Ostatnie przebłyski słońca resztkami sił przypominały o nie tak jeszcze odległym lecie. Na niebo powoli wtaczały się ciemne chmury i tylko gdzieniegdzie przebijały się przez nie niewyraźne promyki jakby rozpaczliwie próbując je jakoś odpędzić.
Chmury jednak zaczęły się kłębić, a po chwili na ziemi
lądowały pierwsze krople jesiennego deszczu. Spadały na liście drzew i
rozgrzany asfalt niosąc im ochłodę od letnich upałów. Chodnik szybko pokrył się
ciemniejszymi kropkami, mimo to niektórzy przechodnie nawet nie wyciągali
parasolek chcąc nacieszyć się pierwszym deszczem.
Szybko jednak zerwał się silny wiatr kołysząc drzewami ii ciskając kroplami w okna. Z każdą
minutą niebo stawało się coraz ciemniejsze, a deszcz coraz mocniejszy. Po
niebie przemknęła jasna struga światła, a po chwili rozległ się głośny grzmot…
Siedziałem tak wpatrując się w okno i zdałem sobie sprawę,
że w gruncie rzeczy tę codzienną sytuację można porównać do ostatnich wydarzeń
z mojego życia…
Na początku świeciło słońce- byłem szczęśliwy, że w końcu
mam ukochanego u swojego boku.
Z czasem zaczęły się pojawiać chmury- obawy jak powiedzieć o
tym rodzicom i Matthiasowi…
W końcu zacząłem mieć pewne wątpliwości czy to wszystko nie
jest za piękne, aby było prawdziwe-
spadły pierwsze krople deszczu…
W końcu uderzył pierwszy piorun- dowiedziałem się prawdy.
Prawdy, która niestety bardzo boli.
A potem..? A potem rozpętała się prawdziwa burza i było już
tylko gorzej…
Mówi się, że czas leczy rany, jednak zdawało mi się, że w
moim przypadku jest wprost odwrotnie. Na początku jeszcze się łudziłem, że może
to wszystko okaże się zwykłym żartem, kiepskim wygłupem, moim urojeniem albo po
prostu snem…
Potem wciąż miałem nadzieję, że obudzi się w nim chociaż
odrobina skruchy… że przyjdzie, przeprosi, zapewni, że jego uczucia są
prawdziwe, że będzie błagał o drugą szansę…
Ale tak się nie stało. Nawet nie miał odwagi tu przyjść i
przeprosić za to, jak podle mnie potraktował.
Czułem się z tym okropnie, jak bezwartościowe zero… Pierwszy lepszy mężczyzna
pojawił się znikąd, namieszał mi w głowie, uwiódł mnie, rozkochał w sobie
wydawałoby się, że do granic możliwości… cały czas oszukując.
A ja mu wierzyłem. Wierzyłem w każde czułe słówko, każde
„kocham cię”, każdy pocałunek, każdą obietnicę… Wierzyłem mu we wszystko. Ślepo
ufałem mu, a teraz… Teraz mam za swoje.
Przykre i bolesne doświadczenia z Andreasem ostudziły cały
mój entuzjazm i optymizm. Wszystko widziałem w szarych barwach, a w
najprostszym geście życzliwości od razu dopatrywałem się jekiegoś postępu.
Zwinąłem się na kanapie pozwalając łzom swobodnie spływać po
policzkach, zupełnie tak jak kroplom deszczu po szybie…
I'm making flowers out
of paper (Wycinam kwiaty z papieru)
While darkness takes the afternoon (Podczas gdy ciemność pochłania popołudnie)
I know that they won't last forever (Wiem, że nie przetrwają wiecznie)
But real ones fade away too soon (Ale żywe więdną za szybko)
I still cry sometimes when I remember you (Wciąż płaczę czasami, gdy przypominam sobie o Tobie)
I still cry sometimes when I hear your name (Wciąż płaczę czasami, gdy słyszę Twe imię)
I said goodbye and I know you're alright now (Pożegnałem się i wiem, że u Ciebie wszystko w porządku)
But when the leaves start falling down I still cry… (Ale gdy liście zaczynają spadać wciąż płaczę…)
While darkness takes the afternoon (Podczas gdy ciemność pochłania popołudnie)
I know that they won't last forever (Wiem, że nie przetrwają wiecznie)
But real ones fade away too soon (Ale żywe więdną za szybko)
I still cry sometimes when I remember you (Wciąż płaczę czasami, gdy przypominam sobie o Tobie)
I still cry sometimes when I hear your name (Wciąż płaczę czasami, gdy słyszę Twe imię)
I said goodbye and I know you're alright now (Pożegnałem się i wiem, że u Ciebie wszystko w porządku)
But when the leaves start falling down I still cry… (Ale gdy liście zaczynają spadać wciąż płaczę…)
It's just that I recall
September (To tylko to, że przywołuję wrzesień)
It's just that I still hear your song (To tylko to, że wciąż słyszę Twoją piosenkę)
It's just I can't seem to remember (To tylko to, że chyba nie mogę zapamiętać)
Forever more those days are gone (Te dni odeszły na wieki wieków)
I still cry sometimes when I remember you (Wciąż płaczę czasami, gdy przypominam sobie o Tobie)
I still cry sometimes when I hear your name (Wciąż płaczę czasami, gdy słyszę Twe imię)
I said goodbye and I know you're alright now (Pożegnałem się i wiem, że u Ciebie wszystko w porządku)
But when the leaves start falling down I still cry… (Ale gdy liście zaczynają spadać wciąż płaczę…)
It's just that I still hear your song (To tylko to, że wciąż słyszę Twoją piosenkę)
It's just I can't seem to remember (To tylko to, że chyba nie mogę zapamiętać)
Forever more those days are gone (Te dni odeszły na wieki wieków)
I still cry sometimes when I remember you (Wciąż płaczę czasami, gdy przypominam sobie o Tobie)
I still cry sometimes when I hear your name (Wciąż płaczę czasami, gdy słyszę Twe imię)
I said goodbye and I know you're alright now (Pożegnałem się i wiem, że u Ciebie wszystko w porządku)
But when the leaves start falling down I still cry… (Ale gdy liście zaczynają spadać wciąż płaczę…)
Byłem przytłoczony, zagubiony i przerażony. Zupełnie jak
rozbitek w środku dżungli, który chce uciec, ale nie ma pojęcia dokąd…
A nawet jeżeli uda mu się uratować swoje życie, to czy
kiedyś znowu wsiądzie do samolotu? Czy nie będzie się bał, że znowu spotka go
to samo? Czy nie będzie patrzył na każdy samolot na niebie lekko zdenerwowany,
bo znowu dopadną go traumatyczne wspomnienia?
Bałem się, że stanę się jak ten rozbitek, który nie będzie w
stanie drugi raz wsiąść do jakiejkolwiek maszyny latającej.
Bałem się, że już nigdy nie będę w stanie nikomu zaufać, że już nigdy nie pokocham nikogo tak mocno...
Bałem się, że już nigdy nie będę w stanie nikomu zaufać, że już nigdy nie pokocham nikogo tak mocno...
Leżałem płacząc dniami i nocami mając nadzieję, że razem z tymi łzami wypłynie cały mój ból, a z czasem rany zaczną się goić. Ale czas mijał uświadamiając mi, jak bardzo się myliłem...
-Jestem!-usłyszałem głośny krzyk i towarzyszące mu trzaśnięcie drzwiami. Szybko poderwałem się z kanapy wycierając mokre od łez policzki.
Do kuchni wszedł obładowany torbami z zakupami Matthias. Wysiliłem się na delikatny uśmiech modląc się w duchu, aby ten niczego nie zauważył.
Przez te ostatnie kilka dni był dla mnie jak anioł stróż. Nie dość, że zajmował się całym domem. Sprzątał, prał, gotował, robił zakupy to jeszcze musiał wysłuchiwać mich żali i tolerować szczeniackie, a czasami nawet bardzo nieuprzejme wobec niego zachowanie.
A on znosił to wszystko, można by rzec- ze stoickim spokojem. Zawsze cierpliwie mnie słuchał, nie komentował, nie krytykował, nie prawił mi matczynych morałów.
Mimo to że byłem wręcz nieznośny Matt z całych sił starał się mnie pocieszać i w jakiś sposób dodać otuchy.
Miałem wyrzuty sumienia, że stałem się dla niego takim ciężarem...
Niepewnie sięgnął ręką do torby spoglądając na mnie kątem oka. Po chwili odszedł, usiadł obok mnie i po prostu, bez niczego przytulił do siebie.
-Nie zgrywaj silniejszego niż jesteś- poprosił wciąż nie odrywając się ode mnie.
-Wiecznie użalanie się nad sobą też nie pomoże- dodałem z przekonaniem w głosie. Ale tylko w głosie... Na samo wspomnienia Andreasa łzy same cisnęły mi się do oczu i nie umiałem na to nic poradzić. To było silniejsze ode mnie...
Z jednej strony miałem wrażenie że wszystko zaczyna się układać, że nie odczuwam już tego bólu aż tak mocno, ale z drugiej... Wciąż siedziało we mnie takie przeczucie, które nie pozwalało się uśmiechnąć i wierzyć, że będzie dobrze. Byłem całkowicie bierny- ani ulubiona potrawa, ani piosenka, ani film nie były w stanie poprawić mi humoru. Nie miałem ochoty na nic...
Ale nie miałem pojęcia, że to przeczucie jest aż tak silne, aby zawładnąć mną w całości...
-Jestem!-usłyszałem głośny krzyk i towarzyszące mu trzaśnięcie drzwiami. Szybko poderwałem się z kanapy wycierając mokre od łez policzki.
Do kuchni wszedł obładowany torbami z zakupami Matthias. Wysiliłem się na delikatny uśmiech modląc się w duchu, aby ten niczego nie zauważył.
Przez te ostatnie kilka dni był dla mnie jak anioł stróż. Nie dość, że zajmował się całym domem. Sprzątał, prał, gotował, robił zakupy to jeszcze musiał wysłuchiwać mich żali i tolerować szczeniackie, a czasami nawet bardzo nieuprzejme wobec niego zachowanie.
A on znosił to wszystko, można by rzec- ze stoickim spokojem. Zawsze cierpliwie mnie słuchał, nie komentował, nie krytykował, nie prawił mi matczynych morałów.
Mimo to że byłem wręcz nieznośny Matt z całych sił starał się mnie pocieszać i w jakiś sposób dodać otuchy.
Miałem wyrzuty sumienia, że stałem się dla niego takim ciężarem...
Niepewnie sięgnął ręką do torby spoglądając na mnie kątem oka. Po chwili odszedł, usiadł obok mnie i po prostu, bez niczego przytulił do siebie.
-Nie zgrywaj silniejszego niż jesteś- poprosił wciąż nie odrywając się ode mnie.
-Wiecznie użalanie się nad sobą też nie pomoże- dodałem z przekonaniem w głosie. Ale tylko w głosie... Na samo wspomnienia Andreasa łzy same cisnęły mi się do oczu i nie umiałem na to nic poradzić. To było silniejsze ode mnie...
Z jednej strony miałem wrażenie że wszystko zaczyna się układać, że nie odczuwam już tego bólu aż tak mocno, ale z drugiej... Wciąż siedziało we mnie takie przeczucie, które nie pozwalało się uśmiechnąć i wierzyć, że będzie dobrze. Byłem całkowicie bierny- ani ulubiona potrawa, ani piosenka, ani film nie były w stanie poprawić mi humoru. Nie miałem ochoty na nic...
Ale nie miałem pojęcia, że to przeczucie jest aż tak silne, aby zawładnąć mną w całości...
Uwielbiam tego bloga. Nie moge sie doczekać kolejnych rozdziałów :)
OdpowiedzUsuńJak zwykle pięknie tylko mi go szkoda .Jak można tak kogoś oszukać ? Całe szczęście ,że ma oparcie .Mam nadzieję ,że wszystko się dobrze potoczy.(I przepraszam,ale nie mam do końca głowy na składne komentarze dzisiaj więc wybacz mi)
OdpowiedzUsuń...
OdpowiedzUsuńNo po prostu siedzę i ryczę...
Tak pięknie słowa dobrane, taka cudowna piosenka (pasująca IDEALNIE!)
Kobieto, jesteś Bogiem ♥
Te niebanalne opisy, cudne metafory...
Od dzisiaj rezygnuje z kakao w pochmurny dzień na poprawę humoru...
Mam to opowiadanie zamiast! :)
Boże, przecudnie ♥ Te emocje.... Już pisałam- WYLEWAJĄ się z ekranu. Zupełnie jak w piosenkach Conchy... kocham ♥
Lecę z wypiekam na twarzy czytać dalej! ♥