sobota, 27 września 2014

Rozdział szósty



10 miesięcy wcześniej…
-Ale dlaczego nie możemy iść z nim?- drążył dalej temat Andreas
-Bo on nie wie, że my… no wiesz…- powiedziałem ledwie słyszalnie.  Sam byłem na siebie zły, że od ponad miesiąca nie mogę się zebrać w garść i powiedzieć Matthiasowi prawdę. Jest moim przyjacielem i zasługuje na to, żeby wiedzieć.
Ale tak cholernie się bałem, że go stracę. Snułem czarne wizje, że jak dowie się, że jestem gejem to natychmiast ucieknie jak najdalej ode mnie w obawie, że kiedyś mogę do niego poczuć coś więcej.
Źle się czułem rozmawiając z Matthiasem, bo mimo że przecież w niczym go nie okłamałem, nie byłem z nim do końca szczery… I tu nie chodzi o moją orientację, bo de facto nigdy nie rozmawiamy na takie tematy… Po prostu przyjaciele powinni chyba sobie takie rzeczy mówić… prawda?
-Wspaniale- odrzekł z przekąsem- Wprost cudownie, Thomasku! A możesz mi łaskawie powiedzieć, kiedy masz zamiar go uświadomić?!- był na mnie zły, ale nie mogłem go za to winić
-Nie wiem jeszcze..
-Świetnie!- wykrzyknął nerwowo chodząc po pokoju
-Andreas… Andreas, hej ,no popatrz na mnie- powtórzyłem podchodząc do niego bliżej- Proszę, nie kłóćmy się już o to… Nie lubię jak się kłócimy…
-Ja też nie- wymruczał cicho podnosząc na mnie swój wzrok, uśmiechnąłem się do niego delikatnie- Ale i tak mam ochotę cię udusić…
-Tak, tak, też cię kocham skarbie- odpowiedziałem śmiejąc się pod nosem po czym pocałowałem go delikatnie- Dobra, a teraz musimy poważnie porozmawiać…
-Yyyy, a nie możemy najpierw wrócić do poprzedniej czynności?
-Nie, naj…- zacząłem lecz zanim zdążyłem w jakikolwiek sposób temu zapobiec Andreas pochylił się i pocałował mnie namiętnie…

Dni mijały powoli, jeden po drugim. Promyki słońca powoli ustępowały miejsca chmurom. Drzewa zaczęły zmieniać swoje „kreacje”.
Cały Wiedeń stał się szary i ponury. Jeszcze tylko gdzieniegdzie można było spotkać jakichś turystów korzystających z ostatnich dni urlopów.
Mimo niesprzyjającej aury i powszechnej melancholii za ciepłym i słonecznym latem wcale nie odczuwałem przygnębienia.
Mówi się, że szczęśliwi czasu nie liczą. W moim przypadku dodałbym do tego, że również nie przejmują się niczym innym, poza ów źródłem szczęścia…
Mogłoby nawet teraz spaść pięć metrów śniegu, okna zamarznąć, a na dworze szaleć zamieć śnieżna.
Nie obchodziłoby mnie to. Nie obchodziłoby mnie to dopóki miał bym jego przy sobie…
To zabawne. Tak niewielu z nas potrafi dostrzec jak mało nam potrzeba do prawdziwego szczęścia. Żyjemy w ciągle niekończącej się pogoni za dobrami materialnymi, a nasz apetyt stale rośnie w miarę jedzenia. Niewielu z nas umie sobie powiedzieć „dość”, większość zachowuje się jak roboty zaprogramowane na „Jak najwięcej. Dla siebie”.
Prawie każdy z nas będąc młodszym marzył o wielkiej sławie, fortunie, wypasionej chacie i super dziewczynie… Chociaż w moim przypadku to ostatnie nigdy nie było brane pod uwagę... Ale nie to jest ważne. Każdy z nas myślał jak zwykły materialista. Przynajmniej przez jakiś czas, przynajmniej przez chwilę…
Dopiero wychowanie naszych rodziców, własne doświadczenia, a przede wszystkich nieustające poszukiwanie sensu w naszym życiu, istnieniu spowodowało zmianę hierarchii wartości w naszym życiu.
Również ja, jako mały chłopiec nie marzyłem o wielkiej miłości, ale o zbudowaniu samemu sobie domu z klocków LEGO…
Dopiero później zacząłem myśleć o tym, że miło byłoby mieć w tym domku z klocków kogoś jeszcze…
Kogoś z kim mógłbym się razem śmiać i płakać, z kim mógłbym dzielić wszystkie smutki i radości, który pocieszałby mnie ale i też gdy byłaby taka potrzeba ustawił do pionu… I chyba go już znalazłem…
-…Tom, czy ty mnie w ogóle słuchasz?- głos mojego chłopaka wyrwał mnie z zamyślenia
-Tak, oczywiście, że tak-natychmiast  odpowiedziałem, na co Andreas zaśmiał się głośno dobrze wiedząc, że łżę jak z nut- A o czym mówiłeś?
-Co ty na to, aby iść do wesołego miasteczka? –spytał pełen nadziei uśmiechając się do mnie od ucha do ucha. Wyglądał jak przeurocze małe dziecko proszące o lizaka…
-Pewnie- zgodziłem się, bo jak mogłem odmówić takiemu „słodziakowi”? Andreas w euforii rzucił się na mnie całując czule, kompletnie zapominając, że nie jesteśmy w tym parku sami…
-Ooooo… Wybaczcie chłopcy, ale jesteście tacy słodcy, że nie idzie od was ocząt oderwać- starsza pani siedząca na ławce obok uśmiechnęła się do nas serdecznie.
-Dziękujemy- odrzekłem niepewnie zaskoczony tak pozytywną reakcją, a Andreas śmiejąc się pod nosem przytulił się do mnie całując w policzek.
-Eh, gdyby mój mąż miewał czasem takie momenty spontanicznego okazywania miłości…- zaśmiała się- No cóż, życzę wam dużo siły i szczęścia w tej miłości.
Odwzajemniłem uśmiech dziękując za miłe słowa, a Andreas żegnając się szybko złapał mnie za rękę ciągnąc w stronę obiecanego wesołego miasteczka…

W nocy długo jeszcze nie mogłem zasnąć przez natłok pozytywnych wrażeń z dnia dzisiejszego. W wesołym miasteczku bawiliśmy się świetnie, a dzięki Andreasowi mogłem znowu poczuć się beztrosko jak dziecko.
Ale chyba najbardziej w pamięć zapadła mi zaskakująco serdeczna reakcja starszej pani w parku.
Prawda, Wiedeń jest dość tolerancyjnym miastem i sądzę, że na ulicy widok homoseksualnej pary spacerującej za rękę nie zrobiłby na przechodniach większego wrażenia…
Mimo to byłem bardzo zaskoczony, że nie tylko nie powiedziała niczego nieprzyjemnego, ale wprost przeciwnie- była dla nas bardzo miła.
O ile spotkałem się już z ludźmi, którzy nie mieli nic przeciwko mojej „odmiennej orientacji”, to myślę, że rzadko by się zdarzyło, aby temu komuś nie przeszkadzał fakt, że ktoś przed chwilą mnie pocałował…
Czy to oznacza, że coś się zmienia? Czyżby po kilkudziesięciu latach darzenia „nas” nienawiścią w ludziach coś pękło? Przejrzeli w końcu na oczy i zrozumieli, że to jakiej płci, religii czy karnacji jest osoba, którą kochamy jest bez znaczenia?
Bardzo chciałbym żeby tak było. Niestety obawiam się, że ludzie nawet jeśli zrozumieli, że orientacja seksualna nie jest czymś, co można sobie wybrać, to wciąż uważają homoseksualizm za chorobę… A przecież już od ponad 20 lat oficjalnie nią nie jest…  Dlaczego jest to tak trudne do zrozumienia?
Każdy z nas jest inny, ale to nie powód, aby obrażać i uważać się za tych „lepszych”… Nie są w stanie dać nam odrobiny szacunku, a co dopiero tu mówić o równych prawach…
Ale to się zmieni. Jestem pewien, że pewnego pięknego dnia to się zmieni… Nie wiem kiedy, ale ten dzień z pewnością nadejdzie. A TY lepiej dobrze się wtedy zastanów, którą drogę wolisz- wzajemnej miłości czy nienawiści…

poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział piąty



Teraźniejszość… (powrót do wydarzeń z prologu)

Zdawało mi się, że wszystko to, co słyszę dookoła, wszystkie dźwięki jakie dobiegają do moich uszu zlewają się w jeden, przeraźliwie głośny pisk. Zasłoniłem uszy dłonią mocno ściskając powieki. Jeden głęboki wdech. Powoli otworzyłem oczy, lecz przez łzy niewiele widziałem…
-Tom! Mój Boże, Tom!- usłyszałem krzyk Jacquesa próbującego przebić się przez tłum ludzi, bez słowa podbiegł do mnie przytulając do siebie. Łkałem mu w rękaw, a on o nic nie pytał. Głaskał po głowie co chwile powtarzając „będzie dobrze, będzie dobrze…” . Niezbyt wiedziałem,  czy chce tym przekonać mnie, czy może siebie samego. Ale to nie miało żadnego znaczenia…
- Wszystko w porządku? Coś cię boli? Może chcesz jakąś tabletkę? Coś na uspokojenie?
-Nie trzeba…- wydukałem jąkając się przez łzy, po czym rozpłakałem się jeszcze bardziej
- Boże…- powiedział ponownie przytulając mnie, a po policzkach spływały mu łzy
Nie wiem ile tak siedzieliśmy. Miałem wrażenie jakby wszystko wokół nas się zatrzymało i nie minęło nawet 5 minut.
Mówi się, że nie da się nic nie czuć. Jednak w tamtej chwili takie właśnie miałem uczucie.
Czułem w sobie jedynie pustkę i coś, co sprawiało, że ani przez chwilę łzy nie przestały spływać po moich policzkach, jedna za drugą. Płakałem rzewnie, gdzieś tam w podświadomości obawiając się najgorszego z najgorszych możliwych scenariuszy… Że zostanę sam. I nieważne ilu ludzi byłoby wokół mnie, już nigdy nie pozbędę się tego uczucia samotności i opuszczenia…
-Tom, Tom, słyszysz mnie? Zabierają go do szpitala, chcesz jechać? Tom?- pytał Rene
-Tak… oczywiście, że tak- odpowiedziałem już nieco głośniej starając się jakoś otrzeźwić swój umysł.
-To chodźcie, Jacques, pomóż mu jakoś dojść… I nie spuszczaj go z oka. Ja idę zgłosić, że wychodzimy- zniknął równie szybko jak się pojawił.
Jacques złapał mnie za rękę i prowadził, co chwilę krzycząc, żeby zrobili nam przejście. Szedłem z nim myślami kompletnie nieobecny. Co chwilę ktoś na nas wpadał, ludzie krzyczeli, przepychali się, deptali po mojej sukience.
Nie liczyło się dla mnie nic. Chciałem tylko jak najszybciej znaleźć się przy nim. Złapać za rękę, pocałować… Po prostu być…
W końcu stanęliśmy przed karetką. Na chwilę straciłem Jacquesa z oczu. Rozglądałem się dookoła  kompletnie zdezorientowany, jak małe dziecko w dżungli.
Ujrzałem uchylone drzwi pogotowia ratunkowego i jego leżącego w środku. Krzyknąłem głośno z rozpaczy i poderwałem się do biegu, gdy zatrzymały mnie silne ramiona. Po raz kolejny był to Jacques.
-Ciiii- szeptał wciąż trzymając mnie w objęciach

Mijały kolejne sekundy, minuty, kwadranse, może i godziny… Siedziałem na korytarzu wciąż płacząc. Byłem bardzo wdzięczny, że Jacques cały czas był przy mnie. Był dla mnie ogromnym wsparciem, nie wiem czy dałbym radę tu przyjechać i czekać…
Na końcu korytarza ujrzałem swoich rodziców, Nadine, Raphaela, Rene i Davida.
Bez żadnego słowa poderwałem się ściskając po kolei każdego z nich otrzymując słowa otuchy. Nie dało się nie zauważyć, że każdy z nich uronił choć kilka łez. Po raz pierwszy w życiu widziałem jak mój ojciec płacze. Ten, który zawsze mi powtarzał, że płacz to rodzaj paniki, zupełnie niepotrzebnej paniki.
Rene również miał łzy w oczach. Chyba nikt do końca nie dowierzał w to, co się stało.
Zupełnie tak jakbyśmy wszyscy czekali kiedy ktoś nas z tego koszmaru wybudzi… Ale póki co tak się nie stało…
-Przepraszam…-zaczęła lekarka wychodząc z sali operacyjnej- Czy mogłabym rozmawiać z kimś z rodziny?
-Tak- niepewnie wstałem siląc się na normalny ton głosu
-A Pan jest..?- spojrzała na mnie wyczekująco, choć pewnie doskonale domyślała się, jaka będzie odpowiedź na to pytanie
-Przyjacielem, partnerem, kochankiem, narzeczonym, nie wiem! Niech pani sobie to nazwie jak chce!- czułem jak wzrasta we mnie frustracja, czego ona nie rozumie?!
-Rozumiem… Niestety nie mam dobrych wieści- zaczęła a ja miałem wrażenie jakby moje serce na moment kompletnie zamarło.

Tak wielu rzeczy żałowałem... Żałowałem, że nie zabrałem go w góry, żałowałem, że nie pojechaliśmy razem do Paryża, żałowałem, że nie przypięliśmy własnej kłódki na Moście Miłości, żałowałem, że tak rzadko mówiłem mu „kocham cię” , żałowałem tak wielu rzeczy, których nie zrobiliśmy…
Ale przede wszystkim żałowałem, że tak wiele czasu straciliśmy nie będąc razem. Ile dni, tygodni, miesięcy naszej znajomości mogliśmy być szczęśliwą parą?
Tak wiele osób wokół stale powtarza: ,,Żyj tak jakby to był twój ostatni dzień, miej za nic innych…”. Ile razy w ciągu Waszego życia usłyszeliście podobne słowa? A czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad ich znaczeniem? Czy wcielaliście to w życie?
To jest ten problem. Milion razy słyszałem od rodziców, znajomych podobne rady i w pełni rozumiałem ich przekaz i znaczenie, ale… Ale tak naprawdę nie dostrzegałem powagi sytuacji. Byłem, w gruncie rzeczy wciąż jestem, młodym chłopakiem, który myśli, że ma w garści cały świat i ma kompletnie za nic fakt, że wszystko może zniknąć w mgnieniu oka.
Chociaż… Może tak miało być? Może jest gdzieś tam ktoś wszechmocny, kto pisze za nas tą sztukę pt. ,, Życie”, w której jesteśmy tylko bezbronnymi aktorami skazanymi na los?
Ale ta sztuka wciąż trwa, wciąż nie znamy jej zakończenia….

niedziela, 14 września 2014

Rozdział czwarty



-Conchita… Conchita! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?- dźwięk mojego,, imienia” wybudził mnie z chwilowego letargu
-Co?- spytałem automatycznie- Mówiłeś coś?
- Conchita, od co najmniej… kilkudziesięciu minut tłumaczę ci co mamy do zrobienia. Cholera, Conchy! Skup się! To jest naprawdę ważne. Zostało tylko kilka tygodni, przez które możesz ich jakoś do siebie przekonać. Przecież chcesz jechać do Kopenhagi… Chyba, że przestało ci już zależeć..?- spojrzał na mnie pytająco
-Nie, oczywiście, że nie!- zaprzeczyłem szybko, bardzo zależało mi na tym, żeby pojechać na tę Eurowizję, a Rene dobrze o tym wiedział- Po prostu ostatnio nie mogę się zbytnio na niczym skupić i…- próbowałem jakoś wytłumaczyć czując, że głos zaczyna mi drżeć, spuściłem głowę przymykając oczy…
-Wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko… niezależnie, czy tyczy się to Toma, czy Conchity… - jego ton głosu raptownie się zmienił
-Wiem, tylko… To bezsensu…
-Tom… co jest?- podszedł bliżej siadając obok i patrząc na mnie z ojcowską troską.
Wziąłem głęboki wdech układając sobie w głowie, od czego tak naprawdę mam zacząć… Wydarzenia ostatnich tygodni kompletnie wywróciły cały mój dotychczasowy porządek życia. Najpierw znajomość z Matthiasem, która z początku wydała mi się całkowitym szaleństwem. Kto normalny i o zdrowych zmysłach zapraszałby do własnego mieszkania człowieka, którego zna zaledwie kilka godzin? I co gorsze: kto byłby całkowicie pewien, że zapraszając go, robi dobrze?
Jakby tego było mało, musiał pojawić się ON. I to akurat teraz, kiedy moje życie przypomina rozsypane po całej podłodze puzzle, niektórych z nich brakuje, a innych nie jestem w stanie nawet od siebie odróżnić…
Pojawił się w moim życiu, jak gdyby nigdy nic… Przez te prawie dwa tygodnie zbliżyliśmy się do siebie jak nigdy… A ten moment, kiedy wyraził swoją zazdrość wobec Matta, a potem pocałował mnie… Do dzisiaj, gdy tylko o tym pomyślę, wydaje mi się to tak abstrakcyjne, że chwilami mam wrażenie, że to był tylko sen… Najpiękniejszy sen…
Tamtego wieczoru długo nie mogłem zasnąć. Wszystkie emocje buzowały we mnie spędzając sen z powiek. Z jednej strony byłem cholernie szczęśliwy, że w końcu, po tylu długich miesiącach wreszcie poczułem jego usta na moich, z drugiej zaś… Nie mogłem być nawet pewien, czy to znaczyło coś więcej… I nawet mimo jego słów: ,,Nie chcę się Tobą dzielić z nikim innym.” nie mogłem liczyć na wielką miłość rodem z Hollywood.
Ale liczyłem na jakąkolwiek rozmowę… Bo nie dość, że zaraz po pocałunku wyszedł bez słowa, to to milczenie trwa do dzisiaj. Cztery dni, cztery cholerne dni, kiedy nasze rozmowy opierają się na idiotycznym : ,,Cześć, co u ciebie?”…
A gdy już miałem jakoś rozpocząć temat, Andreas szybko znikał za drzwiami pod byle jakim pretekstem zanim zdążyłem nawet wydobyć z siebie jedno słowo… Nie tak to sobie wyobrażałem…
-A nie możesz do niego zadzwonić, czy coś?- spytał Rene, gdy już wysłuchał całej mojej opowieści, nieco przypominającej fabułę gejowskiej amerykańskiej komedii romantycznej o dość niskim poziomie merytorycznym…
-...on się do mnie praktycznie nie odzywa… Chyba to mówi samo za siebie… Cholera, jak ja mogłem być tak naiwny i w ogóle coś sobie wyobrażać..?- schowałem twarz w dłoniach nie chcąc, żeby Rene zobaczył moje łzy
-Nie jesteś naiwny… Skoro wyraźnie dał ci znać, że jest zazdrosny a potem cię pocałował to znaczy, że coś jest na rzeczy- tłumaczył spokojnie zupełnie tak jakby chodziło o jakieś proste zadanie matematyczne- Spójrz na to z innej strony, równie dobrze on może czuć się tak samo jak ty, ale boi się cokolwiek powiedzieć, bo twoje milczenie odbiera jako wyraźny sygnał, że nie chcesz, aby między wami było coś więcej…- podniosłem wzrok powoli zdając sobie sprawę, że w gruncie rzeczy może mieć rację
-To co ja mam niby zrobić?- spytałem cicho łamiącym się głosem
-Zadzwoń do niego, napisz, spotkajcie się… Musicie to sobie wszystko wyjaśnić, bo oboje się w takiej sytuacji dusicie… A ty jesteś w takiej rozsypce, że praca absolutnie odpada… Więc proszę cię, załatw to jakoś, bo aż mi się serce kraję, gdy widzę cię płaczącego… dobrze?- spytał w gruncie rzeczy nie oczekując żadnej odpowiedzi ode mnie i przytulił całując w czubek głowy.

 Donośne pukanie do drzwi oderwało mnie od czytania książki. Zegarek wskazywał 23:20. Kto przychodziłby o takiej porze? I czemu do cholery tak wali w te drzwi?!
Szybko podniosłem się z kanapy i przecierając oczy udałem się do korytarza, aby sprawdzić, kto jest tak niecierpliwy.
-Andreas? Co ty tu robisz o tej porze?- spytałem zdziwiony jego widokiem.
-Aaaa tak ssssobię postanowiłeeem, eee wpaaśśććć- dukał ledwo podpierając się framugi drzwi ledwo w ogóle trzymając się na nogach...
-Boże, jesteś schlany w trzy dupy! Wchodź, w takim stanie cię nigdzie nie puszczę- dodałem po chwili łapiąc go za ramię i wprowadzając do środka.
Był tak pijany, że nawet nie było mowy o jakiejkolwiek rozmowie dlatego zaprowadziłem go do mojej sypialni kładąc na łóżku…
-Wieszzz czo Tomm…- zaczął niewyraźnie podczas gdy ja siłowałem się z jego butem
-Hmm?- wymruczałem nawet nie odwracając wzroku
-Fajjjny jesteź… Bardzo…- spojrzałem na niego ze zdziwieniem, a ten uśmiechał się do mnie szelmowsko z na wpół przymkniętymi oczami
-Tak, tak… Ty też jesteś… fajny- dodałem niepewnie siląc się na uśmiech. Boże, co on w ogóle do mnie mówi?!
-Ehh.. Ile jeszzzcze będziesz mnie tak… zbywwał?- zaskoczył mnie tym pytaniem, lecz postanowiłem zachowywać się jakby nigdy nic
-Co masz na myśli?- spytałem za wszelką cenę unikając jego wzroku
-Chollera, kręciszszsz mnjee, rosumiesssz?
-… Andreas, to nie jest czas ani miejsce na takie rozmowy… Poza tym, jesteś kompletnie schlany. Idź już spać…- mówiłem czując drżenie swojego głosu i modląc się, aby on tego nie zauważył. Przykryłem go starannie kołdrą i spojrzałem jeszcze jeden raz na jego twarz...
-Mój ańjoł stróóóż…- uśmiechnął się- Najfspanialszy człowieeek jakiego mogłem pokochać…. Kocham cię mój aniele…- mruczał ledwie słyszalnie powoli odpływając do Krainy Morfeusza
Stałem tak jeszcze chwilę, a moje serce biło jak oszalałe… Właśnie usłyszałem dwa najpiękniejsze słowa na tym świecie. Słowa, które zawsze chciałem usłyszeć od ukochanego, tylko… Tylko czy on jutro w ogóle będzie to pamiętać..?

Za nic nie mogłem powstrzymać nerwowego drżenia rąk. Byłem w zasadzie jednym wielkim kłębkiem nerwów. Przez całą noc prawie w ogóle nie zmrużyłem oka. Chodziłem z kąta w kąt rozmyślając nad tym co się dzieje. A ostatnimi czasy dzieje się i to bardzo dużo.
Mam nawet wrażenie, że to za szybko, że zbyt się spieszymy i nie mamy nawet okazji nacieszyć się tym stanem, w którym oboje aktualnie się znajdujemy… Ale… po co czekać bezczynnie?
Uśmiechnąłem się pod nosem na samą myśl o nim. Jednak, gdy tylko usłyszałem, jak wychodzi z pokoju moje serce znowu zaczęło bić jak zwariowane.
Co mam powiedzieć? Jak się zachowywać? Mam zacząć rozmowę, czy liczyć, że nic nie pamięta z wczoraj?
W mojej głowie pojawiło się multum pytań. Jednak nie miałem czasu na rozmyślań, bo wkrótce do kuchni wszedł Andreas. Miałem wrażenie, jakbym miał nogi z waty. Nie byłem w stanie nawet drgnąć czy wydusić z siebie ani jednego słowa.
Andreas usiadł naprzeciwko mnie opierając rękę o czoło…  Po chwili wyprostował się przeczesując nerwowo włosy dłonią. Przygryzając wargę podniósł głowę. W jego spojrzeniu było coś takiego, że natychmiast wiedziałem, co chce mi powiedzieć…
-Słuchaj, Tom… Trochę głupio wczoraj wyszło, ja…
-Nie, spoko. Nic się nie stało…- przerwałem mu uśmiechając się do niego, chociaż w głębi duszy wcale nie było mi do śmiechu…
-Nie, Tom. Stało się, tylko nie w taki sposób jak powinno- poczułem jak serce biło mi jeszcze szybciej a całe ciało przeszedł prąd- Ja… Chcę, żebyś wiedział, że ja pamiętam wszystko. Każde słowo, rozumiesz?- spojrzał na mnie- I mówiąc każde z tych słów… Naprawdę miałem na myśli ich znaczenie i…
-Co chcesz przez to powiedzieć?- spytałem niepewnie z drżącym głosem
-… że wszystko, co mówiłem było prawdą…
-Chcesz powiedzieć, że ty… mnie..?
-…kochasz? Tak, to właśnie wczoraj powiedziałem i tak jest… Kocham cię, Thomasie Neuwirth, kocham…
-Na… Naprawdę?- ciągnąłem wciąż nie dowierzając, że to się rzeczywiście dzieje…
-Tak, naprawdę- zaśmiał się- A czy nie było to oczywiste?
-Było… Znaczy nie do końca… No wiesz…
-Tom, dalej nic nie powiedziałeś…- spojrzał na mnie lekko zestresowany
-A co mam mówić?
-No… Ja ci powiedziałem, co czuję, a ty…
-Boże! Oczywiście, że czuję to samo! Od grudnia jestem w Tobie mega-cholernie-mocno zakochany… A czy nie było to oczywiste?- powtórzyłem jego słowa uśmiechając się lekko
-Kocham cię- powiedział prawie szeptem patrząc wprost w moje oczy na chwile hipnotyzując mnie swoimi niebieskimi tęczówkami. Miałem wrażenie, jakbym powoli zaczął zatapiać się w nich odpływając kompletnie
-Ja ciebie też- powiedziałem cicho wciąż tonąc w jego oczach.
-No chodź tu do mnie wreszcie- wymruczał z przekąsem przyciągając mnie do siebie i łapczywie wpijając się w moje usta. Wtedy nie liczyło się nic innego poza nami dwoma, mogliśmy się wreszcie sobą nacieszyć i mieć całą resztę świata za nic. Przynajmniej tak mi się wtedy zdawało…

***

Conchitowego tygodnia wszystkim ♥♥♥

piątek, 5 września 2014

Rozdział trzeci



Jakie to życie czasami potrafi być paradoksalne... Jeszcze kilka miesięcy temu „uganiałem się” za Andreasem jak jakiś napalony nastolatek zaaferowany wszystkim co się rusza, mówi i oddycha.
Dałem sobie z tym spokój, a tu nagle, ni stąd ni zowąd to ON zapukał do mych drzwi z szelmowskim uśmiechem na ustach zupełnie jakbyśmy byli starymi dobrymi znajomymi ze szkoły…
Często rozmawialiśmy, gdy wpadliśmy na siebie na schodach czy na ulicy, zdarzały się nawet jakieś wyjścia na imprezy.
Ale tak naprawdę nie znaliśmy się aż tak dobrze, abym mógł nazwać go „moim przyjacielem”. Chociaż w głębi duszy pragnąłem aby był kimś znacznie więcej…
Leciałem na niego jak pszczoła na miód i zdaje mi się, że on dobrze o tym wiedział. Ale kontakt szybko się urwał, co odebrałem jako coś w stylu:  ,,Nie, dziękuję, nie jestem zainteresowany.”
Nie chcę wyjść na „typowego geja skaczącego z kwiatka na kwiatek” , ale nie rozpaczałem z  tego powodu. Owszem, ciągnęło mnie do niego ale za tym nie kryło się się nic głębszego i poważniejszego.
Nie byłem w nim nawet zakochany, a co tu dopiero mówić o miłości…
I wydaję mi się, że w tej kwestii nic się nie zmieniło… Ostatnio zauważyłem u siebie tendencję nadmiernego i zupełnie niepotrzebnego rozwodzenia się nad swoimi uczuciami i osobami, które są mi bliskie. Nie śpię po nocach rozmyślając i starając się jakoś nazwać i zdefiniować moje odczucia wobec różnych osób, co nie zawsze okazuje się być trafne… Postanowiłem raz na zawsze skończyć z tym marnowaniem czasu i zaśmiecaniem sobie głowy niepotrzebnymi wizjami. 
Zarówno Matt, jak i Andreas są dla mnie bardzo ważni – pierwszy z nich jako przyjaciel, a drugi być może jako ktoś więcej…
Lecz nie ma najmniejszego sensu rozmyślać, czy kiedykolwiek między mną, a Andreasem będzie coś więcej, bo w życiu, poza śmiercią, nie ma niczego , czego możemy być w stu procentach pewni…
Równie dobrze mógłbym zastanawiać się czy kiedyś coś połączy mnie z Mattem…
Nigdy nic nie wiadomo, przyszłość w odpowiednim czasie pokaże nam odpowiedzi na wszelkie pytania, więc musimy zachować cierpliwość…

-Cholera, jesteśmy cali mokrzy…- rzuciłem spoglądając na nas obojga. Dosłownie, byliśmy mokrzy od stóp do głów… Wychodząc na miasto na spotkanie za znajomymi nic nie zwiastowało, że spotka nas taka ulewa i gradobicie. Jak na złość nikt z nas nie miał nawet parasolki i musieliśmy biec na najbliższy przystanek metra o mało co nie skręcając sobie nóg na mokrych płytach wiedeńskiej ulicy.
-Naprawdę? Nie zauważyłem- odrzekł Andreas z nutką sarkazmu śmiejąc się cicho
-Dobra, chodź do mnie, zrobię gorącej herbaty z cytryną.
-Ja to się muszę najpierw w coś suchego przebrać…
-Jezu, nie marudź, dam ci coś przecież…- odpowiedziałem przekręcając klucz w drzwiach- Się możesz rozgościć, za moment wrócę…I zdejmij to z siebie-dodałem wymownie wskazując palcem na cały jego ubiór, Andreas tylko pokiwał głową a ja udałem się do pokoju i po przewaleniu połowy szafy udało mi się w końcu znaleźć jakiś przyzwoity T-shirt i dres.
-Wiem, że nie chodzisz w dresach, ale będziesz musiał to jakoś przeboleć
-Całe szczęście, że jestem ubezpieczony!- rzucił z teatralną dramaturgią
Przewróciłem oczami udając się do kuchni. Andreas, już w nowym stroju, dołączył do mnie siadając naprzeciwko. Od razu  wyczułem, że coś jest nie tak…
-Ej, stało się coś?- spytałem niepewnie
-Nie… Mam pytanie… Znaczy jak nie chcesz oczywiście nie musisz odpowiadać bo…
-Andreas, pytaj a nie...
-Dobra… Bo ten Matthias, ten co z Tobą tu mieszka to czy on… znaczy, czy wy jesteście… no wiesz..?
-…Razem?- dokończyłem za niego a on tylko kiwnął głową- Nie, nie jesteśmy razem. Skąd ci to przyszło do głowy? Przyjaźnimy się i tyle…
-Aha… Wiesz, nie to że jestem wścibski, czy coś… Tylko po prostu nie znam go w ogóle i nie wiem co tu robi… wiesz…- mówił zupełnie tak jakby to w jakikolwiek sposób tłumaczyło jego pytanie
-Jest z Graz i mieszka ze mną bo zbytnio nie ma innej opcji… Powiedzmy, że ambitny uczący się walczyć o swoje marzenia pod moim czujnym okiem- zaśmiałem się- Ale między nami nic nie i raczej nie będzie…
-… To się przynajmniej nie muszę o niego martwić- powiedział to tak cicho, że nawet nie byłem pewien, czy dobrze usłyszałem
-Mówiłeś coś?
-Nie, nie- zaprzeczył szybko, stanowczo za szybko… Lecz postanowiłem nie drążyć tego, zwłaszcza, że Andreas szybko zmienił temat.
Rozmawialiśmy, jak to się popularnie mówi „o wszystkim i o niczym”. Na pozór zwykłe, codzienne sprawy wciągnęły nas tak bardzo, że zanim się obejrzeliśmy był już wieczór.
-Jezus Maria… Dobra, ja już muszę lecieć. Widzimy się jutro, nie?
-Wiesz… Jutro odpada, bo już coś obiecałem Matthiasowi i…- tłumaczyłem kłamiąc jak z nut niezbyt widząc lepsze wyjście w tej sytuacji…
-Aaa.
-Co jest?- spytałem widząc jego smętną minę
-Nie, nic…- po raz kolejny próbował mnie zbić z tropu
-Andreas…
-No jejku co ja poradzę, że mnie wkurza?!
-Ale kto? I czemu?
-Ten Twój cały Matt… Mieszka tu z Tobą, je, żyje, egzystuje… ogólnie: spędza z Tobą większość czasu… A ja nie chcę się Tobą dzielić… Z nikim- dodał po czym przyciągnął mnie do siebie i obdarzył jednym z najbardziej namiętnych pocałunków w całym moim życiu.
Trwało to tak krótko, że nawet nie zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować… Stałem tam w pełni oddając się jego pocałunkom.
-Nikim- powtórzył odrywając się ode mnie po czym tak po prostu wyszedł. Zupełnie jakby nic nie miało miejsca.
A przecież on właśnie mnie POCAŁOWAŁ. I to nie był jakiś tam przelotny całus, ale pocałunek z prawdziwego zdarzenia. Czułem się jak bohater opery mydlanej, któremu ktoś nieźle namieszał w głowie. Wtedy kompletnie nie wiedziałem jak mam odebrać jego zachowanie i na co liczyć. Ale nie przejmowałem się tym zbytnio, bo w mojej podświadomości był jakiś powód, który sprawiał, że czułem się wówczas najszczęśliwszym facetem w całej Austrii. A kto w takiej chwili przejmowałby się czymś innym?