czwartek, 6 listopada 2014

Rozdział dwunasty

Był dopiero wczesny ranek, a ja już byłem w biurze z ogromnym uśmiechem na ustach. Każdy kolejny dzień bycia z Mattem był jak kolejne rozdziały cudownej bajki. Czasami zdarzały się drobne kłótnie i sprzeczki o byle co, ale nie miał one większej wagi. W sumie, nawet je trochę lubiłem, bo zawsze naszymi przeprosinami był słodki pocałunek.
Nie było idealnie, ale... Ja nie chciałem, żeby było idealnie. Przecież wciąż pamiętałem jak taka „ślepo idealna miłość” Andreasa się skończyła. Było dobrze. Było nam dobrze.
Mimo że wciąż miał swój osobny pokój często spał razem ze mną. Cudownie było mieć go tak blisko siebie przez całą noc. Czując jak jego klatka piersiowa zaczyna się podnosić i opadać coraz wolniej, jak oddech staje się miarowy. Cudownie było zasypiać z myślą, że on jest cały czas przy mnie, że nigdzie się nie wybiera.
Zupełnie jakbym wciąż miał resztki obaw, że to wszystko jednak okaże się fikcją, snem... Że pewnego dnia obudzę się, a go już nie będzie. Albo co chyba gorsze- że będę dla niego nikim. Starałem się jakoś odpędzić tę myśl od siebie, ale po prostu nie potrafiłem.
Przecież byłem pewien swoich uczuć i wiedziałem, że Matthias czuje to samo. Ale wciąż bałem się, że całe to moje szczęście pęknie w ułamku sekundy jak bańka mydlana. Robiłem wszystko, co mogłem, żeby jakoś wyzbyć się tego lęku, ale potrzebowałem na to czasu.
Miałem obok siebie cudownego, uczciwego, a przede wszystkim kochającego nad życie mężczyznę. To zabrzmi dziwnie, bo minęło już trochę czasu, jednak za każdym razem, gdy pomyślę, że Matthias jest moim chłopakiem na usta wkrada mi się uśmiech zupełnie jakbym nie dowierzał w to. A ja każdego dnia go całowałem i zapewniałem, że bardzo go kocham. Wiedziałem jednak, że gdy „jestem w pracy” musiałem zachowywać pewien dystans do Matta, tak aby ten niczego się nie domyślił wcześniej niż ja go o tym poinformuję. W gruncie rzeczy nieco bałem się tej rozmowy, ale miałem świadomość, że nie mogę tego przed nim ukrywać. Dlatego chciałem mu o wszystkim powiedzieć, ale w cztery oczy, w zaciszu domowym. Zasługiwał na długą i szczerą rozmowę, podczas której wszystko bym mu dokładnie wytłumaczył. Nie chciałem potem jakichś niepotrzebnych sprzeczek czy nieporozumień w tej sprawie.
Nie czułem się zbyt dobrze wiedząc, że- jakby tego nie wytłumaczyć- w pewien sposób go oszukuję. Mijały kolejne tygodnie, a ja za każdym razem mówiłem sobie „Dzisiaj mu powiem”. Tylko zazwyczaj, chociaż zaczynało się na dobrych chęciach, również na tych dobrych chęciach się kończyło.
Zawsze znajdywałem jakąś wymówkę: a to było za późno, a to byliśmy zmęczeni, a to nie wiedziałem jak to ubrać w słowa. Ale czas minął bardzo szybko i zanim się obejrzałem nastał listopad. Dwa miesiące. Dwa, cholernie długie miesiące kłamstw.
Nie tak powinno być, nie to nazywamy szczerością w związku. Nie chciałem go oszukiwać, ale nie wiedziałem też jak to wszystko odplątać. Sprawy się bardzo pokomplikowały i wyjście z tego wszystkiego stało się znacznie trudniejsze niż początkowo przewidywałem. Bo przecież miał przyjechać tylko na tydzień. Miał tu ze mną mieszkać, pracować, a po tych siedmiu dniach wrócić do Graz. I mieliśmy się już nigdy więcej nie spotkać. Ale szybko nawiązała się przyjaźń, miłość, pojawił się związek, który myślę oboje traktujemy jako coś poważnego. Nie spodziewałem się, że on tak bardzo namiesza w moim życiu... Gdybym teraz jakoś mógł cofnąć czas, o wszystkim powiedziałbym mu od razu, już przy pierwszym spotkaniu... Ale czy mogłem przypuszczać, że po zaledwie 3 miesiącach zostaniemy parą?
Gdyby tylko wszystko w życiu było takie proste, łatwe i przyjemne...
-Cześć Conchy- przywitał się całując w policzek i powodując tym samym, że serce zaczęło mi być sto razy szybciej. Nie miał nawet pojęcia jak bardzo wtedy się hamowałem, żeby nie rzucić się na niego i pocałować w należyty sposób...
-Dzień dobry wszystkim, dzień dobry kochana!- gdy do biura wszedł Rene w wyjątkowo- żeby nie powiedzieć podejrzanie- dobrym nastroju zacząłem się zastanawiać, o co im wszystkim chodzi... Szczerzyli się do mnie jak głupi do sera co na pewno nie było zbiegiem okoliczności. Czy oni wszyscy się czegoś nawąchali, czy jak..?
-Conchita, musimy porozmawiać- spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, a ten kontynuował- Znamy się już długo, dobrze wiesz, że zawsze jestem z tobą w stu procentach szczery i mówię prawdę, nawet jeśli nie zawsze jest bardzo miła, więc nie będę owijał w bawełnę- dlatego owija w bawełnę, mówiąc dlaczego nie będzie owijał w bawełnę. Tak to ma… głębszy sens- Nie wiem, czy możesz uznać tą informację za dobrą czy złą... Ale chcę Ci ją przekazać właśnie dzisiaj, bo jutro przecież Twoje urodziny- zaraz... że co?- Jedziesz na Eurowizję- powiedział na jednym wydechu, a ja przez chwilę myślałem, że się przesłyszałem.
-Co?- spytałem dość niemądrze
-ORF wybrał cię jako reprezentantkę Austrii na Konkursie Piosenki Eurowizji!- wykrzyknął radośnie porywając mnie w swoje ramiona i obracając się dookoła.
Miałem ochotę krzyczeć i płakać ze szczęścia naraz. Tak bardzo marzyłem, aby pewnego dnia chociaż pojechać na Eurowizję i posłuchać tych wspaniałych muzyków z przeróżnych zakątków Europy, a tymczasem to właśnie JA będę jednym z występujących na scenie. Nie ma nawet słów, żeby opisać jak bardzo byłem wtedy szczęśliwy, czułem, że wreszcie mam przed sobą ogromną szansę na to, aby zaistnieć na scenie muzycznej i na to, żeby podzielić się z Europą poglądami na nierzadko brutalną rzeczywistość, jaka nas otacza.
Byłem tak pochłonięty euforią, że kompletnie tracąc rozum i zapominając o peruce i sztucznych rzęsach odwróciłem się w stronę Matthiasa i przyciągnąwszy go bliżej obdarzyłem namiętnym pocałunkiem. Odpłynąłem na kilka sekund napawając się jego ustami, lecz po chwili gdy dotarło do mnie, co ja wyprawiam, odskoczyłem od niego jak poparzony.
-Przepraszam... Nie wiem, co mi do łba strzeliło, nie powinnam- grałem idiotkę bojąc się, że Matt dowie się prawdy. Zasługiwał na nią, ale na litość boską- nie w taki sposób i nie w takim miejscu!
W tej chwili natychmiast wykreowałem w głowie milion przeróżnych scenariuszy, jeden gorszy od drugiego. Ale TEGO się nie spodziewałem...
-Tom, dlaczego ty się tłumaczysz z tego, że mnie pocałowałeś? No chyba że te przeprosiny i skrucha tyczą się długości pocałunku. Bo był on krótki. Stanowczo za krótki....-powiedział niskim głosem i pocałował mnie łapczywie.
-To ty wiesz? Ale... Jak? Od kiedy?- z wielką niechęcią oderwałem się od niego i spytałem nie mogąc pojąć, jakim cudem on sam wszystkiego się domyślił. Czy to wina mojego niedopatrzenia? A może zasługa jego intuicji?
-Wiesz, w sumie to podejrzewałem to od dłuższego czasu. Ale pewności nabrałem zaledwie kilkanaście dni temu, kiedy zauważyłem ten karton sztucznych rzęs i tych wszystkich malowideł... Czekałem tylko, kiedy mi o tym powiesz- wyjaśnił patrząc mi prosto w oczy, a mi było tak strasznie głupio, że miałem ochotę zapaść się pod ziemię...
-Ja wiem, powinien był ci to powiedzieć od razu, przepraszam... Nie umiałem, bałem się... Zrozum, że to nie jest dla mnie łatwe- tłumaczyłem patrząc na niego błagalnym wzrokiem modląc się, aby najczarniejszy ze scenariuszy nie spełnił się nawet w części... Tak bardzo chciałem, żeby coś powiedział, nakrzyczał... Żeby zareagował w jakikolwiek sposób. Tymczasem stał wciąż naprzeciwko mnie ze wzrokiem, z którego nic nie mogłem odczytać. Nie miałem pojęcia, co się za chwilę stanie i ta niewiedza mnie zabijała. Zabijała z każdą kolejną sekundą powodując coraz większe wątpliwości. W przerażeniu oczekując choćby słowa ze strony Matthiasa znowu ogarnęły mnie czarne myśli... Co jeśli on uzna, że nie byłem wobec niego szczery? Co jeśli powie, że go zraniłem? Co jeśli powie, że podle go oszukałem? Co jeśli powie, że nie umie żyć z osobą, taką jak ja? Co jeśli powie, że to już koniec..?
-Tom, mi to kompletnie nie przeszkadza- uśmiechnął się delikatnie, a ja skarciłem siebie w myślach, że w ogóle przez myśl mogło mi przejść, że mogło być inaczej. Chociaż, de facto mógłbym mieć wtedy pretensje tylko i wyłącznie do siebie...- I nie obchodzi mnie nic innego... A wiesz czemu?- spojrzałem wyczekująco, ale odpowiedź, którą usłyszałem spowodowała, że przez chwilę miałem wrażenie jakby moje serce na moment przestało bić...- Bo cię kocham.
Jego słowa odbijały się echem w mojej głowie. To, że Matthias zdobył się na odwagę, aby to wyznać było ogromnym wyczynem. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że to wszystko jest dla niego czymś zupełnie nowym i najzwyczajniej w świecie potrzebuje trochę czasu, aby wszystko sobie poukładać. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że mnie kochał, ale wiedziałem jednak, że może minąć trochę czasu zanim usłyszę to z jego ust. Niby zwykłe dwa słowa, dziewięć liter, a wywołują tak piękne i miłe uczucie w sercu. Zwłaszcza wypowiedziane z taką prostotą, pięknem i przede wszystkim szczerością w głosie...
-No pocałujże go w końcu!- głos Rene szybko wyrwał mnie z zamyślenia. Na chwilę kompletnie zapomniałem o bożym świecie i w ogóle nie zwracałem uwagi na to, że nie jesteśmy tu sami...
Spojrzałem na Matta, który uśmiechnął się powoli przybliżając się do mnie i szepcąc wprost do ucha:
-Naprawdę cię kocham...-pewność, jaką dostrzegłem w jego oczach nie pozostawiała żadnych złudzeń... Przymykając oczy pocałowałem go wkładając w to wszystkie emocje, jakimi go darzę. Zupełnie tak, jakbym tym pocałunkiem chciał mu pokazać jak bardzo go kocham...
Zgromadzeni w biurze zaczęli gwizdać i bić brawa. Zaśmiałem się między pocałunkami zarzucając mu ręce na szyję.
W końcu oderwaliśmy się od siebie nie mogąc już złapać tchu. Oparł czoło o moje patrząc na mnie tymi pięknymi, ciemnoniebieskimi oczami przepełnionymi miłością. Czułem wtedy coś tak niesamowitego, czego nigdy wcześniej przy nikim nie poczułem. Czułem się prawdziwie i mocno kochany. Wiedziałem, że on naprawdę i kompletnie bezinteresownie mnie kochał, a jedyne o co prosił w zamian, to odwzajemnienie tej miłości. I to właśnie dostawał...
Oddałem mu całe swoje serce, wiedząc, że to nie będzie błędem. Zaryzykowałem, bo tak naprawdę nie miałem żadnej gwarancji, że nam się uda. I niczego nie żałuję. W końcu mogę powiedzieć, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. I nie muszę prosić o nic więcej, poza tym, żeby było już tak na zawsze...

Cały kolejny dzień spędziliśmy siedząc z całym zespołem i próbując ustalić plan na najbliższe tygodnie, przede wszystkim skupiając się na znalezieniu odpowiedniej piosenki na tak wielką imprezę jak Eurowizja, która jednocześnie będzie idealnie pasowała do moich możliwości wokalnych. Chociaż wtedy nie odczuwałem większej presji, wiedziałem, że prędzej czy później mnie dopadnie. Nie byłem też przekonany, jak na tą wiadomość zareagują Austriacy, chociaż znajdą się pewnie tacy, co będą to kochać i tacy, co nienawidzić. Zawsze powtarzam, że nie przejmuję się opiniami ludzi, którzy nic o mnie nie wiedzą. Ale nie oznacza to wcale, że jest mi to całkowicie obojętne. I na pewno milej będzie, mając jakieś wsparcie ze strony rodaków... Poza tym, słuchając tych wszystkich rad i opinii zacząłem mieć wątpliwości, czy będę w stanie stanąć na wysokości zadania. Czy Conchita będzie...
Rozmowa bardzo się przedłużyła i zanim się obejrzałem był już wieczór. Tak bardzo chciałem stamtąd już wyjść i spędzić chociaż część tych moich urodzin z Matthiasem, ale wiedziałem jednocześnie, że pewne rzeczy nie mogą zaczekać. W gruncie rzeczy byłem trochę zawiedziony, że nawet tego jednego dnia, nie mogę spędzić w całości z rodziną i przyjaciółmi. Z każdą kolejną godziną, przez którą wpatrywałem się w ekran telefonu zaczynałem coraz bardziej podejrzewać, że zapomniał... Ale, czy mógłby? Czy mój własny chłopak mógł zapomnieć o najważniejszym dniu mojego życia? O moich 25* urodzinach? Rene wszystkim poprzydzielał niekończącą się listę zadań do wykonania, więc teoretycznie z tego całego zapracowania mógł... Mógł najzwyczajniej w świecie zapomnieć. A ja nie mogłem mieć do niego o to pretensji, chociaż cichy zawód w sercu jest. Bo sądziłem, że spędzimy ten dzień we dwójkę, może za miastem, może u moich rodziców. Myślałem, że mógłbym go wreszcie przedstawić wszystkim swoim znajomym, że moglibyśmy gdzieś wyjść, napić się, potańczyć. Albo po prostu siedzieć w domu. Ale chciałem ten dzień spędzić z nim, a nie w studio. Tak właśnie go sobie wyobrażałem, ale wyszło jak wyszło. Dlatego zawsze powtarzam, że oczekiwania są bardzo niebezpieczne, bo możemy się na kimś zawieść, nawet jeśli ta osoba de facto nie jest niczemu winna. Ale czy zapomnienie o urodzinach własnego chłopaka można nazwać brakiem winy?
-Dobranoc i do jutra.
Rene zatrzymał się tuż pod moim domem uśmiechając się do mnie delikatnie zupełnie jakby się nic nie stało.
-Dziękuję i dobranoc- odpowiedziałem wysiadając auta. Na zewnątrz panował nieprzyjemny chłód i ciemność. Zasłoniłem szyję wiedząc, że mój głos, chociaż zawsze jest dla mnie na wagę złota, to w tym przypadku nawet jeszcze bardziej. Nerwowo szukałem kluczy w kieszeniach płaszcza. Robiłem to w tak niefortunny sposób, że gdy ostatecznie je odnalazłem natychmiast wypadły mi z ręki spadając z brzdękiem na chodnik. Schyliłem się wypuszczając jednocześnie perukę z rąk.
Podmuch wiatru poderwał ją do góry, na szczęście zatrzymała się w krzakach. Czując narastające poirytowanie podszedłem zdejmując ją szybko po drodze wchodząc w największą kałużę na całej ulicy.
„Zajebiśce, no po prostu zajebiśćie!” przekląłem w myślach wszystkie wydarzenia dnia dzisiejszego i tego, który tą ulicę budował. Czy dziury nie są po to, żeby je likwidować? I dlaczego, do jasnej cholery, jest tu tak ciemno?!
W końcu udało mi się jakoś uspokoić i otworzyć zamek w drzwiach. Wszedłem na klatkę schodową i od razu poczułem się o niebo lepiej. Bo było tam jasno, bo było tam ciepło i bo nie wiał tam wiatr. Wziąłem kilka głębokich wdechów czując jak moja frustracja opada.
Nie o takich urodzinach marzyłem...
Leniwym krokiem wchodziłem po schodach, a jedyne, czego wtedy pragnąłem to ciepła kąpiel i ciepłe łóżko. Cóż, mało romantyczne...
Tuż przed drzwiami poczułem przyjemny i delikatny zapach. Nacisnąłem klamkę, a na korytarzu dostrzegłem z obu stron pas kilkudziesięciu wysokich palących się świec i wąskie przejście zostawione między nimi. Powoli i ostrożnie szedłem w głąb mieszkania starając się żadnej z nich nie zgasić. Widok, jaki tam zastałem zaparł dech w piersiach. Rozglądałem się dookoła patrząc na te setki świec, porozkładane na prawie każdym centymetrze kwadratowym podłogi, na meblach, na stolikach i w całej kuchni czując jak do oczu zaczynają mi napływać łzy.
Odwróciłem się i zobaczyłem stojącego za sobą Matthiasa. Lecz zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, ten zaczął śpiewać....


Cały czas patrzył mi prosto w oczy, a ja miałem przeczucie jakby każdy wers tej piosenki był zadedykowany właśnie mnie. Wprost rzuciłem się na niego i przytuliłem do siebie nie mogąc już powstrzymać łez.
-Wszystkiego najlepszego- wyszeptał, po czym złożył na moich ustach delikatny pocałunek. Skarciłem siebie za to, że w ogóle mogło mi przyjść do głowy, że zapomniał o moich urodzinach...
Złapał mnie za rękę prowadząc do pięknie nakrytego stołu. I chociaż wiedziałem, że z jego talentem kucharskim w życiu nie ugotowałby takich smakołyków, to jednak musiał w to włożyć mnóstwo starań i czasu. W ten cały wystrój. Jeszcze raz rozejrzałem się po salonie mimowolnie uśmiechając się pod nosem. Usiadłem na kanapie opierając się o nią łokciami i patrząc na twarz Matthiasa. Przybliżyłem się całując go czule.
-Dziękuję- powiedziałem cicho na co ten tylko się uśmiechnął ponownie złączając nasze usta w pocałunku.
Ponownie poczułem jak całe moje ciało zadrżało, a w brzuchu pojawiło się dobrze znane, przyjemne uczucie. Położyłem dłoń na jego rozgrzanym policzku przymykając oczy i delikatnie rozchyliłem usta, co on natychmiast wykorzystał pogłębiając pocałunek. Wplotłem ręce w jego włosy jeszcze mocniej przyciskając do siebie. Jego miękkie i słodkie usta wprawiały mnie w obłęd, a dotyk jego dłoni pobudzał wszystkie zmysły. Wyglądało to na to, że z iskier, które były między nami od samego początku w końcu wykrzesał się prawdziwy żar i ogień. I nie zapowiadało się na to, żeby któryś z nas chciał go ugasić...
Powoli zaczynało nam już brakować tchu, ale żaden z nas nawet przez chwilę nie pomyślał o przerwaniu. Czułem jak jego chłodne ręce błądzące po moich plecach stopniowo zaczęły zjeżdżać coraz niżej zatrzymując się na moim udzie. Miałem wrażenie jakby było we mnie coś rozpalającego całe moje ciało i wszystkie zmysły. Po raz kolejny przeszła mnie fala gorąca i dreszczy.
Odchyliłem głowę łapczywie wdychając powietrze, a Matthias natychmiast zaczął składać pocałunki na mojej szyi. Przymknąłem lekko oczy w pełni oddając się jego pieszczotom.
Ciepło jego ust przyprawiało mnie o zawroty głowy i miałem coraz większe przeczucie, że emocje zaczynają brać nad nami górę.
Ponownie pocałował mnie namiętnie, a ja wydobyłem z siebie cichy jęk tak bardzo nie chcąc tego przerywać. Byłem bezbronny, to było silniejsze ode mnie. Zanim się obejrzałem znaleźliśmy się w pozycji leżącej ani na chwilę nie odrywając się od siebie. Myślę, że oboje dobrze wiedzieliśmy do czego to zmierza, dlatego szybko oderwałem się od niego delikatnie odsuwając się. Jeszcze chwila, a naprawdę straciłbym nad sobą panowanie i moglibyśmy się posunąć za daleko.
-Myślę, że.... Ekhm- odchrząknąłem niezbyt wiedząc jak ładnie to ubrać w słowa jednocześnie nie raniąc Matthiasa- Myślę, że to powinno trochę poczekać- dodałem nawet nie patrząc na niego, bo doskonale wiedziałem, że gdybym to zrobił mógłbym kompletnie stracić rozum.
-Tak... Chyba... Chyba trochę nas poniosło- uśmiechnął się niewinnie
Zaśmiałem się pod nosem. Trochę..?
-To... Na czym stanęliśmy?- spytałem patrząc na niego niepewnie. W jego spojrzeniu wciąż tliła się namiętność i pożądanie. Dostrzegłem błysk w jego oku, a chwilę później pochylił się nade mnąc całując mnie namiętnie, a ja po raz kolejny tego wieczora poczułem tysiące motylków w brzuchu...
-Na kolacji- wyszeptał przerywając i jak gdyby nigdy nic nakładając mi sałatkę. Przygryzłem dolną wargę wiedząc, że po tych wszystkich wrażeniach dnia dzisiejszego ciężko mi będzie zasnąć...

Obudziłem się czując coś bardzo nieprzyjemnie mokrego na twarzy.
-Matthias, no zlitujże się...-wymamrotałem z lekkim zażenowaniem w głosie. Czy on kompletnie oszalał, czy się upił? Obróciłem się w jego stronę, ale słysząc cichy pisk natychmiast się poderwałem.
Tuż obok ujrzałem zwiniętą w pościel małą, brązową osierścioną kulkę. Delikatnie podniosłem kołdrę wyciągając z niej psiaka. Ten zaczął wesoło machać ogonkiem kładąc tyciusią łapkę na moją rękę i wydając z siebie cichy dźwięk. Bardzo ostrożnie wziąłem go na ręce zauważając karteczkę przyczepioną na obróżce- „Kocham Cię, M.”
Z szerokim uśmiechem na twarzy spojrzałem na Matthiasa, który właśnie usiadł obok mnie.
-I jak, podoba się prezent?- uśmiechnął się do mnie szelmowsko doskonale wiedząc jaka będzie moja odpowiedź na to pytanie. Od kiedy tylko pamiętam marzyłem o tym, żeby mieć psa, ale rodzice nigdy nie mieli czasu, a potem gdy się wyprowadziłem do Wiednia sam nie miałbym się jak nim zaopiekować...
-Skąd wiedziałeś, że o tym marzyłem?- spytałem na chwilę odrywając wzrok od małego
-No wiesz...- zaśmiał się- Dobra, Rene mi pomógł. Tak samo jak z tą kolacją wczoraj. Pamiętasz jak kazał mi jechać do galerii?
Zaraz, zaraz... Czyli oni to sobie wszystko, dokładnie i ze szczegółami zaplanowali? Cały czas knuli za moimi plecami przygotowując tak cudowne niespodzianki? A ja dałem się na to wszystko nabrać i naprawdę zacząłem myśleć, że zapomnieli...
-No to Ci się udała niespodzianka.. Pytanie tylko, jak my teraz nazwiemy ten nasz „skarb”?
-Nie sądzisz, ze Bartie będzie idealne? [dop.aut.: Bart(niem.)=broda]
-O tak- przytaknąłem przytulając Bartiego do siebie. Matthias objął mnie ramieniem i pocałował delikatnie.
-Okej, przyznasz, że jesteśmy trochę... pokręconą rodzinką jak na ten świat- parsknąłem zastanawiając się jak bardzo komicznie usiało to wyglądać: dwóch wielkich facetów wtulonych w siebie z małym szczeniaczkiem na rękach. Nawet jak nasze czasy brzmi to... dziwnie.
-Wiesz, od czegoś trzeba zacząć budowanie tej rodziny- patrzył mi prosto w oczy, a ton głosu miał bardzo poważnie brzmiący. Delikatnie musnąłem jego usta uśmiechając się do siebie w duchu.
Próbowałem wyobrazić sobie, jakby to było mieć swoją własną rodzinę- ukochanego przy boku, gromadkę dzieci bawiących się w ogrodzie i wielki dom wypełniony głośnym śmiechem.
Nigdy nie wykluczałem możliwości założenia rodziny, ale nigdy też się nad tym głębiej nie zastanawiałem. Myślałem, że na takie myśli przyjdzie czas. Po trzydziestce, po czterdziestce...
Ale... Cholera.
Czy właśnie przeszło mi przez myśl, że chciałbym zostać ojcem? Po raz pierwszy w życiu, o tym pomyślałem. Po raz pierwszy poczułem, że chciałbym mieć prawdziwą, własną rodzinę. I nie z kimś tam. Z Nim... I ta myśl zaczynała mnie przerażać...
-Tom... Wszystko okej?
Matthias znał mnie lepiej niż ktokolwiek inny i wiedziałem, że dobrze wyczuje, kiedy skłamię...
-Co z nami będzie?- spytałem prosto z mostu, a chwilę później żałowałem, że nie ugryzłem się na czas w język... To nie jest czas na tak poważne rozmowy. Jesteśmy parą od dwóch miesięcy i nie możemy od siebie wymagań deklaracji na całe życie. Bardzo poważnych deklaracji.
Nie mamy nawet pewności co przyniesie nam jutrzejszy dzień, więc po co zamartwiać się tym, co będzie za rok, dwa, dziesięć, trzydzieści? Kochamy się i jesteśmy razem i tylko to się liczy...
-Thomas- złapał mnie za rękę robiąc głęboki wdech. Już sam fakt, że zwrócił się do mnie moim pełnym imieniem dał mi do zrozumienia, że sprawa jest naprawdę poważna. I tak w istocie było...- Mogę Ci obiecać, że będziemy żyli długo i szczęśliwie, że będziemy mieli wielką gromadkę dzieci i stadko piesków, wielki dom u wybrzeży oceanu i każdy dzień będzie idealny... Ale tego nie zrobię. Nie zrobię, bo oboje wiemy, że takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach albo komediach romantycznych. Ale powtórzę i będę ci to powtarzał zawsze: kocham cię. A co będzie dalej? Nie wiem i szczerze nie dbam o to. Chcę Cię po prostu zawsze mieć obok siebie. Chce z Tobą zasypiać i z Tobą się budzić... Chcę się śmiać i płakać, kłócić i godzin, krzyczeć i szeptać, obrzucać się śnieżkami i skakać do basenu, wieszać bombki na choince i tłuc się pisankami... Chce Ciebie i tylko Ciebie- wyszeptał, a chwilę później pocałował mnie namiętnie.
Wtuliłem głowę w jego tors czując jak po policzkach spływają mi łzy. Nie mogłem sobie wyobrazić piękniejszych słów. Wiedziałem, że to jest właśnie to, o czym zawsze marzyłem- prawdziwa miłość.
Matthias się bardzo zmienił. Z początku nieśmiały i niepewny swoich uczuć stopniowo zaczął oswajać się z myślą, „Okej, ja go kocham. I nie ma w tym nic złego”. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że to niekoniecznie jest miłe, łatwe i szybkie. Ludzie potrzebują na to tygodni, miesięcy, a nawet lat. Są tacy, których to przerasta. Którzy nie potrafią udźwignąć piętna bycia „innym”, bycia „gorszym”. Są ludzie, których bardzo łatwo jest zranić i nie zawsze po upadku są w stanie się podnieść. Robiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc mu przez to przejść. Starałem się być delikatny, nie narzucać się, dać mu pewną przestrzeń osobistą i pozwolić spokojnie wszystko przemyśleć. Na każdym kroku okazywałem mu wsparcie i zapewniałem, że zawsze może na mnie liczyć. Jednak mimo moich ogromnych i szczerych chęci, nie było nic więcej, w czym mógłbym mu pomóc. To jest bardzo mocno zakorzenione w jego umyśle i to on musi pogodzić się ze swoją „innością”. Każdy z nas musi. Dlatego byłem bardzo szczęśliwy i w pewnym sensie dumny, że tak dobrze poradził sobie z tym. Powiem szczerze, że nie spodziewałem się, że pójdzie to tak szybko.
Nie ma już żadnych zahamowań, żeby mnie pocałować, nie boi się mojej bliskości i nie boi się powiedzieć, że mnie kocha. Co więcej, jest przekonany o tym, że mnie kocha i całkowicie się z tym pogodził.
Uśmiechnąłem się pod nosem na wspomnienie naszego pierwszego spotkania. Tak bardzo byłem wdzięczny, że spotkałem wtedy tego Toma. Tak bardzo byłem wdzięczny, że poznano mnie z Matthiasem. Tak bardzo byłem wdzięczny, że zgodził się ze mną wyjechać. Tak bardzo byłem wdzięczny, że był przy mnie, gdy tego najbardziej potrzebowałem. Tak bardzo byłem wdzięczny, że mnie nie zostawił. Tak bardzo byłem wdzięczny, że mnie pokochał...
Gdzieś tam u góry ktoś skrupulatnie planuje, jak się dalej potoczy to nasze życie... I nawet jeśli dawno zna odpowiedź, może lepiej gdy nam teraz nic nie powie?






*przypominam tylko, że chociaż Conchita/Tom obchodzi dzisiaj swoje 26. urodziny to akcja dzieje się w 2013 roku, jeszcze przed Konkursem Piosenki Eurowizji :)



4 komentarze:

  1. O mój boże....To na razie jedyne słowa które mogę powiedzieć.Ten rozdział to cudo. Nie rozumiem twoich wczorajszych wątpliwości długość jest genialna tak samo jak treść po prostu można się rozpłynąć.Powinnaś się przyzwyczaić ,że ja płaczę i uśmiecham się jak głupia w przeciągu jednego rozdziału teraz też tak było. Bardzo się cieszę ,że tak rozwinęłaś historię ,że jest szczęśliwy .Słuchałam do tego rozdziału chyba najdziwniejszej piosenki jakiej można (nie ,nie Bowie). Nie wiem dlaczego ale napadło mnie na The Rasmus - Lucifer's Angel dziwne w tym jest to,że ja w ogóle nie słucham tego zespołu .I na przyszłość nie przejmuj się długością rozdziałów czym dłuższe tym lepsze.Ja oczywiście będę czytać.Nie żałuję żadnej minuty spędzonych na czytaniu twojego bloga.Gorąco całuję i czytam na następny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kocham tego bloga <3 Masz wielki talent do opisywania uczuć emocji.
    Z niecierpliwością czekam na następny rozdział. Julia M

    OdpowiedzUsuń
  3. o jeeeeeeeeeeeeej ♥♥♥♥
    zasłodziłaś mnie, no kompletnie mnie zasłodziłaś *_*
    Szczerze? Siedzę i ryczę jak głupia :o
    To było... tak piękne, wzruszające i... no po prostu ♥
    Bardzo się cieszę, że Tom i Matt są szczęśliwi, bo na to szczęście w pełni zasługują!
    Dobrze, że Matthias czyni tak wielkie postępy, a ten moment, w którym powiedział mu, że go kocha... ♥
    Cud miód i sterta chusteczek, które przez Ciebie zużyłam Tyśka *_*
    A ten psiak- o Boże ♥

    PS I zgodzę się z Ironic Dreams, ja też momentami śmiałam się jak wariatka, a potem ryczę *_*
    i przepraszam, że tak późno zabrałam się za komentowanie :(
    Kooooocham Twojego bloga ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Powiem szczerze, ze brak mi słów! to jest 2 najlepszy rozdział w tym opowiadaniu *-* zakochałam się w Thottiasie XD kocham ich nad życie *------------*

    OdpowiedzUsuń