piątek, 22 sierpnia 2014

Rozdział pierwszy

12 miesięcy wcześniej…

Wysiadłem z taksówki trzaskając drzwiami i ciskając telefon do torby. Na usta cisnęła mi się długa wiązanka przekleństw i epitetów i z wielkim trudem powstrzymywałem się od wypowiedzenia ich na głos. Najchętniej to rozniósłbym najbliżej znajdujący się przedmiot w drobny mak.
Moja złość i ogólne rozbicie było na tyle uzewnętrznione, że zdołało przykuć uwagę młodego przechodnia.
-Przepraszam… Mogę jakoś Pani pomóc?- zaoferował się.
Szybko i dość bezpruderyjnie zmierzyłem nieznajomego wzrokiem. Wyglądał na osobę w moim wieku, może niewiele starszą. Mimo średniego wzrostu takiej sylwetki nie powstydziłby się niejeden sportowiec. Na głowie miał bujną czuprynę blond loków delikatnie zasłaniających pełne blasku zielone oczy. Uśmiechał się do mnie wesoło, co bardziej odbierałem jako wyraz przyjacielskiego nastawienia niż rozbawienia. Odetchnąłem z ulgą i w duszy dziękowałem Bogu za zesłanie mi tego młodzieńca.
-Pan wybaczy, nie bywam tutaj zbyt często… Dosyć awaryjna sytuacja…Nie zna Pan może jakiegoś dobrego, godnego zaufania fryzjera?- sam nie wiem, co mnie podkusiło, aby go o to zapytać, ale w końcu sam zaoferował mi pomoc.
 -Niestety nie…- niech to szlag!- Chociaż…W sumie…- od razu spojrzałem na niego z nadzieją w oczach, w sumie co?- Mam kolegę, który jest w tym świetny, chociaż nie jest zawodowcem…
-Z nieba mi spadłeś! Znaczy spadł Pan- automatycznie się poprawiłem w duchu przeklinając swoje wieczne roztargnienie.
-Skończmy tą ceremoniadę na „Pan- Pani”.Jestem Thomas- uśmiechnął się przyjacielsko i wyciągnął dłoń w moim kierunku. Już miałem powiedzieć „ja też”, ale w porę zdążyłem ugryźć się w język unikając kompletnego zbłaźnienia.
-Conchita- odpowiedziałem krótko odwzajemniając uśmiech i podając mu swoją dłoń, którą ten ucałował- Ojej- wypaliłem z głupim uśmiechem na twarzy.
Czy ja zawsze muszę z siebie robić „idiotkę”?
Thomas zaproponował przedstawić mi swojego kolegę. Prowadził mnie przez małe uliczki Graz, na których nigdy wcześniej nie byłem. Miałem tylko nadzieję, że nie przecenia on zdolności swojego przyjaciela. Wieczorem mam samolot do Wiednia, którym muszę wrócić... Moje myśli na chwilę przerwał dzwoniący telefon. Rzuciłem okiem na wyświetlacz. Przez chwilę odrobinę się wahałem, lecz ostatecznie wrzuciłem go z powrotem do torby ignorując połączenie od menedżera.
Rene wydzwania do mnie od rana, ale ja nie mam najmniejszej ochoty, żeby z nim teraz rozmawiać. Z pewnością natychmiast kazałby mi wracać i zrobił awanturę, że uganiam się za fryzjerem, a nic jeszcze nie jest zaplanowane na występ, który już za dwa dni. Naprawdę, kocham go jak drugiego ojca, ale czasami potrafi  robić z igły widły. A ja wbrew pozorom dość szybko daję się ponieść złości. Dlatego wolę nie odbierać, aby uniknąć niepotrzebnej kłótni. Chociaż z drugiej strony, jeżeli się okaże, że cała ta szopka, którą właśnie odstawiam, żeby zdobyć tego cholernego fryzjera pójdzie na marne, to sytuacja będzie w istocie nieciekawa, bo oznaczałoby to, że zmarnowałem kolejny cały dzień na nic, nie mam żadnego planu na występ podczas którego z pewnością będę wyglądał jak czupiradło. Znaczy, Conchita będzie, ale koniec końców jedziemy na jednym wózku…
Reasumując: lepiej, żebym zdobył tego fryzjera.
Zanim się zorientowałem staliśmy przed drzwiami ów geniusza sztuki czesania ludzi. Thomas zadzwonił dzwonkiem, a już po chwili otworzył nam elegancki mężczyzna w średnim wieku. Naturalnie gdy tylko mnie zobaczył zrobił taką minę jakby stał przed nim Adolf Hitler ze swoimi sprzymierzeńcami z karabinami maszynowymi w dłoniach, a nie brodata drag queen z marną w porównaniu do karabinów torebką, acz zdecydowanie bardziej humanitarną i, przynajmniej jak dla mnie, bardziej przydatną… Przeleciał mnie wzrokiem od stóp do głów z wyraźną dezaprobatą i odrazą w oczach, czego w żaden sposób nie starał się ukryć, bo i po co sprawiać wrażenie miłego.
Zdążyłem się już przyzwyczaić do tego typu sytuacji, więc uśmiechnąłem się najsztuczniej jak tylko się da i wydukałem "dobry wieczór".
-O witaj, Thomas, Matthias jest u siebie- powiedział ów mężczyzna uśmiechając się od ucha do ucha do Toma, kompletnie ignorując moją obecność dość bezczelnie
Odsunął się na bok sugerując, abyśmy weszli do środka .
Thomas udał się w kierunku schodów, a ja tuż za nim. Ostatni raz rzuciłem okiem na nieznajomego, który zniknął już za drzwiami. Ludzie czasami potrafią w jednej chwili wyprać cię z jakichkolwiek nadziei, że nasza cywilizacja jest w jakimkolwiek stopniu cywilizowana...
Gdy tylko przekroczyliśmy próg zobaczyłem siedzącego w kącie mężczyznę z laptopem na kolanach. Miał ciemnobrązowe włosy w lekkim nieładzie i równie ciemne oczy świecące jak diamentowy pierścionek w słońcu... Thomas rzucił coś na przywitanie, a ja zganiłem siebie w myślach za tak kretyńskie i zniewieściałe porównanie jakie nasunęło mi się na myśl. „Za dużo Conchity” rzuciłem zupełnie tak jakby to w ogóle cokolwiek tłumaczyło jednak w tamtej chwili byłem w pełni usatysfakcjonowany taką puentą… Nieznajomy podszedł bliżej uśmiechając się i za wszelką cenę starając się zachować pozory, zupełnie tak jakbyśmy codziennie na ulicy widywali "babę z brodą" co muszę przyznać nieco mnie rozczuliło.
Thomas przedstawił mnie koledze i rzucił dwa zdania wytłumaczenia, czemu mnie tutaj przyprowadził, po czym żegnając się błyskawicznie zniknął z pokoju zostawiając nas kompletnie samych.
Matthias z całych sił próbował się zachowywać taktownie, lecz kątem oka widziałem, że gapił się na mnie jak na obrazek. Zaśmiałem się cicho z jego niefrasobliwości. Był naprawdę uroczy, gdy próbował zachęcić mnie do jakiejś rozmowy uśmiechając się lecz gdy tylko nasze spojrzenie się skrzyżowały spuszczał wzrok jakby w obawie, że odbiorę to negatywnie...
-Sprawa wygląda tak… -odchrząknąłem starając się utrzymać odpowiedni ton głosu, aby wyrazić powagę całej sytuacji, co wnioskując po minie wyraźnie zbitego z tropu Matthiasa zapewne bardzo marnie mi szło...- Potrzebuję fryzjera, a Thomas mówił, że jesteś w tym świetny, więc przyszłam tutaj prosić cię, abyś jakoś mnie uczesał, abym mogła to sprawdzić, bo mam dla ciebie pewną propozycję- wyrzuciłem na jednym oddechu
Matthias milczał przez chwilę układając sobie w głowie zdanie obfite w tak wiele treści.
Sam prze chwilę zwątpiłem, czy moje zachowanie nie jest ,,trochę nie na miejscu”, lecz nie mogłem inaczej postąpić.
Ku mojej uciesze Matt przystał na moją propozycję. Przyniósł mi kawę oraz ciasteczka i posadził na krześle przed wielkim lustrem. Widząc nieśmiałość i lekkie zdenerwowanie Matthiasa zacząłem jakąś idiotycznie bezsensowną rozmowę w stylu "co jest lepsze- tęcza na niebie, czy tęcza na niebie?" chcąc rozluźnić trochę atmosferę. Zdążyłem już przywyknąć, do tego, że ludzie bywają nieufni i zdystansowani w towarzystwie Conchity, więc za wszelką cenę starałem się pokazać, że nie gryzę, jestem człowiekiem a nie jakimś kosmitą i ze mną też można normalnie porozmawiać.
Na szczęście dla mnie, Matt okazał się bardzo zabawnym i miłym gościem. Od razu zorientowałem się, że nadajemy na podobnych falach i już po kilkunastu minutach śmialiśmy się i żartowaliśmy jakbyśmy znali się od lat, a nie od pół godziny. Co rusz odkrywaliśmy kolejne rzeczy które nas łączą i kolejne tematy o których możemy dyskutować dniami i nocami. Byłem naprawdę pozytywnie zaskoczony, że Matthias jest tak otwarty na osobę, której praktycznie nie zna i której wygląd większość ludzi wprawia albo w konsternację, albo w śmiech.
-Gotowe- powiedział w końcu z  wyraźną dumą i zadowoleniem w głosie uśmiechając się od ucha do ucha. Jego pewność siebie była pierwszym znakiem wskazującym na to, że może zajść daleko... O ile tylko zechce..
Spojrzałem w lustro i muszę powiedzieć, że byłem pod wrażeniem. Wyglądałem tak świetnie, że oczywiście nie biorąc pod uwagę brody, przez chwilę miałem wrażenie, że w lustrze widzę prawdziwą kobietę.
Obróciłem się do Matthiasa, który jakby pozbawiony nieco swojej pewności siebie patrzył wyczekując jakiejś reakcji z mojej strony...
-Zajebiście. Po prostu zajebiście- gdy wypowiedziałem te słowa Matt jakby odetchnął z ulgą i zaśmiał się.- Powinieneś być zawodowym fryzjerem… Właściwie, czemu nim nie jesteś?- zapytałem wprost nie zastanawiając się, czy pytanie to nie jest zbyt wścibskie. Zorientowałem się, że powinienem był się zastanowić, gdy zobaczyłem że jego uśmiech natychmiast zniknął z twarzy- Wybacz, nie powinnam się wtrącać w nie swoje sprawy… Wybacz…- powtórzyłem. Było mi strasznie głupio, że nie potrafiłem utrzymać języka za zębami, choć z drugiej strony reakcja Matta nieco mnie zmartwiła…
-Nie, spokojnie, nic się nie stało przecież…- uśmiechnął się niewyraźnie- Może usiądziemy?- zaproponował po chwili krępującej ciszy, a ja już wiedziałem, że sprawa jest poważniejsza.
-Tu chodzi o moich rodziców… Oni od kiedy pamiętam układali swój własny plan na moje życie niezbyt uwzględniając moje zdanie na ten temat. Nie wtrącałem się, bo nie miałem ochoty na kłótnie, poza tym to, czy będę chodził do tej szkoły czy do tamtej niezbyt robiło mi wielką różnicę. Tylko problemy zaczęły się gdy stałem się dorosły. Dzień po moich osiemnastych urodzinach zdecydowałem się porozmawiać z nimi na temat mojej przyszłości, pracy… Już wtedy doskonale wiedziałem, że pragnę zostać fryzjerem, bo to jedyny zawód, w którym mógłbym się sprawdzić i spełnić. Usiadłem z nimi przy stole uśmiechnięty od ucha i radośnie obwieściłem swoje zamiary. Lecz ich miny nie zwiastowały aprobaty mojej decyzji. Ojciec się wściekł, zaczął mi wypominać, że nie po to on tak ciężko pracował, wydawał ogromne pieniądze na moją naukę abym ja to wszystko zmarnował i poszedł czesać ludzi, zupełnie jakby oni nie potrafili sami tego zrobić. Możesz sobie wyobrazić, jak się wtedy poczułem. Byłem kompletnie załamany i rozgoryczony. Zawsze tłumaczyłem sobie jego zachowanie tym, że pragnie jak najlepiej, stara się a że rzadko okazuje mi miłość… No cóż, taki ma charakter. Ale takiego wybuchu się nie spodziewałem. Usłyszałem wtedy takie słowa, których ja nawet największemu wrogowi nie ośmieliłbym się powiedzieć… Tak czy siak, skończyło się na tym, że mam iść na prawo, tak jak ojciec, żeby pewnego dnia przejąć jego kancelarię i nie przynieść wstydu naszej rodzinie…- zakończył swoją opowieść a ja nawet nie wiedziałem, co mam powiedzieć.
-Przykro mi, naprawdę…- wydusiłem w końcu.- Naprawdę masz zadatki na świetnego fryzjera… Wiesz… Ja też nie miałam łatwo. Wychowałam się w małej wiosce, byłam obiektem drwin i żartów połowy dzieciaków ze szkoły. Nikt nawet nie wyobrażał sobie, że pewnego dnia mogę coś w życiu osiągnąć. A tu proszę. I wiesz co… Gdybym pewnego pochmurnego dnia nie podjęła decyzji, że rzucam wszystko co mam i jadę do Wiednia w pogoni za marzeniami, to najprawdopodobniej teraz byłabym nikim… Musisz tylko postawić się rodzicom… Chcesz zmarnować swoje życie?- spojrzałem na niego
-Nie, oczywiście, że nie… Ale co mam zrobić? Gdzie mam jechać? Gdzie mieszkać? Jak zarobić na szkołę?- zasypał mnie pytaniami
-Jedź do Wiednia. Ze mną.- rzuciłem impulsywnie nieświadomy tego, jak bardzo te słowa zmienią całe moje dotychczasowe życie i wywrócą cały porządek mojego świata do góry nogami…

***
Wciąż klimat tajemniczy :D
Dosyć długo i średnio-na-jeża :p
W sumie... Miało być odrobinę zabawnie, a jak wyszło to nie jestem pewna :)

Mam nadzieję, że wciąż będziecie śledzili losy naszego ukochanego Thomasa ♥
Nowy rozdział pod koniec przyszłego tygodnia, będzie trochę więcej emocji i pojawi się nowy bohater... :)

Buziaczki :*

Tyśka

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Prolog

-Boże, coś ty najlepszego narobił?!- rzuciłem się na kolana chyba nie do końca sam wierząc w to, co się tutaj przed chwilą stało. Z początku czułem wielką złość na niego. Naprawdę, miałem ochotę udusić go na miejscu choćby i gołymi rękoma…Lecz natychmiast dopadła mnie myśl, że za chwilę mogę stracić go już na zawsze, a to najgorsze co może mnie spotkać… Nie chcę kłamać, że nie mogę bez niego żyć, bo mogę…Ale co to za życie?
Czułem jakby ktoś ścisnął mi wszystkie wnętrzności , serce waliło mi jak oszalałe a ja wciąż jak w amoku powtarzałem: „Boże” powoli tracąc oddech przez własne łzy.
-Kocham cię, najmocniej na świecie, rozumiesz to?- majaczyłem lekko sam nie do końca wiedząc, co chcę powiedzieć - Kocham Cię…. Błagam, zostań ze mną. Zostań- powtórzyłem spoglądając przez łzy w jego oczy.
Czułem, że jest coś, co po prostu muszę zrobić, abym potem nie żałował do końca życia. W tamtej chwili miałem kompletnie za nic to, że są tutaj dziesiątki tysięcy ludzi, pełno dziennikarzy, fotoreporterów i kamer. Chciałem jeszcze ten jeden raz posmakować jego słodko-gorzkich ust…
-Kocham cię…- wyszeptałem po raz kolejny i zachłannie wpiłem się w jego usta. Czułem się zupełnie tak jak podczas naszego pierwszego pocałunku: ten sam prąd przechodzący przez moje ciało, ta sama fala ciepła, te same motylki w brzuchu, to samo uczucie…Starałem się zapamiętać każdy ułamek sekundy tego idealnego pocałunku, bo być może będzie to ostatnie, co mi po nim pozostanie…
On nie musiał nawet nic mówić. Nie wiem nawet czy byłby w ogóle w stanie… Leżał przede mną w powiększającej się kałuży krwi, cały zlany potem dysząc ciężko… Na jego twarzy widoczny był wyraźny grymas bólu, chociaż wiem, że z całych sił starał się nie skupiać na nim swoich myśli.
-Moje serce od pierwszej chwili, gdy cię ujrzałem należy tylko i wyłącznie do ciebie… Kocham cię…
-Wiem- wydyszał w odpowiedzi z trudem łapiąc oddech. Widać już było, że  traci kontakt z rzeczywistością. Oczy powoli zaczęły się przymykać zupełnie tak, jakby za chwilę miał zasnąć.
Wierzyłem w to. Chciałem w to wierzyć.
Mogę przysiąc, że po tym jak to powiedział na jego twarzy pojawił się bardzo delikatny uśmiech. Ani na chwilę nie spuściłem z niego swojego wzroku, lecz on nie uraczył mnie już ani jednym spojrzeniem…
Miałem wrażenie, że świat kręci się trzy razy szybciej. Zbiegło się mnóstwo lekarzy, policjantów, ratowników, ludzi z noszami, apteczkami i skomplikowanymi aparaturami, których nawet nie potrafię nazwać. Ktoś odciągnął mnie na bok i posadził na czymś miękkim cały czas wachlując i mówiąc coś do mnie. Ale ja niczego nie słuchałem. Milczałem, bo chyba dopiero wtedy naprawdę do mnie dotarło to, co się stało kilka minut temu…


***
i BUM, oto bardzo krótki i myślę, że równie tajemniczy prolog ;)
Nie zamierzam się rozpisywać, bo chętnie potrzymam was w tej niepewności, więc dodam tylko na koniec, że rozdział pierwszy pojawi się w sobotę :)

Buziaki :*
Tyśka