poniedziałek, 22 września 2014

Rozdział piąty



Teraźniejszość… (powrót do wydarzeń z prologu)

Zdawało mi się, że wszystko to, co słyszę dookoła, wszystkie dźwięki jakie dobiegają do moich uszu zlewają się w jeden, przeraźliwie głośny pisk. Zasłoniłem uszy dłonią mocno ściskając powieki. Jeden głęboki wdech. Powoli otworzyłem oczy, lecz przez łzy niewiele widziałem…
-Tom! Mój Boże, Tom!- usłyszałem krzyk Jacquesa próbującego przebić się przez tłum ludzi, bez słowa podbiegł do mnie przytulając do siebie. Łkałem mu w rękaw, a on o nic nie pytał. Głaskał po głowie co chwile powtarzając „będzie dobrze, będzie dobrze…” . Niezbyt wiedziałem,  czy chce tym przekonać mnie, czy może siebie samego. Ale to nie miało żadnego znaczenia…
- Wszystko w porządku? Coś cię boli? Może chcesz jakąś tabletkę? Coś na uspokojenie?
-Nie trzeba…- wydukałem jąkając się przez łzy, po czym rozpłakałem się jeszcze bardziej
- Boże…- powiedział ponownie przytulając mnie, a po policzkach spływały mu łzy
Nie wiem ile tak siedzieliśmy. Miałem wrażenie jakby wszystko wokół nas się zatrzymało i nie minęło nawet 5 minut.
Mówi się, że nie da się nic nie czuć. Jednak w tamtej chwili takie właśnie miałem uczucie.
Czułem w sobie jedynie pustkę i coś, co sprawiało, że ani przez chwilę łzy nie przestały spływać po moich policzkach, jedna za drugą. Płakałem rzewnie, gdzieś tam w podświadomości obawiając się najgorszego z najgorszych możliwych scenariuszy… Że zostanę sam. I nieważne ilu ludzi byłoby wokół mnie, już nigdy nie pozbędę się tego uczucia samotności i opuszczenia…
-Tom, Tom, słyszysz mnie? Zabierają go do szpitala, chcesz jechać? Tom?- pytał Rene
-Tak… oczywiście, że tak- odpowiedziałem już nieco głośniej starając się jakoś otrzeźwić swój umysł.
-To chodźcie, Jacques, pomóż mu jakoś dojść… I nie spuszczaj go z oka. Ja idę zgłosić, że wychodzimy- zniknął równie szybko jak się pojawił.
Jacques złapał mnie za rękę i prowadził, co chwilę krzycząc, żeby zrobili nam przejście. Szedłem z nim myślami kompletnie nieobecny. Co chwilę ktoś na nas wpadał, ludzie krzyczeli, przepychali się, deptali po mojej sukience.
Nie liczyło się dla mnie nic. Chciałem tylko jak najszybciej znaleźć się przy nim. Złapać za rękę, pocałować… Po prostu być…
W końcu stanęliśmy przed karetką. Na chwilę straciłem Jacquesa z oczu. Rozglądałem się dookoła  kompletnie zdezorientowany, jak małe dziecko w dżungli.
Ujrzałem uchylone drzwi pogotowia ratunkowego i jego leżącego w środku. Krzyknąłem głośno z rozpaczy i poderwałem się do biegu, gdy zatrzymały mnie silne ramiona. Po raz kolejny był to Jacques.
-Ciiii- szeptał wciąż trzymając mnie w objęciach

Mijały kolejne sekundy, minuty, kwadranse, może i godziny… Siedziałem na korytarzu wciąż płacząc. Byłem bardzo wdzięczny, że Jacques cały czas był przy mnie. Był dla mnie ogromnym wsparciem, nie wiem czy dałbym radę tu przyjechać i czekać…
Na końcu korytarza ujrzałem swoich rodziców, Nadine, Raphaela, Rene i Davida.
Bez żadnego słowa poderwałem się ściskając po kolei każdego z nich otrzymując słowa otuchy. Nie dało się nie zauważyć, że każdy z nich uronił choć kilka łez. Po raz pierwszy w życiu widziałem jak mój ojciec płacze. Ten, który zawsze mi powtarzał, że płacz to rodzaj paniki, zupełnie niepotrzebnej paniki.
Rene również miał łzy w oczach. Chyba nikt do końca nie dowierzał w to, co się stało.
Zupełnie tak jakbyśmy wszyscy czekali kiedy ktoś nas z tego koszmaru wybudzi… Ale póki co tak się nie stało…
-Przepraszam…-zaczęła lekarka wychodząc z sali operacyjnej- Czy mogłabym rozmawiać z kimś z rodziny?
-Tak- niepewnie wstałem siląc się na normalny ton głosu
-A Pan jest..?- spojrzała na mnie wyczekująco, choć pewnie doskonale domyślała się, jaka będzie odpowiedź na to pytanie
-Przyjacielem, partnerem, kochankiem, narzeczonym, nie wiem! Niech pani sobie to nazwie jak chce!- czułem jak wzrasta we mnie frustracja, czego ona nie rozumie?!
-Rozumiem… Niestety nie mam dobrych wieści- zaczęła a ja miałem wrażenie jakby moje serce na moment kompletnie zamarło.

Tak wielu rzeczy żałowałem... Żałowałem, że nie zabrałem go w góry, żałowałem, że nie pojechaliśmy razem do Paryża, żałowałem, że nie przypięliśmy własnej kłódki na Moście Miłości, żałowałem, że tak rzadko mówiłem mu „kocham cię” , żałowałem tak wielu rzeczy, których nie zrobiliśmy…
Ale przede wszystkim żałowałem, że tak wiele czasu straciliśmy nie będąc razem. Ile dni, tygodni, miesięcy naszej znajomości mogliśmy być szczęśliwą parą?
Tak wiele osób wokół stale powtarza: ,,Żyj tak jakby to był twój ostatni dzień, miej za nic innych…”. Ile razy w ciągu Waszego życia usłyszeliście podobne słowa? A czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad ich znaczeniem? Czy wcielaliście to w życie?
To jest ten problem. Milion razy słyszałem od rodziców, znajomych podobne rady i w pełni rozumiałem ich przekaz i znaczenie, ale… Ale tak naprawdę nie dostrzegałem powagi sytuacji. Byłem, w gruncie rzeczy wciąż jestem, młodym chłopakiem, który myśli, że ma w garści cały świat i ma kompletnie za nic fakt, że wszystko może zniknąć w mgnieniu oka.
Chociaż… Może tak miało być? Może jest gdzieś tam ktoś wszechmocny, kto pisze za nas tą sztukę pt. ,, Życie”, w której jesteśmy tylko bezbronnymi aktorami skazanymi na los?
Ale ta sztuka wciąż trwa, wciąż nie znamy jej zakończenia….

3 komentarze:

  1. Jacquuuuuueeeeeees mój kochany w końcu <3 tak uroczy <3 opowiadanie smutek tak bardzo :( kurde, matt kojarzy mi się tylko z gościem z Death Note, który miał czerwone włosy, jeździł mercedesem i jarał szlugi :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Łał, boże pierwszy raz nie wiem co powiedzieć(napisać ) powiem ci szczerze wzruszyłam się ,rozpłakałam coś w tym stylu.Bardzo smutny rozdział .Końcówka genialna ,świetnie piszesz.Ja zapraszam na recenzję książki.Wygląd bloga jest lepszy mogę nawet powiedzieć ,że pasuje idealnie do rozdziału.

    OdpowiedzUsuń
  3. ...
    ja...
    Kurczę, naprawde mnie zaskoczyłaś. Tym niespodziewanym powrotem do "teraźniejszości".
    wielu rzeczy się spodziewałam, ale nie tego ♥♥♥
    Rozwaliłaś mnie na łopatki kobieto, co tu dużo mówić :)
    Boże, drugi raz podczas czytania tego opowiadania siedzę nad paczką smarkatek ( a nie płaczę nawet na Titanicu!) Nie lubię cię... ♥

    Opisujesz cudownie (tak wiem, powtarzam się). Końcówka bardzo... intrygująca?
    Nie wiem nawet kim jest ta poszkodowana osoba ani co z nią jest, ale mam przeczucie że to zupełnie odmienny bohater, którego jeszcze nie znamy... ^^
    Mam nadzieję, że szybko jakoś to się wszystko wyjaśni, bo umieraaaam z ciekawości ♥

    PS Jak urwiesz mi tutaj wątek i wrócisz z powrotem do tamtych wydarzeń to ci łeb ukręcę, kochana :* ♥

    OdpowiedzUsuń