10 miesięcy wcześniej…
-Ale dlaczego nie możemy iść z nim?- drążył dalej temat
Andreas
-Bo on nie wie, że my… no wiesz…- powiedziałem ledwie
słyszalnie. Sam byłem na siebie zły, że
od ponad miesiąca nie mogę się zebrać w garść i powiedzieć Matthiasowi prawdę.
Jest moim przyjacielem i zasługuje na to, żeby wiedzieć.
Ale tak cholernie się bałem, że go stracę. Snułem czarne
wizje, że jak dowie się, że jestem gejem to natychmiast ucieknie jak najdalej
ode mnie w obawie, że kiedyś mogę do niego poczuć coś więcej.
Źle się czułem rozmawiając z Matthiasem, bo mimo że przecież
w niczym go nie okłamałem, nie byłem z nim do końca szczery… I tu nie chodzi o
moją orientację, bo de facto nigdy nie rozmawiamy na takie tematy… Po prostu
przyjaciele powinni chyba sobie takie rzeczy mówić… prawda?
-Wspaniale- odrzekł z przekąsem- Wprost cudownie, Thomasku!
A możesz mi łaskawie powiedzieć, kiedy masz zamiar go uświadomić?!- był na mnie
zły, ale nie mogłem go za to winić
-Nie wiem jeszcze..
-Świetnie!- wykrzyknął nerwowo chodząc po pokoju
-Andreas… Andreas, hej ,no popatrz na mnie- powtórzyłem
podchodząc do niego bliżej- Proszę, nie kłóćmy się już o to… Nie lubię jak się
kłócimy…
-Ja też nie- wymruczał cicho podnosząc na mnie swój wzrok,
uśmiechnąłem się do niego delikatnie- Ale i tak mam ochotę cię udusić…
-Tak, tak, też cię kocham skarbie- odpowiedziałem śmiejąc
się pod nosem po czym pocałowałem go delikatnie- Dobra, a teraz musimy poważnie
porozmawiać…
-Yyyy, a nie możemy najpierw wrócić do poprzedniej
czynności?
-Nie, naj…- zacząłem lecz zanim zdążyłem w jakikolwiek
sposób temu zapobiec Andreas pochylił się i pocałował mnie namiętnie…
Dni mijały powoli, jeden po drugim. Promyki słońca powoli
ustępowały miejsca chmurom. Drzewa zaczęły zmieniać swoje „kreacje”.
Cały Wiedeń stał się szary i ponury. Jeszcze tylko
gdzieniegdzie można było spotkać jakichś turystów korzystających z ostatnich
dni urlopów.
Mimo niesprzyjającej aury i powszechnej melancholii za
ciepłym i słonecznym latem wcale nie odczuwałem przygnębienia.
Mówi się, że szczęśliwi czasu nie liczą. W moim przypadku
dodałbym do tego, że również nie przejmują się niczym innym, poza ów źródłem
szczęścia…
Mogłoby nawet teraz spaść pięć metrów śniegu, okna
zamarznąć, a na dworze szaleć zamieć śnieżna.
Nie obchodziłoby mnie to. Nie obchodziłoby mnie to dopóki
miał bym jego przy sobie…
To zabawne. Tak niewielu z nas potrafi dostrzec jak mało nam
potrzeba do prawdziwego szczęścia. Żyjemy w ciągle niekończącej się pogoni za
dobrami materialnymi, a nasz apetyt stale rośnie w miarę jedzenia. Niewielu z
nas umie sobie powiedzieć „dość”, większość zachowuje się jak roboty
zaprogramowane na „Jak najwięcej. Dla siebie”.
Prawie każdy z nas będąc młodszym marzył o wielkiej sławie,
fortunie, wypasionej chacie i super dziewczynie… Chociaż w moim przypadku to
ostatnie nigdy nie było brane pod uwagę... Ale nie to jest ważne. Każdy z nas
myślał jak zwykły materialista. Przynajmniej przez jakiś czas, przynajmniej
przez chwilę…
Dopiero wychowanie naszych rodziców, własne doświadczenia, a
przede wszystkich nieustające poszukiwanie sensu w naszym życiu, istnieniu
spowodowało zmianę hierarchii wartości w naszym życiu.
Również ja, jako mały chłopiec nie marzyłem o wielkiej
miłości, ale o zbudowaniu samemu sobie domu z klocków LEGO…
Dopiero później zacząłem myśleć o tym, że miło byłoby mieć w
tym domku z klocków kogoś jeszcze…
Kogoś z kim mógłbym się razem śmiać i płakać, z kim mógłbym
dzielić wszystkie smutki i radości, który pocieszałby mnie ale i też gdy byłaby
taka potrzeba ustawił do pionu… I chyba go już znalazłem…
-…Tom, czy ty mnie w ogóle słuchasz?- głos mojego chłopaka
wyrwał mnie z zamyślenia
-Tak, oczywiście, że tak-natychmiast odpowiedziałem, na co Andreas zaśmiał się
głośno dobrze wiedząc, że łżę jak z nut- A o czym mówiłeś?
-Co ty na to, aby iść do wesołego miasteczka? –spytał pełen
nadziei uśmiechając się do mnie od ucha do ucha. Wyglądał jak przeurocze małe
dziecko proszące o lizaka…
-Pewnie- zgodziłem się, bo jak mogłem odmówić takiemu
„słodziakowi”? Andreas w euforii rzucił się na mnie całując czule, kompletnie
zapominając, że nie jesteśmy w tym parku sami…
-Ooooo… Wybaczcie chłopcy, ale jesteście tacy słodcy, że nie
idzie od was ocząt oderwać- starsza pani siedząca na ławce obok uśmiechnęła się
do nas serdecznie.
-Dziękujemy- odrzekłem niepewnie zaskoczony tak pozytywną
reakcją, a Andreas śmiejąc się pod nosem przytulił się do mnie całując w
policzek.
-Eh, gdyby mój mąż miewał czasem takie momenty
spontanicznego okazywania miłości…- zaśmiała się- No cóż, życzę wam dużo siły i
szczęścia w tej miłości.
Odwzajemniłem uśmiech dziękując za miłe słowa, a Andreas
żegnając się szybko złapał mnie za rękę ciągnąc w stronę obiecanego wesołego
miasteczka…
W nocy długo jeszcze nie mogłem zasnąć przez natłok
pozytywnych wrażeń z dnia dzisiejszego. W wesołym miasteczku bawiliśmy się
świetnie, a dzięki Andreasowi mogłem znowu poczuć się beztrosko jak dziecko.
Ale chyba najbardziej w pamięć zapadła mi zaskakująco
serdeczna reakcja starszej pani w parku.
Prawda, Wiedeń jest dość tolerancyjnym miastem i sądzę, że
na ulicy widok homoseksualnej pary spacerującej za rękę nie zrobiłby na
przechodniach większego wrażenia…
Mimo to byłem bardzo zaskoczony, że nie tylko nie
powiedziała niczego nieprzyjemnego, ale wprost przeciwnie- była dla nas bardzo
miła.
O ile spotkałem się już z ludźmi, którzy nie mieli nic
przeciwko mojej „odmiennej orientacji”, to myślę, że rzadko by się zdarzyło,
aby temu komuś nie przeszkadzał fakt, że ktoś przed chwilą mnie pocałował…
Czy to oznacza, że coś się zmienia? Czyżby po
kilkudziesięciu latach darzenia „nas” nienawiścią w ludziach coś pękło?
Przejrzeli w końcu na oczy i zrozumieli, że to jakiej płci, religii czy
karnacji jest osoba, którą kochamy jest bez znaczenia?
Bardzo chciałbym żeby tak było. Niestety obawiam się, że
ludzie nawet jeśli zrozumieli, że orientacja seksualna nie jest czymś, co można
sobie wybrać, to wciąż uważają homoseksualizm za chorobę… A przecież już od
ponad 20 lat oficjalnie nią nie jest…
Dlaczego jest to tak trudne do zrozumienia?
Każdy z nas jest inny, ale to nie powód, aby obrażać i
uważać się za tych „lepszych”… Nie są w stanie dać nam odrobiny szacunku, a co
dopiero tu mówić o równych prawach…
Ale to się zmieni. Jestem pewien, że pewnego pięknego dnia
to się zmieni… Nie wiem kiedy, ale ten dzień z pewnością nadejdzie. A TY lepiej
dobrze się wtedy zastanów, którą drogę wolisz- wzajemnej miłości czy
nienawiści…