, bez kogo ani ja, ani moje życie nie było kompletne. Był moją drugą połową...
Gdy był przy mnie wiedziałem, że ma niczego, czego bym nie pokonał. Przy nim nie liczyło się po prostu nic. . .

I nawet z tymi jego wszystkimi niedoskonałościami, z tą niepewnością, strachem i uciekaniem od prawdy nie zamieniłbym go na nikogo innego. Nie chcę zamieniać go na nikogo innego.
Bo tylko on jednym swym uśmiechem potrafi sprawić, że znikną wszystkie moje troski. Tylko jego silny ucisk potrafi sprawić, że naprawdę czuję, że nie jestem sam. I tylko jego spojrzenie potrafi sprawić, że bez nawet jednego słowa, wiem, że ktoś kocha mnie bezgranicznie. . .
-Matt. . . Kocham cię. . .
Wyszeptałem patrząc wprost w jego oczy chcąc wyrazić tymi dwoma słowami jak bardzo go przepraszam za to, co zrobiłem, jak bardzo jestem mu wdzięczny za drugą szansę i jak bardzo go kocham i nie chcę stracić. On doskonale to zrozumiał, uśmiechnął się lekko i pocałował mnie czule.
I leżeliśmy tak wtuleni w siebie wsłuchując się w dźwięki otaczającej nas ciszy listopadowej nocy dopóki nie zasnęliśmy oboje zmęczeni całym dzisiejszym dniem.

Zamrugałem kilkakrotnie chcąc przyzwyczaić oczy do jasności panującej w sypialni. Leniwie wyciągnąłem się i dopiero wtedy zauważyłem puste miejsce obok siebie. Szybko się poderwałem doskonale pamiętając, co stało się kilka dni temu. I nigdy nie wybaczyłbym sobie, że ledwo co po tym jak zdążyłem go odzyskać dałem mu odejść. . . Pospiesznie wstałem wychodząc z pokoju. Odetchnąłem z ulgą widząc Matthiasa opartego o kuchenny blat. Podszedłem do niego bez słowa przytulając się do niego mocno.
-Przestraszyłeś mnie. . .
-Kochanie. . .- zaczął odsuwając mnie lekko od siebie, aby móc spojrzeć mi w oczy- Ja się nigdzie nie wybieram.
Uśmiechnąłem się na te słowa całując go lekko.
-Wiesz. . . To ja powinienem wstawać rano i robić ci śniadania do łóżka. . .- zacząłem spoglądając niepewnie na nakryty stół.
-Tom. . .- rzucił jakby z nutą zażalenia w głosie. No tak, mieliśmy zacząć wszystko od nowa. . .- Ktoś w naszym związku musi być tym dżentelmenem. . .
-Ummm. . . a dlaczego akurat ty?
-No a to nie jest oczywiste? Ja jestem dżentelmenem, bo ty jesteś babą- zaśmiał się, na co ja rzuciłem mu tylko spojrzenie pełne grozy po chwili wybuchając śmiechem.
-Wiesz... Skoro tak już rozmawiamy o naszym związku to jest jeszcze jedna kwestia. . .
Ton jego głosu nie brzmiał już tak ironicznie co świadczyło o tym, że musi chodzić o coś poważnego. . .
-Mianowicie..?
-Tom. . . Umm. . . Może usiądźmy- potulnie spełniłem jego prośbę i zaczynałem już być powoli zaniepokojony. O co może chodzić?- Chciałbym, żebyś w końcu poznał moich rodziców. . .
-Na. . .naprawdę?- zająkałem się jak idiota nie mogąc uwierzyć, że to zaproponował.
-Yhym- wymruczał w odpowiedzi obejmując mnie w pasie i składając na moich ustach subtelny pocałunek, a ja po raz kolejny poczułem to znane i bardzo przyjemne uczucie w brzuchu. . .

Ostatnio moje życie jest pełne zawirowań i niespodzianek. Jedne z nich są przyjemne, inne już niekoniecznie. . .
Gdy ORF powoływał specjalną konferencję prasową chcąc przedstawić mnie oficjalnie, całemu światu, jako osobę, która będzie reprezentowała Austrię liczyłem się z tym, że nie wszyscy będą tym faktem zachwyceni. I w gruncie rzeczy jeśli chodzi o reakcję moich rodaków to się sprawdziło. Niektórzy ucieszyli się i okazywali mi naprawdę bardzo duże wsparcie jak tylko mogli, a reszta była po prostu obojętna. Czasem, w skrajnych przypadkach zdarzało się, że ktoś mi w niezbyt delikatny, ale też nie agresywny sposób pisał, że, jako Austriaka, nie cieszy go ten wybór.
Ale ta wiadomość obiegła cały świat w zaledwie kilka godzin. W niektórych mediach robili z tego istną sensację, coś niezwykłego i oburzającego.
I tutaj pojawiały się o wiele niemiłe i wulgarniejsze komentarze. Moja poczta pękała w szwach a z każdym kwadransem wiadomości i postów przybywało. . .
Może się to wydać głupie, bo powinienem mieć całkowitą świadomość, że tak to się potoczy jednak... Jednak wierzyłem, że być może tym, co mówię i moimi wierzeniami jakoś uda mi się pokazać im, że tak naprawdę jestem tylko zwykłym człowiekiem. Być może nieco innym od nich wszystkich, ale w gruncie rzeczy niewiele się różniącym.
-Tom, na miłość boską, nie czytaj już tych głupstw- powiedział zamykając leżącego przede mną laptopa- Ile razy mam ci powtarzać, że ci ludzie i ich opinie są gówno warte?
-Wiem, ja tylko. . . Ja tylko miałem nadzieję, że jakoś uda mi się ich zmienić. . .
Miał rację, jak zwykle miał rację. Nie powinienem tego nawet czytać, a co dopiero przejmować się każdym pojedynczym słowem. Ci ludzie tak naprawdę nic o mnie nie wiedzą, a wylewają na mnie pomyje chociaż najprawdopodobniej w realnym świecie niewielu z nich odważyłoby się do mnie podejść i powiedzieć to w twarz. Dlatego szydzą sobie w internecie czując się kompletnie błogo i bezkarnie myśląc, że w ten sposób uda im się mnie złamać i jakoś wpłynąć na decyzję ORFu. . .
A ja, zupełnie nieświadomie dawałem im dokładnie to, o co im chodziło...
-Jesteś najcudowniejszym człowiekiem jakiego znam i najlepszym artystą jakiego kiedykolwiek miałem przyjemność słuchać. Nikogo nie udajesz, jesteś po prostu sobą zarówno jak śpiewasz jak i mówisz. W każdym twoim słowie jest ukryta ogromna mądrość i piękny przekaz, którego oni chyba jeszcze nie widzą ani tym bardziej nie rozumieją. . .
-Naprawdę tak sądzisz?
-Oczywiście. I jestem w stu procentach przekonany, że kiedy nadejdzie chwila, w której będą mogli zobaczyć twoje prawdziwe oblicze i usłyszeć piękno oraz moc wypowiadanych przez ciebie słów absolutnie i bezgranicznie się zakochają w Conchicie, zupełnie tak jak ja zakochałem się w tobie.
I kurczę, chyba nawet będę musiał potem być zazdrosny. . . Co. . . coś nie tak powiedziałem?
-Nie, nie. . . Matt, to było. . . To było po prostu przepiękne.
-To było po prostu szczere.
-Mówiłem ci już jak bardzo cię kocham?- uśmiechnąłem się lekko
-No, czekaj, niech ja pomyślę. . . Tak z . . .milion razy?
-Nie szkodzi, to powiem po raz milion pierwszy. Kocham cię. . . Nawet nie wiesz, jak bardzo. . .
-I ja ciebie też. . . Co najmniej tak mocno, jak ty mnie. . .
Nawet nie zdążyłem mrugnąć okiem a po raz kolejny tego dnia poczułem jego słodkie usta na swoich.
Jeszcze mocniej utwierdziłem się w przekonaniu, że bez niego i jego wsparcia nie osiągnąłbym tak wiele. A kto wie, może jeszcze o wiele więcej przed nami. . ?

wtorek, 18 listopada 2014

Rozdział czternasty



Powoli otworzyłem powieki. Cisza otaczająca mnie z każdej strony zaczynała mnie już przytłaczać
Miałem wrażenie jakby ciągle brzęczała w moich uszach. A wokół nie było nikogo, kto mógłby tą ciszę przerwać. Nawet mały Bartie leżał wtulony w koc nie wydając z siebie żadnych dźwięków. Momentami zdawało mi się nawet, że słyszę bicie własnego serca. Tylko... Dla kogo ono biło? Poderwałem się z kanapy, tylko po to, żeby za chwilę z powrotem na nią usiąść. Ta pustka wypełniająca cały dom dobijała mnie. Tak bardzo przywykłem do jego obecności tutaj, że nagle moje malutkie mieszkanie zaczynało mi się zdawać przeogromne. Po raz kolejny spojrzałem na telefon wciąż jakby wierząc, że zadzwoni. Ale mijały godziny, a ja pogrążałem się coraz bardziej w myśli, że to może być koniec. Poczułem delikatne ukłucie w sercu.
Nie mogłem sobie wybaczyć, że przeze mnie Matt może skreślić cały nasz związek. I chyba już to zrobił...
Wiem, że powinienem był wtedy za nim pobiec i błagać, aby mnie wysłuchał. Tylko czy ja miałem mu coś do powiedzenia? Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tego, co zrobiłem. Na samą myśl o tym, jak bardzo go zraniłem łzy same cisnęły się do oczu. Nie umiem sobie nawet wyobrazić, co wtedy czuł widząc mnie całującego Andreasa. Cały czas mam przed oczami ten jego wzrok przepełniony bólem. Nie mogłem sobie wybaczyć, że doprowadziłem go do łez..
Więc jak on mógłby mi to wybaczyć..?


Say something, I'm giving up on you
I'll be the one, if you want me to
Anywhere, I would've followed you
Say something, I'm giving up on you

And I am feeling so small
It was over my head
I know nothing at all

And I will stumble and fall
I'm still learning to love
Just starting to crawl

Say something, I'm giving up on you
I'm sorry that I couldn't get to you
Anywhere, I would've followed you
Say something, I'm giving up on you

And I will swallow my pride
You're the one that I love
And I'm saying goodbye

Say something, I'm giving up on you
And I'm sorry that I couldn't get to you
And anywhere, I would've followed you

Say something...

Zaczynałem się poddawać. Kochałem go tak mocno, że nie miałem odwagi walczyć o drugą szansę. Nawet nie ośmieliłbym się spojrzeć mu w oczy. Bo zraniłem go i zdradziłem, chociaż kilka godzin wcześniej zapewniałem, że kocham go z całego mojego serca. Ale... czy tak było?
Czy gdybym go naprawdę tak mocno kochał pozwoliłbym, żeby Andreas mnie pocałował?
Rozpłakałem się jeszcze mocniej czując jak po raz kolejny pochłania mnie rozpacz. Zawiodłem Matthiasa, o którego musiałem tak walczyć. Tego, którego zapewniałem, że zawsze będę u jego boku i że przy mnie nie stanie mu się żadna krzywda. Nie brałem od uwagę, że to ja mogę go zranić najmocniej...
Czułem się okropnie, jak kompletne zero i brzydziłem się samego siebie. Miałem wrażenie jakbym to ja był jedynym winowajcą. A tak przecież nie było.
Do tej pory nie wiem czemu to zrobiłem. Tak bardzo chciałem go odepchnąć, ale... Byłem zagubiony. I chyba dalej jestem. Wiem tylko, że nie chcę go stracić.
Gdy zamknę oczy i pomyślę o Matthiasie mogę bez wahania powiedzieć, że go kocham. Tak było wtedy i tak samo jest teraz. Nie ma nic na świecie, co byłoby od niego ważniejsze. Dla niego mógłbym zrobić wszystko. Nawet przestać go kochać...
I może właśnie nieświadomie zaczynam to robić? Może mając świadomość jak wielką ranę mu zadałem nie umiem zawalczyć o jego miłość z góry skreślając wszystkie moje szanse..?
Dlaczego jestem takim tchórzem? Siedzę sam w domu i użalam się nad swoim losem zamiast przyznać się do winy i błagać o wybaczenie.
Byłem tak bardzo rozbity, że momentami nie wiedziałem już nawet, kim jestem.
Bo kimże ja jestem? Jestem nikim i mam dokładnie to, na co sobie zasłużyłem...
Usłyszałem dzwonek do drzwi i natychmiast się poderwałem biegnąc, aby je otworzyć. Tak bardzo chciałem, aby to był on...
-Boże, Thomas, jak ty na litość boską wyglądasz!
-Też się cieszę, że cię widzę, Nicole.
Nawet nie miałem siły starać się jakoś ukryć to rozczarowanie w moich oczach.
-Nie wrócił? - spytała chociaż odpowiedź była oczywista- Tom, nie możesz tak dalej. Czy ty w ogóle spałeś?
Jak mógłbym zasnąć z myślą, że przez jeden głupi błąd stracę wszystko, co dla mnie najcenniejsze? Że stracę tego, którego kocham?
-Tom, czyś ty zwariował? - widać musiałem to wszystko mruczeć pod nosem, skoro to usłyszała- Dlaczego nic nie robisz?
-A co mam zrobić, Nik?
-Cokolwiek, na miłość boską! Pokaż mu, że Ci na nim zależy, pokaż mu, że go kochasz! Kup kwiaty, bombonierkę, padnij na kolana, nie wiem!
Słuchałem jej słów zdając sobie sprawę, że ma rację. Użalam się nad sobą wylewając morze łez chociaż to w żaden sposób nie pomoże mi w niczym. A każda kolejna godzina oddala nas od siebie i nim się obejrzę może być już za późno. I wtedy do końca życia nie wybaczyłbym sobie, że pozwoliłem mu odejść... Przez cały ten czas czekałem na to, aż on sam wróci albo jakoś się odezwie, chociaż to ja powinien go wszędzie szukać, dzwonić co piętnaście minut i zasypywać tysiącem smsów.
Boże. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że Matt mógł sobie pomyśleć, że mi już przestało na nim zależeć. Że nie jest wart tego, żeby o niego zawalczyć. A przecież tak nie było.
Popełniłem błąd. Ogromny błąd, przez który Matthias musiał cierpieć. Skrzywdziłem go, chociaż nigdy tego nie chciałem. Ale wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i wszyscy upadamy.
A ważniejsze od tego, że upadliśmy jest to, że powstaliśmy.
Jeszcze raz spojrzałem na stojącą naprzeciw mnie Nicole. Byłem jej ogromie wdzięczny, że w końcu otworzyła mi oczy i pomogła zrozumieć, że nie powinienem się poddawać. Że nie mogę się poddawać. Nie mogę pozwolić, żebym tak łatwo go stracił.
Obróciłem się energicznie wiedząc, że muszę coś zrobić. Przez chwilę stałem z zapartym tchem jakby nie dowierzając w to, co widzę.
-Matthias- wyszeptałem i rzuciłem się w jego ramiona. Wtuliłem się w jego kurtkę tak bardzo bojąc się, że to wszystko to tylko piękny sen, a on za chwilę zniknie bez śladu. Ale tak się nie stało.
Subtelnie musnąłem jego usta, ale sekundę później on znowu przyciągnął mnie do siebie obdarzając gorącym pocałunkiem pełnym pasji, miłości i tęsknoty. 
Myślę, że jeszcze bardzo długa rozmowa przed nami. I z pewnością nie będzie ona łatwa, ale.. W tamtej chwili to nie miało dla mnie znaczenia. Liczyło się tylko to, że Matthias jest tutaj. Ze mną.
Więc może jeszcze nie wszystko stracone..?

sobota, 15 listopada 2014

Rozdział trzynasty

-Będzie dobrze- powiedziałem łapiąc Matthiasa za rękę. Ten spojrzał na mnie uśmiechając się niewyraźnie.
Pamiętam jego reakcję, gdy zaproponowałem mu przyjazd tutaj. Zdawało mi się wtedy, że na jego twarzy była niechęć a kłótnie i krzyki tylko to potwierdzały. Nawet przez ułamek sekundy w mojej głowie zapaliła się mała czerwona lampka. Dlaczego aż tak nie chce tu przyjeżdżać?
Odchodziłem od zmysłów próbując przez dobre kilka dni jakoś do niego dotrzeć. Ale za każdym razem gdy tylko zaczynałem temat Matthias od razu robił się drażliwy i wychodził, a w najgorszym wypadku dochodziło między nami do wielkiej awantury.
Nie uważałem tego faktu za błahostkę, bo to musiało o czymś świadczyć. Nie traktowałem naszego związku jak małżeństwa z wieloletnim stażem, ale nie byliśmy też parą smarkaczy umawiającymi się bez większego zaangażowania i emocji. Tworzyliśmy raczej trwały związek, opierający się na jakiś zasadach, które wydaje mi się, że były oczywiste dla nas obojga, mimo że nigdy ich nie ustalaliśmy.
Ale oboje dobrze wiedzieliśmy, że pisząc się na to robimy duży krok. I chociaż sytuacja była nieco prostsza, bo już mieszkaliśmy razem, to jednak musieliśmy się powoli przyzwyczaić, że to „razem” od dzisiaj nabierze nieco innego znaczenia. Będziemy powoli wprowadzać ten związek na wyższe poziomy. Zaczniemy razem spać, razem spędzać urodziny, razem bawić się w Sylwestra, razem spędzać święta... I ja powoli się na to przygotowywałem. Dlatego byłem zdziwiony, że propozycja „Powinieneś poznać moich rodziców” wywołała aż tak wielkie oburzenie u niego.
Ale po kilku dniach, gdy wreszcie Matthias zdecydował się powiedzieć mi prawdę wszystko stało się jasne. Jak mogłem po raz kolejny nie wziąć pod uwagę faktu, że takie wyznanie może być dla niego za trudne?
Teraz tak naprawdę zrozumiałem dlaczego proszenie go, o to aby razem ze mną pojechał do moich rodziców, abym wreszcie mógł im wyznać kim jestem stawiało go w dość... niezręcznej sytuacji.
Przecież skoro ja zdecydowałem się ujawnić przed rodzicami i przedstawić im mojego partnera... on powinien zrobić to samo. A doskonale wiedziałem, że tego się bał najbardziej...
Ale będziemy musieli jakoś przez to przejść. Razem.


Na krótko poczułem jego ciepłe usta na swoich po czym oboje wysiedliśmy z auta. Rozejrzałem się dookoła biorąc głęboki wdech. Chociaż kochałem Wiedeń ponad życie, bardzo stęskniłem się za rodzinnymi stronami, pięknym widokiem Alp i tym rześkim powietrzem. Nie ma to jak w domu..?
Będąc już zaledwie kilkanaście metrów od drzwi frontowych miałem ogromną ochotę zawrócić i po prostu stamtąd uciec. Doskonale pamiętałem jak szybko stałem się obiektem drwin i głupich żartów całej mojej szkoły. Ale nie mogłem winić za to rówieśników, oni jedynie bezmyślnie powtarzali to, co mówili wszyscy w mieście. Było mi tak ogromnie wstyd, bałem się wyjść do szkoły czy nawet na ulicę. Najchętniej to zamknąłbym się we własnym pokoju i spędził tam resztę tego koszmarnego dzieciństwa. Jednak mama przekonywała mnie próbując jakoś pocieszyć i mówiła, że nie powinienem się przejmować bzdurami, które mówią na mój temat. Więc... Jak mogłem jej spojrzeć prosto w oczy i powiedzieć, że to wcale nie są bzdury..? Że to wszystko, co mówią na mój temat to prawda..? Że nic sobie nie wymyślili..?
Wtedy po prostu stchórzyłem. A gdy moja mama tłumaczyła znajomym i rodzinie, że te wszystkie plotki na mój temat są nieprawdziwe i to tylko głupie żarty dzieci nie zaprzeczyłem temu. No bo przecież tak będzie lepiej... Teraz wiem, że to było najgorsze, co mogłem zrobić i wreszcie nadszedł czas kiedy muszę stanąć z nimi twarzą w twarz i przyznać się biorąc na siebie wszystkie konsekwencje. Ale przecież na tym polega życie dorosłych, prawda..?
-No nareszcie jesteście! Wchodźcie i się rozbierajcie. Obiad za chwilę będzie.
Serce biło mi jak oszalałe, a ręce trzęsły jak u paralityka. Szybkim ruchem zatrzymałem Matthiasa łapiąc za rękę zmuszając, aby ten odwrócił się i spojrzał na mnie.
-Kocham cię
Wyszeptałem po czym na krótko zatopiłem się w jego ustach. Po prostu musiałem mu to powiedzieć. Musiał wiedzieć, że niezależnie od tego, co się dzisiaj stanie to się nie zmieni. To się nigdy nie zmieni...

-Tak więc yyyy. Poznajcie Matthiasa. Mamo, pamiętasz? Mówiłem Ci o nim. To fryzjer i mój współlokator
-Dzień dobry, pani Helgo-przywitał się szarmancko całując dłoń mojej matki i wręczając jej bukiet róż. Pff, lizus...
-Ojej, nie trzeba było!- zarumieniła się odbierając od niego kwiaty- I mów mi Helga, chyba nie jestem aż tak stara?- zaśmiała się widząc jego lekko zdezorientowaną minę
-Ej, co zrobiłem nie tak?- spytał się cicho z autentycznym zmartwieniem w głosie
-Nic, barania głowo, nic- zachichotałem siadając do stołu, na co ten tylko prychnął zajmując miejsce koło mnie.
Popołudnie mijało bardzo szybko, chwilami miałem nawet wrażenie, że za szybko. Atmosfera była wyśmienita, wszyscy się śmialiśmy chociaż gdy rodzice zaczynali opowiadać wstydliwe historie z mojego dzieciństwa miałem ochotę ich udusić gołymi rękoma.
Wciąż czekałem na jakiś odpowiedni moment, żeby im w końcu powiedzieć. Ale gdy tylko wyczułem, że już czas i zbierałem myśli w głowie oni szybko zmieniali temat.
Matthias opowiadał o swoich rodzicach i o dniu, w którym go poznałem a nagle moja matka zadała pytanie, którego żaden z nas chyba się nie spodziewał...
-Wy jesteście razem?
Matt zaczął krztusić się sokiem, a ja za wszelką cenę próbowałem jakoś uratować tą beznadziejną sytuację. ,,Zdemaskowani przez matkę”- brzmi dość... groźnie.
-Że co?
Brawo Thomas, brawo. Za to jakże subtelne wyrażenie zdziwienia dostajesz złoty medal i 100 punktów do następnego. Po prostu mistrzostwo robienia z siebie idioty. Miałem ochotę palnąć sobie w łeb za tak kretyńską reakcję. No ale... W sumie, to co ja miałem jej powiedzieć?
-Tom, no już nie wygłupiaj się- ni stąd ni zowąd odezwał się mój ojciec, a ja już kompletnie nie wiedziałem, co mam zrobić. A milczenie Matthiasa w żaden sposób mi nie pomagało...
-Czyli miałam rację. Kochanie, nie mogłeś tak od razu powiedzieć? A nie urządzać jakieś szopki i próbować to ukryć. Może i ja stara jestem, ale jeszcze nie aż tak ślepa
Widząc jej uśmiech zdałem sobie sprawę, że ona już od dawna się tego domyślała. Jak ja mogłem sądzić, że uda mi się to przed nimi ukryć? Przed własnymi rodzicami?
-Ale... Skąd wiesz? Przecież my...
Nawet nie umiałem ująć w słowa swojego zdziwienia. Starałem się zachować jak największe pozory normalności, a ona mimo to i tak nas dokładnie rozszyfrowała. Jakim cudem?
-Kochanie, będziecie kiedyś mieli dzieci to zrozumiecie. Takie rzeczy się po prostu czuje- uśmiechnęła się do nas obojga
-Ale... to wy nie macie nic przeciwko?- spytałem niepewnie patrząc na nich. Tak bardzo bałem się tego, co za chwilę usłyszę. Nie chciałem, aby rodzice mnie nie akceptowali chociaż z drugiej strony nie mogłem ich do tego w żaden sposób zmusić. Ale tak bardzo nie chciałem ich stracić...
-Na Boga, a czemu mamy mieć coś przeciwko?! Synu, przecież wiesz, że my z matką kochamy Cię najbardziej na świecie. Chociaż... Jak widać mamy już konkurenta- zaśmiał się spoglądając na Matthiasa- I chcemy tylko, żebyś był szczęśliwy. A gołym okiem widać, że tak jest- poczułem jak ciepła ręka Matta wplata się w moją. Odwróciłem się w jego stronę i ujrzałem najpiękniejszy uśmiech na świecie. Na chwilę zatonąłem w jego oczach kompletnie nie zwracając uwagi, na to co się dzieje dookoła.
-Ja już zaniosę te naczynia, a wy... Wy tu możecie spokojnie się całować- uśmiechnęła się do nas wychodząc z pokoju. Zaśmiałem się pod nosem i przyciągnąłem go do siebie całując czule.
-Ja jej pomogę- wymruczałem cicho odrywając się od niego zgarniając ze stołu puste półmiski.
Wchodząc zobaczyłem mamę opartą o zlew. Uśmiechała się do mnie promieniście jeszcze bardziej utwierdzając mnie w przekonaniu, że jest po prostu cudowna.
-Tom, naprawdę bardzo się cieszę. Matthias to bardzo miły i... dobry chłopak.
-Wiem, mamo
-I... naprawdę bardzo mocno cię kocha. A uwierz mi, ja znam się na tym i potrafię bardzo dobrze określić, czy ktoś jest w kimś zakochany, czy nie. A ten chłopak jest w tobie zakochany... Do szaleństwa zakochany!
Na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Nigdy nie sądziłem, że ktoś może mnie aż tak bardzo uszczęśliwić robiąc tak niewiele.
A Matthiasowi się to udało. Po prostu był przy mnie. I kochał. Nie mogłem prosić o więcej. Nie musiałem prosić o więcej...
Wiedziałem, że jeśli jest na tej Ziemi osoba, z którą mógłbym spędzić resztę życia to jest to właśnie on. Dlatego tak bardzo cieszyłem się, że rodzice cieszą się moim szczęściem.
Teraz na myśl o tym, że bałem się, że mogą mnie nie zaakceptować śmiałem się nie mogąc uwierzyć, że takie coś mogło mi w ogóle przyjść do głowy. Moi rodzice są najwspanialsi na świecie i jestem im naprawdę ogromnie wdzięczny za wszystko, co dla mnie zrobili. Dla mnie są bohaterami. Absolutnymi bohaterami...
Zawsze dawali mi dobry przykład ucząc, co jest w życiu najważniejsze. Powtarzali, że na wszystko w życiu trzeba sobie ciężko zapracować i nawet jak coś spadnie nam z nieba, to musimy udowodnić, że zasługiwaliśmy na ten prezent od losu.
Nie ma nawet słów, żebym mógł opisać jak wiele im zawdzięczam. I mogę tylko obiecać sobie, że gdy pewnego dnia będę miał własne dzieci... no powiedzmy, że własne... to postaram się być równie dobrym rodzicem, jakimi oni byli oboje. Chociaż nie wiem, czy będę w stanie im kiedykolwiek dorównać...

-Idę!- krzyknąłem słysząc donośne pukanie do drzwi. Nie wiem, kto to jest, ale musi być bardzo zdeterminowany... Czy on oszalał?
Szybkim ruchem otworzyłem je, nawet nie sprawdzając kto za nimi stoi.
-Cześć- powiedział z lekkim uśmiechem jak gdyby nigdy nic. Jak byśmy byli starymi znajomymi, a on właśnie wrócił z długiej podróży i postanowił mnie odwiedzić.
Tylko, że on jest ostatnią osobą, z którą chciałbym rozmawiać.
-I ty jeszcze masz czelność tu przychodzić?!
Nie potrafiłem i nawet nie próbowałem ukryć swojej złości. Jakim prawem on tu jeszcze przychodzi? Mało mu? Nie wystarczy mu, że prawie kompletnie zrujnował moje życie?
Nie wystarczy mu, że doprowadził mnie na kompletne dno, a którego ledwo co się pozbierałem?
Czego on jeszcze ode mnie chce do jasnej cholery?!
-Ja wiem, że to zabrzmi idiotycznie- spuścił głowę zupełnie tak, jakby się czegoś wstydził. W sumie, ma się czego wstydzić...- Okej, przyznaję, nie zachowałem się fair... Dobra, zachowałem się jak ostatni skurwiel, ale... Ale co ja poradzę, że mi ciebie tak bardzo brakuje. Ja...
Miałem wrażenie jakbym się przesłyszał. On sobie robi ze mnie żarty? Czy już kompletnie zwariował? On za mną tęskni? On? Po tym wszystkim, co mi zrobił nagle zaczęło mu mnie brakować?
-O czym ty mówisz? Człowieku, czy ty wiesz co ja przez ciebie przeszedłem? Wiesz jak bardzo mnie zraniłeś? Wiesz, że ja się prawie przez Ciebie zabiłem?!
Nie mogłem już się pohamować. Całą złość, która siedziała we mnie od naszego ,,rozstania”, przelałem w tej chwili na niego. Bo sobie na to zasłużył. Bardzo zasłużył... Ale gdy zobaczyłem, że Andreas zaczyna płakać poczułem się nieco zdezorientowany.
Czy to kolejna jego gierka mająca na celu zmiękczenie mojego serca, a może coś się naprawdę zmieniło..?
-Ja... Ja potrzebowałem wiele czasu, żeby sobie to uświadomić. Wiem, że cię zraniłem i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Miała być zabawa i śmiech, ale... Ale stało się coś, czego nie przewidziałem. I gdybyś przeze mnie coś sobie zrobił to nie wybaczyłbym sobie tego do końca swojego życia... Bo pojawiło się we mnie takie uczucie, którego już nie umiem ukryć... Kocham cię- w jego głosie było coś, co sprawiało wrażenie, że słowa te pochodzą naprawdę z głębi serca. Nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie usłyszałem... Ale jeszcze większe było moje zdziwienie, gdy Andreas tuż po wypowiedzeniu tych słów przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
Na chwilę znowu się zapomniałem, a całe ciało przeszedł dreszcz. Nie mam pojęcia dlaczego go nie odepchnąłem. Chociaż tak bardzo chciałem to zrobić. Po prostu kompletnie straciłem rozum w pełni oddając się jego pocałunkowi. Wtedy nie liczyłem się z niczym, zupełnie tak jakby cały świat przestał mieć znaczenie, jakby w ogóle przestał istnieć... Gdy oderwałem się od ust Andreasa
i otworzyłem oczy zobaczyłem stojącego za nim Matthiasa. Stał może dwa metry dalej nie mówiąc nic. I nawet nie musiał nic mówić, bo z jego miny można było odczytać wszystko.
A ja już wiedziałem, że właśnie popełniłem największy błąd swojego życia. Błąd, za który przyjdzie mi słono zapłacić...



czwartek, 6 listopada 2014

Rozdział dwunasty

Był dopiero wczesny ranek, a ja już byłem w biurze z ogromnym uśmiechem na ustach. Każdy kolejny dzień bycia z Mattem był jak kolejne rozdziały cudownej bajki. Czasami zdarzały się drobne kłótnie i sprzeczki o byle co, ale nie miał one większej wagi. W sumie, nawet je trochę lubiłem, bo zawsze naszymi przeprosinami był słodki pocałunek.
Nie było idealnie, ale... Ja nie chciałem, żeby było idealnie. Przecież wciąż pamiętałem jak taka „ślepo idealna miłość” Andreasa się skończyła. Było dobrze. Było nam dobrze.
Mimo że wciąż miał swój osobny pokój często spał razem ze mną. Cudownie było mieć go tak blisko siebie przez całą noc. Czując jak jego klatka piersiowa zaczyna się podnosić i opadać coraz wolniej, jak oddech staje się miarowy. Cudownie było zasypiać z myślą, że on jest cały czas przy mnie, że nigdzie się nie wybiera.
Zupełnie jakbym wciąż miał resztki obaw, że to wszystko jednak okaże się fikcją, snem... Że pewnego dnia obudzę się, a go już nie będzie. Albo co chyba gorsze- że będę dla niego nikim. Starałem się jakoś odpędzić tę myśl od siebie, ale po prostu nie potrafiłem.
Przecież byłem pewien swoich uczuć i wiedziałem, że Matthias czuje to samo. Ale wciąż bałem się, że całe to moje szczęście pęknie w ułamku sekundy jak bańka mydlana. Robiłem wszystko, co mogłem, żeby jakoś wyzbyć się tego lęku, ale potrzebowałem na to czasu.
Miałem obok siebie cudownego, uczciwego, a przede wszystkim kochającego nad życie mężczyznę. To zabrzmi dziwnie, bo minęło już trochę czasu, jednak za każdym razem, gdy pomyślę, że Matthias jest moim chłopakiem na usta wkrada mi się uśmiech zupełnie jakbym nie dowierzał w to. A ja każdego dnia go całowałem i zapewniałem, że bardzo go kocham. Wiedziałem jednak, że gdy „jestem w pracy” musiałem zachowywać pewien dystans do Matta, tak aby ten niczego się nie domyślił wcześniej niż ja go o tym poinformuję. W gruncie rzeczy nieco bałem się tej rozmowy, ale miałem świadomość, że nie mogę tego przed nim ukrywać. Dlatego chciałem mu o wszystkim powiedzieć, ale w cztery oczy, w zaciszu domowym. Zasługiwał na długą i szczerą rozmowę, podczas której wszystko bym mu dokładnie wytłumaczył. Nie chciałem potem jakichś niepotrzebnych sprzeczek czy nieporozumień w tej sprawie.
Nie czułem się zbyt dobrze wiedząc, że- jakby tego nie wytłumaczyć- w pewien sposób go oszukuję. Mijały kolejne tygodnie, a ja za każdym razem mówiłem sobie „Dzisiaj mu powiem”. Tylko zazwyczaj, chociaż zaczynało się na dobrych chęciach, również na tych dobrych chęciach się kończyło.
Zawsze znajdywałem jakąś wymówkę: a to było za późno, a to byliśmy zmęczeni, a to nie wiedziałem jak to ubrać w słowa. Ale czas minął bardzo szybko i zanim się obejrzałem nastał listopad. Dwa miesiące. Dwa, cholernie długie miesiące kłamstw.
Nie tak powinno być, nie to nazywamy szczerością w związku. Nie chciałem go oszukiwać, ale nie wiedziałem też jak to wszystko odplątać. Sprawy się bardzo pokomplikowały i wyjście z tego wszystkiego stało się znacznie trudniejsze niż początkowo przewidywałem. Bo przecież miał przyjechać tylko na tydzień. Miał tu ze mną mieszkać, pracować, a po tych siedmiu dniach wrócić do Graz. I mieliśmy się już nigdy więcej nie spotkać. Ale szybko nawiązała się przyjaźń, miłość, pojawił się związek, który myślę oboje traktujemy jako coś poważnego. Nie spodziewałem się, że on tak bardzo namiesza w moim życiu... Gdybym teraz jakoś mógł cofnąć czas, o wszystkim powiedziałbym mu od razu, już przy pierwszym spotkaniu... Ale czy mogłem przypuszczać, że po zaledwie 3 miesiącach zostaniemy parą?
Gdyby tylko wszystko w życiu było takie proste, łatwe i przyjemne...
-Cześć Conchy- przywitał się całując w policzek i powodując tym samym, że serce zaczęło mi być sto razy szybciej. Nie miał nawet pojęcia jak bardzo wtedy się hamowałem, żeby nie rzucić się na niego i pocałować w należyty sposób...
-Dzień dobry wszystkim, dzień dobry kochana!- gdy do biura wszedł Rene w wyjątkowo- żeby nie powiedzieć podejrzanie- dobrym nastroju zacząłem się zastanawiać, o co im wszystkim chodzi... Szczerzyli się do mnie jak głupi do sera co na pewno nie było zbiegiem okoliczności. Czy oni wszyscy się czegoś nawąchali, czy jak..?
-Conchita, musimy porozmawiać- spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, a ten kontynuował- Znamy się już długo, dobrze wiesz, że zawsze jestem z tobą w stu procentach szczery i mówię prawdę, nawet jeśli nie zawsze jest bardzo miła, więc nie będę owijał w bawełnę- dlatego owija w bawełnę, mówiąc dlaczego nie będzie owijał w bawełnę. Tak to ma… głębszy sens- Nie wiem, czy możesz uznać tą informację za dobrą czy złą... Ale chcę Ci ją przekazać właśnie dzisiaj, bo jutro przecież Twoje urodziny- zaraz... że co?- Jedziesz na Eurowizję- powiedział na jednym wydechu, a ja przez chwilę myślałem, że się przesłyszałem.
-Co?- spytałem dość niemądrze
-ORF wybrał cię jako reprezentantkę Austrii na Konkursie Piosenki Eurowizji!- wykrzyknął radośnie porywając mnie w swoje ramiona i obracając się dookoła.
Miałem ochotę krzyczeć i płakać ze szczęścia naraz. Tak bardzo marzyłem, aby pewnego dnia chociaż pojechać na Eurowizję i posłuchać tych wspaniałych muzyków z przeróżnych zakątków Europy, a tymczasem to właśnie JA będę jednym z występujących na scenie. Nie ma nawet słów, żeby opisać jak bardzo byłem wtedy szczęśliwy, czułem, że wreszcie mam przed sobą ogromną szansę na to, aby zaistnieć na scenie muzycznej i na to, żeby podzielić się z Europą poglądami na nierzadko brutalną rzeczywistość, jaka nas otacza.
Byłem tak pochłonięty euforią, że kompletnie tracąc rozum i zapominając o peruce i sztucznych rzęsach odwróciłem się w stronę Matthiasa i przyciągnąwszy go bliżej obdarzyłem namiętnym pocałunkiem. Odpłynąłem na kilka sekund napawając się jego ustami, lecz po chwili gdy dotarło do mnie, co ja wyprawiam, odskoczyłem od niego jak poparzony.
-Przepraszam... Nie wiem, co mi do łba strzeliło, nie powinnam- grałem idiotkę bojąc się, że Matt dowie się prawdy. Zasługiwał na nią, ale na litość boską- nie w taki sposób i nie w takim miejscu!
W tej chwili natychmiast wykreowałem w głowie milion przeróżnych scenariuszy, jeden gorszy od drugiego. Ale TEGO się nie spodziewałem...
-Tom, dlaczego ty się tłumaczysz z tego, że mnie pocałowałeś? No chyba że te przeprosiny i skrucha tyczą się długości pocałunku. Bo był on krótki. Stanowczo za krótki....-powiedział niskim głosem i pocałował mnie łapczywie.
-To ty wiesz? Ale... Jak? Od kiedy?- z wielką niechęcią oderwałem się od niego i spytałem nie mogąc pojąć, jakim cudem on sam wszystkiego się domyślił. Czy to wina mojego niedopatrzenia? A może zasługa jego intuicji?
-Wiesz, w sumie to podejrzewałem to od dłuższego czasu. Ale pewności nabrałem zaledwie kilkanaście dni temu, kiedy zauważyłem ten karton sztucznych rzęs i tych wszystkich malowideł... Czekałem tylko, kiedy mi o tym powiesz- wyjaśnił patrząc mi prosto w oczy, a mi było tak strasznie głupio, że miałem ochotę zapaść się pod ziemię...
-Ja wiem, powinien był ci to powiedzieć od razu, przepraszam... Nie umiałem, bałem się... Zrozum, że to nie jest dla mnie łatwe- tłumaczyłem patrząc na niego błagalnym wzrokiem modląc się, aby najczarniejszy ze scenariuszy nie spełnił się nawet w części... Tak bardzo chciałem, żeby coś powiedział, nakrzyczał... Żeby zareagował w jakikolwiek sposób. Tymczasem stał wciąż naprzeciwko mnie ze wzrokiem, z którego nic nie mogłem odczytać. Nie miałem pojęcia, co się za chwilę stanie i ta niewiedza mnie zabijała. Zabijała z każdą kolejną sekundą powodując coraz większe wątpliwości. W przerażeniu oczekując choćby słowa ze strony Matthiasa znowu ogarnęły mnie czarne myśli... Co jeśli on uzna, że nie byłem wobec niego szczery? Co jeśli powie, że go zraniłem? Co jeśli powie, że podle go oszukałem? Co jeśli powie, że nie umie żyć z osobą, taką jak ja? Co jeśli powie, że to już koniec..?
-Tom, mi to kompletnie nie przeszkadza- uśmiechnął się delikatnie, a ja skarciłem siebie w myślach, że w ogóle przez myśl mogło mi przejść, że mogło być inaczej. Chociaż, de facto mógłbym mieć wtedy pretensje tylko i wyłącznie do siebie...- I nie obchodzi mnie nic innego... A wiesz czemu?- spojrzałem wyczekująco, ale odpowiedź, którą usłyszałem spowodowała, że przez chwilę miałem wrażenie jakby moje serce na moment przestało bić...- Bo cię kocham.
Jego słowa odbijały się echem w mojej głowie. To, że Matthias zdobył się na odwagę, aby to wyznać było ogromnym wyczynem. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że to wszystko jest dla niego czymś zupełnie nowym i najzwyczajniej w świecie potrzebuje trochę czasu, aby wszystko sobie poukładać. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że mnie kochał, ale wiedziałem jednak, że może minąć trochę czasu zanim usłyszę to z jego ust. Niby zwykłe dwa słowa, dziewięć liter, a wywołują tak piękne i miłe uczucie w sercu. Zwłaszcza wypowiedziane z taką prostotą, pięknem i przede wszystkim szczerością w głosie...
-No pocałujże go w końcu!- głos Rene szybko wyrwał mnie z zamyślenia. Na chwilę kompletnie zapomniałem o bożym świecie i w ogóle nie zwracałem uwagi na to, że nie jesteśmy tu sami...
Spojrzałem na Matta, który uśmiechnął się powoli przybliżając się do mnie i szepcąc wprost do ucha:
-Naprawdę cię kocham...-pewność, jaką dostrzegłem w jego oczach nie pozostawiała żadnych złudzeń... Przymykając oczy pocałowałem go wkładając w to wszystkie emocje, jakimi go darzę. Zupełnie tak, jakbym tym pocałunkiem chciał mu pokazać jak bardzo go kocham...
Zgromadzeni w biurze zaczęli gwizdać i bić brawa. Zaśmiałem się między pocałunkami zarzucając mu ręce na szyję.
W końcu oderwaliśmy się od siebie nie mogąc już złapać tchu. Oparł czoło o moje patrząc na mnie tymi pięknymi, ciemnoniebieskimi oczami przepełnionymi miłością. Czułem wtedy coś tak niesamowitego, czego nigdy wcześniej przy nikim nie poczułem. Czułem się prawdziwie i mocno kochany. Wiedziałem, że on naprawdę i kompletnie bezinteresownie mnie kochał, a jedyne o co prosił w zamian, to odwzajemnienie tej miłości. I to właśnie dostawał...
Oddałem mu całe swoje serce, wiedząc, że to nie będzie błędem. Zaryzykowałem, bo tak naprawdę nie miałem żadnej gwarancji, że nam się uda. I niczego nie żałuję. W końcu mogę powiedzieć, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. I nie muszę prosić o nic więcej, poza tym, żeby było już tak na zawsze...

Cały kolejny dzień spędziliśmy siedząc z całym zespołem i próbując ustalić plan na najbliższe tygodnie, przede wszystkim skupiając się na znalezieniu odpowiedniej piosenki na tak wielką imprezę jak Eurowizja, która jednocześnie będzie idealnie pasowała do moich możliwości wokalnych. Chociaż wtedy nie odczuwałem większej presji, wiedziałem, że prędzej czy później mnie dopadnie. Nie byłem też przekonany, jak na tą wiadomość zareagują Austriacy, chociaż znajdą się pewnie tacy, co będą to kochać i tacy, co nienawidzić. Zawsze powtarzam, że nie przejmuję się opiniami ludzi, którzy nic o mnie nie wiedzą. Ale nie oznacza to wcale, że jest mi to całkowicie obojętne. I na pewno milej będzie, mając jakieś wsparcie ze strony rodaków... Poza tym, słuchając tych wszystkich rad i opinii zacząłem mieć wątpliwości, czy będę w stanie stanąć na wysokości zadania. Czy Conchita będzie...
Rozmowa bardzo się przedłużyła i zanim się obejrzałem był już wieczór. Tak bardzo chciałem stamtąd już wyjść i spędzić chociaż część tych moich urodzin z Matthiasem, ale wiedziałem jednocześnie, że pewne rzeczy nie mogą zaczekać. W gruncie rzeczy byłem trochę zawiedziony, że nawet tego jednego dnia, nie mogę spędzić w całości z rodziną i przyjaciółmi. Z każdą kolejną godziną, przez którą wpatrywałem się w ekran telefonu zaczynałem coraz bardziej podejrzewać, że zapomniał... Ale, czy mógłby? Czy mój własny chłopak mógł zapomnieć o najważniejszym dniu mojego życia? O moich 25* urodzinach? Rene wszystkim poprzydzielał niekończącą się listę zadań do wykonania, więc teoretycznie z tego całego zapracowania mógł... Mógł najzwyczajniej w świecie zapomnieć. A ja nie mogłem mieć do niego o to pretensji, chociaż cichy zawód w sercu jest. Bo sądziłem, że spędzimy ten dzień we dwójkę, może za miastem, może u moich rodziców. Myślałem, że mógłbym go wreszcie przedstawić wszystkim swoim znajomym, że moglibyśmy gdzieś wyjść, napić się, potańczyć. Albo po prostu siedzieć w domu. Ale chciałem ten dzień spędzić z nim, a nie w studio. Tak właśnie go sobie wyobrażałem, ale wyszło jak wyszło. Dlatego zawsze powtarzam, że oczekiwania są bardzo niebezpieczne, bo możemy się na kimś zawieść, nawet jeśli ta osoba de facto nie jest niczemu winna. Ale czy zapomnienie o urodzinach własnego chłopaka można nazwać brakiem winy?
-Dobranoc i do jutra.
Rene zatrzymał się tuż pod moim domem uśmiechając się do mnie delikatnie zupełnie jakby się nic nie stało.
-Dziękuję i dobranoc- odpowiedziałem wysiadając auta. Na zewnątrz panował nieprzyjemny chłód i ciemność. Zasłoniłem szyję wiedząc, że mój głos, chociaż zawsze jest dla mnie na wagę złota, to w tym przypadku nawet jeszcze bardziej. Nerwowo szukałem kluczy w kieszeniach płaszcza. Robiłem to w tak niefortunny sposób, że gdy ostatecznie je odnalazłem natychmiast wypadły mi z ręki spadając z brzdękiem na chodnik. Schyliłem się wypuszczając jednocześnie perukę z rąk.
Podmuch wiatru poderwał ją do góry, na szczęście zatrzymała się w krzakach. Czując narastające poirytowanie podszedłem zdejmując ją szybko po drodze wchodząc w największą kałużę na całej ulicy.
„Zajebiśce, no po prostu zajebiśćie!” przekląłem w myślach wszystkie wydarzenia dnia dzisiejszego i tego, który tą ulicę budował. Czy dziury nie są po to, żeby je likwidować? I dlaczego, do jasnej cholery, jest tu tak ciemno?!
W końcu udało mi się jakoś uspokoić i otworzyć zamek w drzwiach. Wszedłem na klatkę schodową i od razu poczułem się o niebo lepiej. Bo było tam jasno, bo było tam ciepło i bo nie wiał tam wiatr. Wziąłem kilka głębokich wdechów czując jak moja frustracja opada.
Nie o takich urodzinach marzyłem...
Leniwym krokiem wchodziłem po schodach, a jedyne, czego wtedy pragnąłem to ciepła kąpiel i ciepłe łóżko. Cóż, mało romantyczne...
Tuż przed drzwiami poczułem przyjemny i delikatny zapach. Nacisnąłem klamkę, a na korytarzu dostrzegłem z obu stron pas kilkudziesięciu wysokich palących się świec i wąskie przejście zostawione między nimi. Powoli i ostrożnie szedłem w głąb mieszkania starając się żadnej z nich nie zgasić. Widok, jaki tam zastałem zaparł dech w piersiach. Rozglądałem się dookoła patrząc na te setki świec, porozkładane na prawie każdym centymetrze kwadratowym podłogi, na meblach, na stolikach i w całej kuchni czując jak do oczu zaczynają mi napływać łzy.
Odwróciłem się i zobaczyłem stojącego za sobą Matthiasa. Lecz zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, ten zaczął śpiewać....


Cały czas patrzył mi prosto w oczy, a ja miałem przeczucie jakby każdy wers tej piosenki był zadedykowany właśnie mnie. Wprost rzuciłem się na niego i przytuliłem do siebie nie mogąc już powstrzymać łez.
-Wszystkiego najlepszego- wyszeptał, po czym złożył na moich ustach delikatny pocałunek. Skarciłem siebie za to, że w ogóle mogło mi przyjść do głowy, że zapomniał o moich urodzinach...
Złapał mnie za rękę prowadząc do pięknie nakrytego stołu. I chociaż wiedziałem, że z jego talentem kucharskim w życiu nie ugotowałby takich smakołyków, to jednak musiał w to włożyć mnóstwo starań i czasu. W ten cały wystrój. Jeszcze raz rozejrzałem się po salonie mimowolnie uśmiechając się pod nosem. Usiadłem na kanapie opierając się o nią łokciami i patrząc na twarz Matthiasa. Przybliżyłem się całując go czule.
-Dziękuję- powiedziałem cicho na co ten tylko się uśmiechnął ponownie złączając nasze usta w pocałunku.
Ponownie poczułem jak całe moje ciało zadrżało, a w brzuchu pojawiło się dobrze znane, przyjemne uczucie. Położyłem dłoń na jego rozgrzanym policzku przymykając oczy i delikatnie rozchyliłem usta, co on natychmiast wykorzystał pogłębiając pocałunek. Wplotłem ręce w jego włosy jeszcze mocniej przyciskając do siebie. Jego miękkie i słodkie usta wprawiały mnie w obłęd, a dotyk jego dłoni pobudzał wszystkie zmysły. Wyglądało to na to, że z iskier, które były między nami od samego początku w końcu wykrzesał się prawdziwy żar i ogień. I nie zapowiadało się na to, żeby któryś z nas chciał go ugasić...
Powoli zaczynało nam już brakować tchu, ale żaden z nas nawet przez chwilę nie pomyślał o przerwaniu. Czułem jak jego chłodne ręce błądzące po moich plecach stopniowo zaczęły zjeżdżać coraz niżej zatrzymując się na moim udzie. Miałem wrażenie jakby było we mnie coś rozpalającego całe moje ciało i wszystkie zmysły. Po raz kolejny przeszła mnie fala gorąca i dreszczy.
Odchyliłem głowę łapczywie wdychając powietrze, a Matthias natychmiast zaczął składać pocałunki na mojej szyi. Przymknąłem lekko oczy w pełni oddając się jego pieszczotom.
Ciepło jego ust przyprawiało mnie o zawroty głowy i miałem coraz większe przeczucie, że emocje zaczynają brać nad nami górę.
Ponownie pocałował mnie namiętnie, a ja wydobyłem z siebie cichy jęk tak bardzo nie chcąc tego przerywać. Byłem bezbronny, to było silniejsze ode mnie. Zanim się obejrzałem znaleźliśmy się w pozycji leżącej ani na chwilę nie odrywając się od siebie. Myślę, że oboje dobrze wiedzieliśmy do czego to zmierza, dlatego szybko oderwałem się od niego delikatnie odsuwając się. Jeszcze chwila, a naprawdę straciłbym nad sobą panowanie i moglibyśmy się posunąć za daleko.
-Myślę, że.... Ekhm- odchrząknąłem niezbyt wiedząc jak ładnie to ubrać w słowa jednocześnie nie raniąc Matthiasa- Myślę, że to powinno trochę poczekać- dodałem nawet nie patrząc na niego, bo doskonale wiedziałem, że gdybym to zrobił mógłbym kompletnie stracić rozum.
-Tak... Chyba... Chyba trochę nas poniosło- uśmiechnął się niewinnie
Zaśmiałem się pod nosem. Trochę..?
-To... Na czym stanęliśmy?- spytałem patrząc na niego niepewnie. W jego spojrzeniu wciąż tliła się namiętność i pożądanie. Dostrzegłem błysk w jego oku, a chwilę później pochylił się nade mnąc całując mnie namiętnie, a ja po raz kolejny tego wieczora poczułem tysiące motylków w brzuchu...
-Na kolacji- wyszeptał przerywając i jak gdyby nigdy nic nakładając mi sałatkę. Przygryzłem dolną wargę wiedząc, że po tych wszystkich wrażeniach dnia dzisiejszego ciężko mi będzie zasnąć...

Obudziłem się czując coś bardzo nieprzyjemnie mokrego na twarzy.
-Matthias, no zlitujże się...-wymamrotałem z lekkim zażenowaniem w głosie. Czy on kompletnie oszalał, czy się upił? Obróciłem się w jego stronę, ale słysząc cichy pisk natychmiast się poderwałem.
Tuż obok ujrzałem zwiniętą w pościel małą, brązową osierścioną kulkę. Delikatnie podniosłem kołdrę wyciągając z niej psiaka. Ten zaczął wesoło machać ogonkiem kładąc tyciusią łapkę na moją rękę i wydając z siebie cichy dźwięk. Bardzo ostrożnie wziąłem go na ręce zauważając karteczkę przyczepioną na obróżce- „Kocham Cię, M.”
Z szerokim uśmiechem na twarzy spojrzałem na Matthiasa, który właśnie usiadł obok mnie.
-I jak, podoba się prezent?- uśmiechnął się do mnie szelmowsko doskonale wiedząc jaka będzie moja odpowiedź na to pytanie. Od kiedy tylko pamiętam marzyłem o tym, żeby mieć psa, ale rodzice nigdy nie mieli czasu, a potem gdy się wyprowadziłem do Wiednia sam nie miałbym się jak nim zaopiekować...
-Skąd wiedziałeś, że o tym marzyłem?- spytałem na chwilę odrywając wzrok od małego
-No wiesz...- zaśmiał się- Dobra, Rene mi pomógł. Tak samo jak z tą kolacją wczoraj. Pamiętasz jak kazał mi jechać do galerii?
Zaraz, zaraz... Czyli oni to sobie wszystko, dokładnie i ze szczegółami zaplanowali? Cały czas knuli za moimi plecami przygotowując tak cudowne niespodzianki? A ja dałem się na to wszystko nabrać i naprawdę zacząłem myśleć, że zapomnieli...
-No to Ci się udała niespodzianka.. Pytanie tylko, jak my teraz nazwiemy ten nasz „skarb”?
-Nie sądzisz, ze Bartie będzie idealne? [dop.aut.: Bart(niem.)=broda]
-O tak- przytaknąłem przytulając Bartiego do siebie. Matthias objął mnie ramieniem i pocałował delikatnie.
-Okej, przyznasz, że jesteśmy trochę... pokręconą rodzinką jak na ten świat- parsknąłem zastanawiając się jak bardzo komicznie usiało to wyglądać: dwóch wielkich facetów wtulonych w siebie z małym szczeniaczkiem na rękach. Nawet jak nasze czasy brzmi to... dziwnie.
-Wiesz, od czegoś trzeba zacząć budowanie tej rodziny- patrzył mi prosto w oczy, a ton głosu miał bardzo poważnie brzmiący. Delikatnie musnąłem jego usta uśmiechając się do siebie w duchu.
Próbowałem wyobrazić sobie, jakby to było mieć swoją własną rodzinę- ukochanego przy boku, gromadkę dzieci bawiących się w ogrodzie i wielki dom wypełniony głośnym śmiechem.
Nigdy nie wykluczałem możliwości założenia rodziny, ale nigdy też się nad tym głębiej nie zastanawiałem. Myślałem, że na takie myśli przyjdzie czas. Po trzydziestce, po czterdziestce...
Ale... Cholera.
Czy właśnie przeszło mi przez myśl, że chciałbym zostać ojcem? Po raz pierwszy w życiu, o tym pomyślałem. Po raz pierwszy poczułem, że chciałbym mieć prawdziwą, własną rodzinę. I nie z kimś tam. Z Nim... I ta myśl zaczynała mnie przerażać...
-Tom... Wszystko okej?
Matthias znał mnie lepiej niż ktokolwiek inny i wiedziałem, że dobrze wyczuje, kiedy skłamię...
-Co z nami będzie?- spytałem prosto z mostu, a chwilę później żałowałem, że nie ugryzłem się na czas w język... To nie jest czas na tak poważne rozmowy. Jesteśmy parą od dwóch miesięcy i nie możemy od siebie wymagań deklaracji na całe życie. Bardzo poważnych deklaracji.
Nie mamy nawet pewności co przyniesie nam jutrzejszy dzień, więc po co zamartwiać się tym, co będzie za rok, dwa, dziesięć, trzydzieści? Kochamy się i jesteśmy razem i tylko to się liczy...
-Thomas- złapał mnie za rękę robiąc głęboki wdech. Już sam fakt, że zwrócił się do mnie moim pełnym imieniem dał mi do zrozumienia, że sprawa jest naprawdę poważna. I tak w istocie było...- Mogę Ci obiecać, że będziemy żyli długo i szczęśliwie, że będziemy mieli wielką gromadkę dzieci i stadko piesków, wielki dom u wybrzeży oceanu i każdy dzień będzie idealny... Ale tego nie zrobię. Nie zrobię, bo oboje wiemy, że takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach albo komediach romantycznych. Ale powtórzę i będę ci to powtarzał zawsze: kocham cię. A co będzie dalej? Nie wiem i szczerze nie dbam o to. Chcę Cię po prostu zawsze mieć obok siebie. Chce z Tobą zasypiać i z Tobą się budzić... Chcę się śmiać i płakać, kłócić i godzin, krzyczeć i szeptać, obrzucać się śnieżkami i skakać do basenu, wieszać bombki na choince i tłuc się pisankami... Chce Ciebie i tylko Ciebie- wyszeptał, a chwilę później pocałował mnie namiętnie.
Wtuliłem głowę w jego tors czując jak po policzkach spływają mi łzy. Nie mogłem sobie wyobrazić piękniejszych słów. Wiedziałem, że to jest właśnie to, o czym zawsze marzyłem- prawdziwa miłość.
Matthias się bardzo zmienił. Z początku nieśmiały i niepewny swoich uczuć stopniowo zaczął oswajać się z myślą, „Okej, ja go kocham. I nie ma w tym nic złego”. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że to niekoniecznie jest miłe, łatwe i szybkie. Ludzie potrzebują na to tygodni, miesięcy, a nawet lat. Są tacy, których to przerasta. Którzy nie potrafią udźwignąć piętna bycia „innym”, bycia „gorszym”. Są ludzie, których bardzo łatwo jest zranić i nie zawsze po upadku są w stanie się podnieść. Robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc mu przez to przejść. Starałem się być delikatny, nie narzucać się, dać mu pewną przestrzeń osobistą i pozwolić spokojnie wszystko przemyśleć. Na każdym kroku okazywałem mu wsparcie i zapewniałem, że zawsze może na mnie liczyć. Jednak mimo moich ogromnych i szczerych chęci, nie było nic więcej, w czym mógłbym mu pomóc. To jest bardzo mocno zakorzenione w jego umyśle i to on musi pogodzić się ze swoją „innością”. Każdy z nas musi. Dlatego byłem bardzo szczęśliwy i w pewnym sensie dumny, że tak dobrze poradził sobie z tym. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się, że pójdzie to tak szybko.
Nie ma już żadnych zahamowań, żeby mnie pocałować, nie boi się mojej bliskości i nie boi się powiedzieć, że mnie kocha. Co więcej, jest przekonany o tym, że mnie kocha i całkowicie się z tym pogodził.
Uśmiechnąłem się pod nosem na wspomnienie naszego pierwszego spotkania. Tak bardzo byłem wdzięczny, że spotkałem wtedy tego Toma. Tak bardzo byłem wdzięczny, że poznano mnie z Matthiasem. Tak bardzo byłem wdzięczny, że zgodził się ze mną wyjechać. Tak bardzo byłem wdzięczny, że był przy mnie, gdy tego najbardziej potrzebowałem. Tak bardzo byłem wdzięczny, że mnie nie zostawił. Tak bardzo byłem wdzięczny, że mnie pokochał...
Gdzieś tam u góry ktoś skrupulatnie planuje, jak się dalej potoczy to nasze życie... I nawet jeśli dawno zna odpowiedź, może lepiej gdy nam teraz nic nie powie?






*przypominam tylko, że chociaż Conchita/Tom obchodzi dzisiaj swoje 26. urodziny to akcja dzieje się w 2013 roku, jeszcze przed Konkursem Piosenki Eurowizji :)